Czego nauczyła mnie choroba?

Miałam wiele marzeń, których nie zatwierdziło moje ciało. Przeszłam przez etap rozpaczy, wściekłości, buntu i apatii, aż w końcu dotarło do mnie, że obrażając się na świat za to, że choruję, krzywdzę głównie siebie. Niby żyję, a tkwię w pokoju, gapiąc się w sufit. Tak spędziłam trzy lata gimnazjum. Wracałam ze szkoły, kładłam się i zanurzałam w rozpaczy nad swoim losem. Teraz wiem, że cierpiałam na głęboką depresję, ale kiedyś nie rozmawiało się na takie tematy. Problemy psychiczne tłumaczono nastoletnią burzą hormonów i zamiatano je pod dywan.

Gdy dorosłam, chciałam odzyskać stracone lata. Kolekcjonowałam doświadczenia i żyłam tak intensywnie, jak potrafiłam. Narzekanie zastąpiłam szukaniem rozwiązań. Gdybym mogła cofnąć czas i wesprzeć nastoletnią mnie, napisałabym do niej o tym, czego nauczyła mnie choroba.

Załamanie jest naturalnym etapem.

Miałam prawo do smutku, cierpienia i użalania się nad sobą. Potrzebowałam, aby te emocje wybrzmiały we mnie i wypłynęły na zewnątrz. Dopiero po wyrzuceniu z siebie żalu i złości, byłam gotowa na zaakceptowanie życia z ciałem, które mam.

Buntowałam się, aby pokazać, że nie zgadzam się na nieustanny ból biodra, na zakrwawione prześcieradła po operacjach, na rozpruwanie mnie i zszywanie na nowo niczym szmacianą lalkę. Pięć razy. Trochę dużo jak na obecne czasy, w których zepsute rzeczy wyrzucamy i zastępujemy nowymi. Ja nie mogę kupić sobie nowej nogi. Pozostało mi dbanie o tę zużytą. Cerowanie i oliwienie jej, aby starczyła na długie lata.

Mimo upływu lat ciało pamięta

Niby wyszłam ze szpitala, ale ciało zachowywało się tak, jakby w nim zostało. Pamiętało. Do dziś odczuwam instynktowny opór przed przytulaniem. Trwa tylko niezauważalną sekundę, ale powoduje, że zastygam nim pozwolę się objąć. Nie lubię, gdy ktoś obcy przypadkiem mnie dotknie i wciąż mdleję przy pobraniach krwi. Musiałam dać sobie czas na oswojenie się z tymi odczuciami i stopniowo dawkować nowe bodźce.

Choroba testuje przyjaźń i miłość

Brutalnie się o tym przekonałam. Nie każdy zaakceptuje, że nie możesz z nim aktywnie spędzić czasu, że nie pójdziesz na koncert na płytę, bo nie wystoisz kilku godzin. Znajdą się osoby, które wytkną Ci nieidealne ciało naznaczone bliznami.

Część znajomych odeszła. Jednak, gdy pogodziłam się z tym, jak wyglądam i co mogę, pojawili się inni, którzy też mnie akceptują, szanują i kochają.

Nawiąż relację z osobami, które przeszły podobną drogę

Nie czułam się samotna w szpitalu. Samotność wypłynęła dopiero, gdy z niego wyszłam. Nie leżałam już na sali pełnej pacjentów takich jak ja. Byłam jedyną chorą w tłumie zdrowych.

Pomogła mi wymiana listów z dziewczyną, którą poznałam w poznańskim szpitalu. Przeszła identyczną operację. Wspierałyśmy się w codziennych zmaganiach z bólem, tym fizycznym i psychicznym, rehabilitacją oraz zwątpieniem w to, czy kiedyś będzie normalnie. Wierzyłam, gdy mówiła: „Rozumiem, co czujesz”.

Operacja to dopiero początek. Później dochodzą codzienne ćwiczenia, kontrolne wizyty i często depresja. Teraz myślę, że ta dziewczyna była moim sparing partnerem w walce o zdrowie. Gdy buntowałam się i odmawiałam ćwiczeń, pisała „Rusz dupę na rehabilitację.” Nie miałam wyjścia, szłam na zajęcia. W listach była szczera i bezpośrednia. Tego zabrakło mi u bliskich, którzy cackali się ze mną.

Nie wstydź się prosić o pomoc

Gdy przechodziłam przez te wszystkie operacje, pomoc psychologiczna nie była tak łatwo dostępna jak teraz. Nikt o tym nie myślał. Każde dziecko, które ląduje na stole operacyjnym, zasługuje na rozmowę ze specjalistą. Często rodzice nie potrafią Cię odpowiednio wesprzeć, bo sami przechodzą przez piekło, zmagając się ze strachem o Twoje zdrowie. Dlatego już nie wstydzę się mówić bliskim, gdy sobie nie radzę i wiem, że potrzebuję pomocy.

Nie wypieraj choroby

Długo udawałam, że nic mi nie jest, lecz po każdym pytaniu w stylu „Czy coś stało Ci się w nogę?” lub „Skąd te blizny?”, zapadałam się w sobie. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, gdy forsowano moje mury obronne, za którymi chowała się słabość. Teraz zamiast udawać, że problem nie istnieje, mówię o nim głośno, bo chorowanie to żaden powód do wstydu.

Doceń swoje ciało

Gdy społeczeństwo wymaga atrakcyjnego, perfekcyjnego wyglądu, tak łatwo popaść w kompleksy z powodu przytycia 3 kilogramów czy pojawienia się rozstępów. A co jeśli poza takimi wadami masz ciało wyniszczone i zniekształcone operacją, wypadkiem, długą chorobą? Pamiętaj, że nieidealne też zasługuje na to, aby je docenić, a drogę do akceptacji zacznij od siebie.

Naucz się skupiać na tym, co możesz

Nauczyłam się szukać rozwiązań i cieszyć się tym, co mogę. Gdy słyszę „nie”, kombinuję jak przekuć ja na „tak”. Zabroniono mi wiele sportów, ale skupiam się na tych, które mogę uprawiać. Nie pobiegnę w maratonie, ale spaceruję każdego dnia. Nie zjadę na snowboardzie po alpejskich stokach, ale odwiedzę niesamowite trasy w Skandynawii i zwiedzę je na nartach biegowych. Jazdę na łyżwach zastąpię żeglarstwem lodowym po zamarzniętym jeziorze. Zdobędę wszystkie bieszczadzkie szczyty i nie rozpaczam, że nie dla mnie dwutysięczniki.

Na każdy zakaz znajduję dziesiątki czynności, które jestem w stanie wykonać i to na nich się skupiam. Gdy przeniosłam uwagę z ograniczeń na możliwości, na nowo zachłysnęłam się życiem.

„Beata,

Wiem, co czujesz i to nie są puste słowa. Przeszłam dokładnie te same operacje, co Ty. Kiedyś myślałam, że moje życie nie ma sensu, więc równie dobrze mogę leżeć i tracić kolejne dni. Aż pewnego dnia odkryłam, że istnieje też inna rzeczywistość. Taka, w której nie jestem ofiarą losu, która wiecznie narzeka, a kobietą inspirującą tych, którzy stracili nadzieję. Chodź, pokażę Ci jak nią zostać.

PS Załączam listę lekcji, które wyniosłam z życia w cieniu choroby. Może z nich skorzystasz.

HackYourMorning

2 Comments

  1. Dzięki za ten tekst! Od 2lat rozumiem wiele aspektów, o których piszesz. Zwłaszcza o samotności w chorobie. Być chorą wśród zdrowych to wyzwanie. Nauczyć się żyć z chorobą i ją zaakceptować to kolejne wyzwanie. Dziękuję się, że się tym podzielilas i cieszę sie, że w jednym z trudniejszych momentów miałaś kompanke w postaci szpitalnej współtowarzyszki. Wsparcie i czasem kopniak w tyłek to bardzo dużo!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *