Blokowiska dają niezwykłą sposobność podglądania. Współczesne domy ogrodzone betonowymi płotami i obrośnięte ponad miarę tujami, pozbawione drzew, na które można się wspiąć, wymagają więcej zachodu. W domach rolety antywłamaniowe są zasunięte całymi dniami, jakby mieszkańcy, wyprowadzając się na łono natury, chcieli się od niej jednocześnie szczelnie odgrodzić, podobnie jak od sąsiadów.
Blokowiska są inne. Obfitują w punkty obserwacyjne, ukryte na ławkach, placach zabaw i skwerach między budynkami, zasłonięte krzewami, klombami i upstrzone z rzadka światłem nielicznych działających latarni. Wieczorami podświetlone okna mieszkań, nawet przysłonięte roletami „dzień-noc”, pozwalają oglądać życie mieszkańców niczym w reality show.
W takie dni, jak dziś, pomagała mgła. Jeszcze nie tak dokuczliwa, jak w listopadzie, ale dająca się już odczuć w kościach. Znad pobliskiej rzeki nadciągnęły pasma rozmiękczające obraz i przepuszczające przez mleczny filtr promienie światła z okien. Japończycy nazywają to zjawisko komorebi.
Nie jest już najmłodszy, czuje wilgotne palce wieczornego chłodu wpełzające pod kurtkę. Będzie się musiał przeprosić z bielizną termo, którą całkowicie głupio zostawił na chłodniejsze dni.
Cóż, nie pierwsza głupia decyzja…
Huśtawka poskrzypuje cicho pod jego ciężarem. O tej porze roku i dnia plac zabaw jest jedynie miejscem, gdzie między liśćmi burczą jeże, a kot kręci się w wiadomym celu w piaskownicy. Gdyby siedział odrobinę bliżej ogrodzenia, byłby widoczny w świetle jedynej latarni w promieniu kilkunastu metrów. Miałby też może lepszy widok.
Wymacał w kieszeni kurtki niewielką podręczną lornetkę. Nic dużego, co rzucałoby się w oczy i co mogłoby być wypatrzone, gdyby ktoś zauważył błysk światła odbitego w jej okularach. Zresztą przy tak małej odległości, to była raczej formalność. Wzrok ma jeszcze całkiem dobry.
Początkowo nie był pewien okna, ale w toku przeprowadzonych rozmów, szybko rozeznał cel. Trzeba tylko czekać, co było w jego przypadku nieco ograniczone. Spojrzał na zegarek. Wyjątkowo miał tylko trzydzieści minut. Dziś korki były dłuższe niż zwykle. Musiał przyjąć skrócony czas na klatę.
W oknie na drugim piętrze rozjarzyło się punktowe oświetlenie. Znał ten pokój – pomalowane na fioletowo ściany podświetlone w kilku miejscach ledami, pozwalającymi oglądać spektakl cieni na suficie. Znał też jego samotnego mieszkańca, który wszedł do pokoju i usiadł na kanapie. Zaraz też zaświecił ogromny telewizor, a cień ręki zatańczył na białym tle z cieniem szklanki i zniknął z pola widzenia.
Piętro niżej po skosie mieszka rozczulająca rodzinka. Dziadkowie najwyraźniej odbierali wnuki ze szkoły czy przedszkola i niemal każdy wieczór spędzali, grając w gry. Każdy wieczór, który on mógł spędzić na tej lekko skrzypiącej huśtawce. Choć sam przed sobą udawał, że nie było tych wieczorów wiele, to jednak zdążył dobrze poznać zwyczaje ludzi ze środkowej klatki bloku numer 18.
I w tym pokoju był telewizor, ale dałby sobie obciąć rękę, że raczej w roli radia niż pierwszoplanowego bohatera. Dzieciaki siedziały do niego tyłem, pochylając głowy, jakby pilnie studiowały coś arcyważnego. Chłopczyk i dziewczynka. Mali, ciemnowłosi, roześmiani głośno, gdy krótko ostrzyżona babcia, gestykulując żywo, odgrywała jakąś rolę w kalamburach, rzucając cień na jasnobeżową ścianę. Dzieci równie żywiołowo odpowiadały, zgadując, co ma na myśli starsza pani. Dziadek podniósł się w tym czasie i przeszedł do kuchni, w której światło zapaliło się na chwilę, wystarczającą, aby wstawić wodę w czajniku przy parapecie i wziąć z szafki obok okna paczkę ciasteczek.
To przypomniało mu, że jest głodny i że powinien jeszcze pomyśleć o obiedzie. Sam zjadłby pewnie cokolwiek, ale nie mógł sobie pozwolić na ten komfort od dawna.
W planszówki też by zagrał.
Zostało 20 minut.
W klatce zapaliło się światło i jakaś postać minęła się w bramie z wychodzącą dziewczyną, wprowadzającą ogromnego psa. Wkurzył się na siebie, bo przeoczył, czy mogła być to ona. Nie zauważył w nieudolnym świetle latarni ani postaci ani żadnych charakterystycznych cech, które pomogłyby ją zidentyfikować. Okna klatki nie pozwalały dostrzec, czy ktoś wchodzi na kolejne piętra, więc z braku alternatywy, przyglądał się psu. Zwierzak szarpnął w stronę placu zabaw, węsząc głośno w powietrzu i wydał z siebie ostrzegawczy pomruk.
– Cicho, kotów nie gonimy! – Właścicielka delikatnie, ale stanowczo pociągnęła za smycz, jednak olbrzym nie dawał za wygraną. Obejrzał się jeszcze i podniósł wargi w niemym ostrzeżeniu. Wiedział, że zapach, który wyczuwa, nie jest zapachem żadnego z czworonożnych wrogów.
17 minut.
Powinien się już zbierać. Zdrętwiał nieco od siedzenia w jednej pozycji i był prawie przekonany, że zimny wieczór odchoruje co najmniej jakimś przeziębieniem. Nagle zauważył, że w oknach na parterze zapaliło się światło. Poprawił się gwałtownie, wprawiając huśtawkę w ruch.
Dziwne, że tak długo wchodziła do mieszkania. Może zatrzymał ją ktoś na korytarzu. Albo szukała kluczy. Chociaż nie, klucze miała zawsze w tej samej kieszonce torebki. Prędzej telefon. Często rozmawiała i spędzała z telefonem przy uchu dużo czasu, wykonując jednocześnie inne czynności.
I gdy w oknie przed jego oczami zapaliło się światło, dostrzegł natychmiast charakterystycznie pochyloną sylwetkę, która podbródkiem podtrzymywała aparat, sięgając po zakupy. Kuchenne górne światło tworzyło poblask na blond włosach, które spięła w luźny kok na czubku głowy.
Zazwyczaj chodziła w rozpuszczonych.
Lubił obie wersje.
Sięgnął po lornetkę – miał rację! Pod białą koszulką na ramiączkach nie było biustonosza. Kiedy zdążyła się przebrać?!
Dziś sporo mu umykało, był dziwnie rozkojarzony.
Przesuwał lornetkę powoli, chłonąc wzrokiem mocno uwydatnione w górnym świetle obojczyki, łagodną linię piersi, wyglądające równie dobrze bez koronkowego stanika, w który zazwyczaj je ubierała. Doskonale mu znany dołeczek w policzku, gdy się uśmiechała. Choć odłożyła już telefon rozmawiała nadal – z ogromnym kotem, usadowionym w królewskiej pozie na parapecie.
14 minut.
Nagle spojrzała prosto przed siebie i przez ułamek sekundy wystraszył się na serio, że ona go widzi. Przecież w linii prostej mają do siebie kilkanaście metrów. Gdy chwilę później podrapała się po nosie, widząc coś w odbiciu szyby, prawie parsknął śmiechem. Jak mógł być tak głupi?
W obserwowanej kuchni rozbrzmiała muzyka. Poznał to po delikatnych ale rytmicznych ruchach sylwetki we wnętrzu. Nie był zaskoczony. Wiedział, że wieczorem najbardziej relaksuje ją słuchanie afrykańskich, zmysłowych melodii, w których bębny nadawały rytm jej biodrom. Rzadko bywało, że widywał ją w tym najbardziej widokowym oknie – kuchennym, które dzięki temu, że pomieszczenie było małe, dawało mu złudzenie, że oto ma przed sobą teatr jednej aktorki dla jednego widza. Kołysała biodrami coraz mocniej, kręcąc się po kuchni, otwierając i zamykając szafki, schylając się po jakieś przedmioty i ogarniając niewielką przestrzeń. Kolejne kosmyki włosów wysunęły się z koka i przywarły do szyi.
Jej skóra musiała być już wilgotna. W połączeniu z jej perfumami, których zapach znał na pamięć, w końcu rozbierał go na czynniki pierwsze nie raz…
Zbliżył do oczu lornetkę.
Oczy półprzymknięte w zapamiętaniu. Usta wyśpiewujące słowa, których nie mógł usłyszeć.
Raz przyłapał ją na tym. Nie zauważyła, że patrzył, gdy śpiewała z słuchawkami w uszach, a on stał w ciemnościach na wyciągnięcie ręki i czekał cierpliwie, aż go zauważy. Ależ się wtedy wystraszyła! Gdyby nie sprawiło mu to takiej frajdy, byłoby mu nawet przykro.
12 minut.
Nie zauważył, jak szybko minął czas. Kurtka całkiem przesiąkła wilgocią i dreszcz przeleciał mu po plecach. Musi wracać.
Połykał wszystko, co widział, niczym narkoman na głodzie. Wyliczone sceny, w małych dawkach, jak puzzle, żeby zostało na dłużej. Miał w pamięci całą kolekcję takich obrazów i każdy, który odsłaniał mu coś nowego, dostawał swoje osobne miejsce pod jego powiekami. Czuł się dzięki temu trochę bliżej niej, choć wciąż w bezpiecznej odległości.
Nie umiał tylko odpowiedzieć na pytanie, dla kogo to było bezpieczne.
10 minut.
Musi zdążyć dojechać do przedszkola w tych cholernych korkach. Tym razem nie spóźni się po córkę.
Wstał, akurat gdy postać w oknie odwróciła się w radosnym piruecie, po to, aby wpaść w ramiona barczystego brodacza, który objął ją i pocałował w czubek głowy. Wyglądali jak wyjęci z serialu o Wikingach. Oboje postawni, blondwłosi, harmonijni pod każdym względem. Przytuleni kołysali się właśnie do melodii, której znaczenia on mógł się tylko domyślać.
Odruchowo wycofał się w głębszy cień.
Jutro przecież znów się spotkają.
A gdy zatęskni, zawsze może usiąść na tej samej huśtawce i poczekać. Ona często jest w domu sama.
