Możesz sobie mówić, że jedynie stolice są ważne, że w stolicach mieszkają królowie, możni rycerze, wielkie osobowości. Tylko w stolicach najlepsze są teatry, wystawy i rozrywki. Może i tobie miasto, dalekie od brzegu, smakuje najbardziej. Widocznie nie próbowałeś tego, co my, bo serce całego kraju zawsze bije w Porcie – czy to Akka, Szanghaj czy Ostia. Port to otwarte i głośne bramy świata, który zachwyca i kusi morską przygodą. I to jest, bracie, życie!
Wracaliśmy z szynku nad ranem. Moczyliśmy stopy, krocząc brzegiem morza po mokrym, zimnym piasku. Niektórzy zbierali muszelki, inni przeganiali mewy odlatujące z głośną pretensją wzniesioną ku niebu, które nabierało różowych i pomarańczowych odcieni wschodu słońca. Śmialiśmy się z tego. Wkrótce miał się zacząć odpływ i kapitan nasz, master Olgiert, zapowiedział dwie noce temu, że dziś możemy wracać na morze. Pogoda robiła się lżejsza, ulewne deszcze przeszły nad Portem i zniknęły jak zły sen. Dla nas to już był czas, najlepszy czas żeglugi. Woda naszym żywiołem.Kapitan nasz znał się na rejsowaniu. Czytał mapy, studiował nawigację i z gwiazd nocą kierunki świata odnajdywał. Ale ręce miał delikatne, nienawykłe do ciągania lin, do taszczenia beczek z rumem. Od tego kapitan i jego bosman mieli nas, lojalnych wachtowych. Byliśmy jak ich prawe ręce. Do nas należały wachty na pokładzie, stawianie żagli na maszt, wrzucanie towaru i prowiantu do ładowni. Niestety, smutek nam serca jeszcze ściskał, bo woda zabrała jednego z nas, brata naszego w rejsie. Tak bywa, służba na morzu zabiera ofiary. Opiliśmy brata, by szedł za Neptunem czym prędzej i już nie oglądał się na ziemskie życie. Za jego udaną wieczność w tawernie śpiewaliśmy szanty:
Kiedy rum zaszumi w głowie,
Cały świat nabiera treści,
Wtedy chętnie słucha człowiek
Morskich opowieści.
Hej, ha! Kolejkę nalej!
Hej, ha! Kielichy wznieśmy!
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom.
Zostało nas jedenastu i jeśli doliczyć kapitana i bosmana, to głównych nas było w rejsie trzynastu. Pechowa trzynastka, jak na feralnej wieczerzy. Nie chcieliśmy tak dalej płynąć. To pech dla łodzi. Wtedy kapitan rzekł, byśmy sami wybrali nowego brata – i tak dobiliśmy do tego Portu, a w szynku nowy brat znalazł się sam. Młody. Tak go nazwaliśmy. Dobry będzie. Uczciwy i bary ma szerokie, nada się. Posłuch u majtków będzie miał, to w oczach jego było widać. Tylko jeszcze wszystkiego go nauczyć trzeba. Ot, pyta nas, kiedy wracamy teraz plażą, a nasze bose szpyty woda morska obmywa, podczas gdy ciężkie buciory trzymamy w garściach:
— Czemu panowie macie na stopach tatuaże koguta albo świni?
— Co, Młody, spodziewałeś się kotwicy albo cycków syreny, co? — wybuchamy gromkim śmiechem. Młody czerwienieje. Przywyknie. Będzie jednym z nas, gdy z kolejnego rejsu wróci z tatuażem, jak my.
— Kogut lub świnia to zwierzę domowe, chłopaku — tłumaczy Maks. — Pamiętasz, jak stara zrobi rosół? Jak pachnie, jaki to smak? Kuk na statku takiego rosołu nie poda. Ta dziara to talizman. Ma przypominać o domu, żebyś nie utonął i z morza na ląd wrócił żywy, by zjeść dobrą zupę lub golonkę szefa kuchni.
— Talizmany ciągną do domu.
Jesteśmy w Porcie. Mewy krążą nad kutrami. Drą się, chichoczą szalone. Lekki wiatr dmucha im w pióra i nosi je nad wodą, nad Portem, nad barkami. Bierzemy ostatni oddech pachnący granicą między wodą a ziemią. Zapach świeżej morskiej bryzy i alg wyrzuconych na brzeg miesza się z zapachem ryb z kutrów rybackich, które właśnie wpływają do portu, by opróżnić pełne sieci. Dobry to był świt dla nich, nie ma co. Za Młodym biegnie pies, lichy kundel. Chłopak schyla się, głaszcze czworonoga. Ten, ufny jakiś w ludzi, liże jego dłonie.
— Panowie, mogę go zabrać na pokład? — pyta Młody. — Bezpański. Głodny jest.
Kręcimy głowami z politowaniem nad kolejnym bzdurnym pomysłem. Wiele go trzeba jeszcze nauczyć.
— Futro na wodzie to pech dla statku. Morze woli pióra.
— Zwariuje ci ten pies po tylu dniach na łajbie.
Podpływa nasza barka, która podwiezie nas pod statek zacumowany na redzie. Odrywamy stopy z kogutami i prosiakami od lądu. Woda wzywa swoje wilki morskie na zew żeglugi i przygody.
I oto jest Kalidon. Nasza pinasa, jeszcze pachnąca lasem sosnowym. Maszty gotowe i liny czekają na nasze szorstkie dłonie, na białe żagle, na szczęśliwy wiatr. Od dziobu wita nas galion w kształcie dzika, rzeźbiony z mistrzowską precyzją dłuta, którego nazwiska — wybacz nam, bo my prości żeglarze — nie pamiętamy. Zapewne mistrz to jakiś niebywały w drewnie, bo oczy zwierza patrzą na nas, jakby żywy był. Po plecach przechodzą ciarki, gdy patrzysz na jego potężne kły. Magiczne zwierzę mocy, co na lądzie budzi strach, więc wypływa, by na wodzie budzić respekt. Jeden z nas czuje potrzebę, żeby historię dzika przedstawić Młodemu.
— Nazwa statku Kalidon i nasz galion na przodzie pochodzą od dzika kalidońskiego. Słyszałeś o takim?
Młody zaprzecza ruchem głowy i widać już po nim, że zamienia się w słuch. Kto nie lubi tych starych, mitycznych opowieści, ten nigdy nie będzie prawdziwym marynarzem.To było tak. Dawno, dawno temu król Kalidonu, Ojneus, znieważył piękną grecką Artemidę, nie okazując jej należytej czci darami składanymi w ofierze. Bogini w gniewie swoim zesłała na ziemie króla ogromnego dzika, zwanego potem dzikiem kalidońskim. To był potwór nie do pokonania przez zwykłych myśliwych. Czynił ogromne szkody w królestwie. Taka to była zemsta. Wielu śmiałków próbowało go zgładzić. W końcu Meleager zaprosił wszystkich znanych mitologicznych bohaterów do udziału w polowaniu. Wśród odważnych był też Ankajos ze swym labrysem — dwugłowym toporem. Śmiał się z porażek swych towarzyszy, gdy żaden nie był w stanie ugodzić śmiertelnie odyńca. Drwił z nich, aż w końcu sam zakrzyknął:— Patrzcie na mnie! — i rzucił w potwora swoim mocnym toporem, pudłując, by już chwilę potem zostać nabitym na ogromne, ostre kły dzika, który wytargał z Ankajosa wnętrzności.
— E, panowie — otrząsnął się Młody z historii — dzików pełno w lasach, pospolite takie…
— Ważkie słowa rzucasz, a dzik to ważne zwierzę. U Celtów żywił się żołędziami ze świętego dębu druidów. Szukał też trufli, co je piorun od burzy posadził, gdy w ziemię uderzył.
— I ty, Młody, znaj pokorę na morzu, nie chełpliwość, i pamiętaj braciom swoim nieść pomoc, nie drwinę. Dzik jest silny, miej respekt. I przed dzikiem, i przed wodą.
Dwa tygodnie żeglugi od brzegu minęły, gdy na morzu wiatr ucichł. Neptun przestał nam w żagle dmuchać.
— Cisza przed burzą — mruknął bosman i zwrócił się do dwóch pełniących wachtę.
— Chmur wypatrujcie ciężkich, czarnych. Powiem, żeby zwinęli też żagle. Będzie sztorm, którego najstarsi nie znają, zapewniam was, chłopcy.Czekaliśmy. Morze uczy spokoju, cierpliwości. Zdani byliśmy na łaskę fal, pływów i odpływów. Żeby wiatr choć w żagiel lekko dmuchnął, to by ręce majtkom od wioseł tak nie mdlały, jak nasze dziewki w portach, gdy białe żagle zobaczą
.Czas mijał. Młodego też już od środka złość zbierała. Syf miał wokół kojca swojego. Lenistwo go wzięło, gdy Kalidon stanął na pełnych wodach. Nasz Młody, wstając z koi, zaplątał się w swoje byle jak rzucone ciuchy i niemal głową wyrżnął w ścianę. Maks zaśmiał się w głos:
— Klabaternik ci szpytę podstawił, Młody? Ogarnij się, bo kto wie, co jeszcze psotnik wymyśli.
— Nie lubi Klabaternik leniwców i bałaganiarzy — dodał Bob, szukając kubka, bo zachciało mu się herbaty z rumem.
— Kim jest Klabaternik? — Młody zaczął zbierać porozrzucane rzeczy.
— To duch statku. Jak jesteś pracowitym marynarzem, to pomoże. Dziurę załata w kadłubie, pokład wyczyści, ryb do sieci narzuca. A jak kto leniwy, to niech się strzeże złośliwości ducha, bo psotnik z niego wielki. A to nogę podstawi, a to na głowę coś zrzuci.
Wtedy lekko łodzią zakołysało. Zdążyliśmy popatrzeć po sobie, nim dobiegł do nas gwizd bosmana, zwołujący wszystkie ręce na pokład. Na zewnątrz już nie było ciszy. Fale coraz głośniej i coraz mocniej biły o burtę. Na niebie zaczynał się kocioł.
— Idzie szkwał, chłopcy, co najmniej. Jak nie sztorm — powiedział bosman, przekrzykując wiatr — Nie będziemy uciekać, bo za szybki jest. Spróbujemy go przeczekać, a potem na jego falach z wiatrem poszukamy najbliższego portu. Wierzę w was, chłopaki.
Na potwierdzenie potężna błyskawica rozdarła niebo na kilka części, a huk grzmotu zadudnił nam w uszach. W kilka minut zaledwie, nim się spostrzegliśmy, już byliśmy w oku cyklonu. Deszcz siekał nas po skórze z każdej strony. Rzuciliśmy się zabezpieczać liny i cały dobytek na pokładzie.
— To chyba jakieś siły nieczyste — szepnął jeden z nas.
— Nie grzesz, diabła nie przywołuj — przeżegnał się drugi.
Nagle opadła na nas cisza. Patrzyliśmy zdziwieni za burtę. Młody szepnął, że ktoś wspina się po maszcie — nikt z naszych, bo my tu wszyscy liny łapaliśmy i dobytki. Postać na maszcie to był wspinający się mały, brodaty człowieczek z latarnią.
— Klabaternik wylazł — bosmanowi załamał się głos.
Kiedy Klabaternik pokazuje się żeglarzom na pokładzie, zwiastuje ciężkie momenty dla statku. Ale tak długo, jak wspina się po maszcie i na nim siedzi, tak długo dla łajby jest nadzieja na powrót przez szerokie, spokojne wody. Gdy tylko zjawa zniknie w ciężkim momencie, statkowi grozi zagłada. Nasz duch statku, póki co, wdrapywał się powoli.
Wtedy z wody, kilka długości łajby przed nami, wyłoniła się smocza głowa, wielka na pięć naszych żaglowców. Lewiatan. Demon.Wielkim wężowym cielskiem obudził morze i zakołysało porządnie statkiem, aż kilku z marynarzy straciło równowagę. Potwór ryknął przeokrutnie i kłapnął szczęką pełną ogromnych kłów, tak wielkich, że nasz dzik to przy nich miał wykałaczki budzące śmiech i politowanie. W świetle błyskawic mieniły się zielononiebieskie smocze łuski. Gapiliśmy się na demona morskiego, zastygając w bezruchu. Czy czekamy już na śmierć? Kapitan gestem nakazał nam ciszę, póki Lewiatan zdawał się nas nie zauważać i odpływał wolno wraz ze sztormem w głąb morza. Wtem odwrócił się na chwilę. Wielkie ślepia ogarniały nienawistnym spojrzeniem przestrzeń w koło. Łeb zatrzymał się na kierunku tuż przy nas.
— Czy nas widzi? — szepnął ktoś.
— Młody, spójrz, czy Klabaternik dalej na maszcie.
Młody milczał.
