Mieczysław prowadził zwykłe życie na pastelowym blokowisku z lat 80. Do niedawna był średnim robotnikiem w fabryce, zarabiał przeciętnie. Odpoczywał też w tej samej skali – średnio. W latach odliczał czas do emerytury. Kiedy Madzia odeszła, została mu tylko praca, ale i ta postanowiła opuścić Mieczysława z końcem stycznia wraz z wielkimi zwolnieniami grupowymi w zakładzie z branży automotive. W tej chwili swojego życia mężczyzna został sam, z odprawą w wysokości dwuletniego wynagrodzenia. Pierwszym jego postanowieniem było odpocząć przed znalezieniem nowego miejsca pracy.Jego dni powoli nabierały nowej rutyny. Rano, w swojej niewielkiej kuchni w M3 na siódmym piętrze, Mieczysław zaczynał dzień od kawy i kanapki z pasztetem. Czasem słuchał wiadomości. Co dzieje się w polityce, na ulicach. Znów wypadek na A4 w kierunku Wrocławia. Ostrzeżenia przed mrozem i gołoledzią. W tej codzienności, utkanej z resztek, czegoś brakowało, czegoś namacalnego… Może wędki i ryb? Jego ciało na samą myśl przeszył dreszcz, bo to przecież zimny, bezlitosny styczeń. Wyobraźnia podsunęła mu obrazek, w którym siedzi sam na śniegu nad brzegiem Kaczawy, a sople tworzą ścieżkę od jego nosa i dłoni, przez korpus wędki, po zanurzoną w wodzie żyłkę. Nie, nigdy go wędkarstwo nie pociągało. Do majsterkowania często nie miał cierpliwości. Więc co?
I wtedy na Mietka spływa olśnienie, czego mu brakuje między kolejnym łykiem kawy a kęsem kanapki:
— Gazeta!
Pamiętał, że Madzia kochała kolorowe pisemka. Czytała mu ciekawsze artykuły, zaznaczała cytaty. Nieraz potem omawiali te różne życia innych ludzi, problemy wielkiego świata w ich małej, ciasnej kuchni przy kubkach ciepłego Earl Greya.
Następnego dnia założył szary płaszcz, poprawił czarną wełnianą czapkę przed lustrem. Przekręcił klucz w zamku, wychodząc na brązowo-beżową klatkę schodową. Winda nawet szybko przyjechała. Po drodze ukłonił się sąsiadowi z pieskiem, kupił świeży chleb w ulubionej piekarni. Na końcu odwiedził mały kiosk, jeden z ostatnich takich w mieście. Niepozorny bastion słowa pisanego wciśnięty w róg przejścia w bloku. Przez okna wystawowe było co oglądać, bowiem Kiosk u Pani Ani obok prasy sprzedawał papierosy oraz plastikowy szajs dla dzieciaków. Tu patrzył smutny dezodorant, tam krem do golenia. Kiosk wydawał i przyjmował kurierskie przesyłki, o czym informował przypięty do ściany plakacik.
— Dobry — przywitał Mietek panią Anię z kiosku — pani da gazetę jakąś.
— A co by pana najbardziej interesowało? — padło z okienka najgorsze pytanie świata, na które nie był przygotowany. Bo jak i skąd? Tyle tu tego pośród wszystkiego.I Mietek myślał, na około mówił życzliwej ekspedientce, że właściwie to nie wie. Wiadomości jakieś może. A Madzia jego to kupowała i „Zwierciadło”, i „Galę”, czy „Chwilę dla Ciebie”, albo takie „Życie na Gorąco”. Decyzja nie była prosta. Mietek nabył trzy różne tytuły, żeby przekonać się, które najlepiej pasują między kawę i pasztet.
Miał rację, że tego mu brakowało. Od tej pory robił rano kawę, szykował kanapki i wybierał jeden z tytułów. Czytał wszystko, jak mówią potocznie: od deski do deski. Patrzył na te słowa, układał w zdania, spoglądał na tekst. A gdyby tak odwrócić kolejność? Z tekstu wyłonić zdania, ze zdań wyodrębnić słowa? Nagle zauważył, że niektóre wyrazy mają fakturę, powierzchnię. Że taki, weźmy, „aksamit” jest zwiewny, delikatny, łaskocze podniebienie, ciało otula miękkością. A „kopalnia” osadza się czymś matowym na języku, ma wagę, co gniecie barki do ziemi czymś chłodnym i twardym jak krzemień.
Mieczysław stał się częstym, mile zresztą widzianym, klientem Kiosku u Ani. W gazetach zakreślał ciekawe słowa. Kupował też krzyżówki, bo w nich była ogromna kopalnia – były kamienie, węgle, ale też czasem trafiło się coś bardziej szlachetnego. Lubił grać wyrazami, sprawdzać brzmienie na języku. Zaczęły go irytować przekręcane frazy podsłuchane w piekarni albo w głośnych rozmowach sąsiadów. Bo jak można mówić: „wczoraj byłem w Lubiniu”! Nie mówi się „w Lubiniu”, tylko w Lubinie. Tak samo, jak nie mówi się „w dupiu”, a w dupie. Byłem w Lubiniu to byłem w dupiu!?
Któregoś dnia w kobiecym piśmie „Wróżka” trafił na artykuł: „Sprawdź, co znaczy twoje imię”. Zaciekawiony, odpalił przeglądarkę i wpisał hasło w okienko.
„Imię Mieczysław to klasyczne, staropolskie imię męskie, które niesie ze sobą bardzo waleczne i szlachetne przesłanie.”
Tak pięknie piszą o nim! Mietek pęka z dumy i zanurza się w dalszą treść:
„Jest złożeniem dwóch starosłowiańskich członów: Miecz-: pochodzące od słowa „mietać” (rzucać, miotać) oraz -sław: pochodzące od słowa „sława”. Wbrew powszechnemu skojarzeniu, pierwszy człon prawdopodobnie nie pochodził pierwotnie od broni (miecza), lecz od czynności zdobywania sławy. Całość można więc tłumaczyć jako: „ten, który zdobywa sławę” lub „ten, który rzuca (rozsiewa) swoją sławę”.”
Pojawił się nowy wyraz do mietkowej kolekcji: etymologia.To było fascynujące. Rozbieranie słów, sprawdzanie warstw i tego, co się pod nimi kryje. Tego wieczoru siedział sam w kuchni. Przed nim leżała otwarta gazeta, ale nie czytał wiadomości. Wyławiał tylko pojedyncze wyrazy i obracał je w ustach jak drogocenne landrynki.
— Rozwidnienie — szepnął.
Poczuł, jak w jego klatce piersiowej zapala się małe, jasne światło. To było przyjemne. Tak przyjemne, że natychmiast zapragnął więcej.
— Rozwidnienie, świt, blask, luminancja, zorza — wyrzucał z siebie coraz szybciej.
Zauważył dziwną rzecz: im więcej mówił, tym mniej potrzebował tlenu. Słowa zdawały się wypełniać jego płuca szczelniej niż azot i tlen. Czuł się upojony, jakby pił stare wino. Zaczął opisywać przedmioty w kuchni – stary czajnik, pękniętą kafelkę, cień rzucany przez lodówkę. Mówił o nich tak precyzyjnie i gęsto, że przedmioty zdawały się lśnić pod naporem jego definicji.Nagle zorientował się, że nie brał wdechu od dobrych trzech minut. Jego klatka piersiowa nie poruszała się, a mimo to głos brzmiał potężnie, rezonując w kościach czaszki. Przeraził się na sekundę i spróbował zamknąć usta. Wtedy poczuł to po raz pierwszy. Słowa, których nie wypowiedział, a które już uformowały się w jego myślach, zaczęły go rozpierać od środka. Były jak wezbrana rzeka uderzająca w zamkniętą tamę zębów. Napierały na policzki, dusiły w gardle, domagały się wolności. Musiał je wypuścić, żeby nie pęknąć.
— Eksplozja, wylewność, potok, kaskada! — wykrzyknął z ulgą, a słowa niemal materialnie uderzyły w ścianę naprzeciwko.
Dopiero wtedy zauważył, że na krawędzi jego warg pojawiła się kropelka krwi. Nie z rany, a z wysiłku, jaki tkanki musiały podjąć, by przepuścić przez siebie tak wielką dawkę znaczeń. Mietek uśmiechnął się do swojego odbicia w szybie. Był przerażony, ale przede wszystkim – był zachwycony.
Z czasem pasztet zaczął wysychać na kanapkach, bo Mieczysław zapominał o gryzieniu, zapatrzony w słowo „iluminacja” albo „oniryczny”. Smakował je na podniebieniu, zanim jeszcze sięgnął po kawę. Zauważył, że niektóre wyrazy są jak landrynki – słodkie i gładkie, inne zaś, jak „rdza” czy „zgrzyt”, drapią go w gardle tak boleśnie, że musiał je popijać zimną wodą.
Mieczysław znów zaszedł po gazetę do kiosku pani Ani. Do ostatecznego bastionu słowa pisanego, jak zwykł ostatnio myśleć o tym miejscu. Ukłonił się na uśmiech pani Ani z okienka.
— Dzień dobry, panie Mieczysławie. A cóż pan wyczytał ostatnio w prasie? Jakieś nowe ciekawostki?
I wtedy dopiero dociera do Mietka, że nie skupiał się od tygodnia na czytanych informacjach, a wyławiał z bagna tekstu słowa-perełki. Takie piękne, gładko brzmiące. Takie, które „rokują”. Słowa pani Ani natomiast były płaskie i szare, mało wykwintne. Pachniały odgrzewaną trzeci raz zupą pomidorową. Albo nawet wilgotną ścierką wiszącą przy zlewie.
Złapał więc Mieczysław porcję swoich ulubionych pism. Dorzucił nowe „200 panoramicznych”. Trochę chłodno i wymijająco odpowiedział pani Ani, by szybko wbiec do klatki,zawołać windę i zanurzyć się w lekturze w mieszkaniu na siódmym piętrze. Zatracić się w polowaniu na kolejne unikatowe słowa. Mieszkanie Mietka ostatnio doznało wielkich przemian. Nie widać już mebli, wszędzie leżą wycinki, zapisane kartki. Ściany w kuchni wyklejone są słowami, które może sam wymyślił, a może już gdzieś wcześniej rzuciły mu się w oczy. Mietek zaczął marzyć, pierwszy raz od lat. Myślał o słowie – tym jednym, największym. Epicentrum świata, sens życia, początek i koniec jednocześnie. Biblijne Logos. Siedział i patrzył w to, co zebrał do tej pory. Każdy z wycinków przybliżał i oddalał wizję. Nagle poczuł, że TO nadchodzi.
W chwili, gdy słowo-absolut zakwitło w jego świadomości, podwzgórze Mieczysława oszalało. Dopamina zalała synapsy gęstą, słodką falą, zamieniając zachwyt w fizyczny ból. Nadnercza wyrzuciły do krwiobiegu morderczą dawkę adrenaliny, która uderzyła w ścianki tętnic z siłą młota pneumatycznego. Nad Mieczysławem wybuchła burza cytokinowa. Wtedy pękło naczynie w lewej półkuli, a krew, zmieszana z hormonami szczęścia, zaczęła powoli gasić światło w mietkowych oczach.I Mietek czuł, że ma sekundę, mniej niż jej połowę, by wypowiedzieć to najważniejsze słowo, lecz usta jego wypełniło morze czerwone i zatopił go przypływ ekstazy. To nie była zwykła śmierć. To była neurochemiczna eksplozja – fenyloetyloamina odcięła racjonalne myślenie, pozostawiając jedynie czysty, biologiczny przymus wypowiedzenia tego, co niewypowiadalne.
Mietek padł z otwartymi ustami twarzą prosto w „200 panoramicznych”, rozwiązanych do strony dwudziestej pierwszej. Słowo, którego nie zdążył wyrzucić z siebie, zastygło w nim na zawsze, czyniąc go wreszcie – po raz pierwszy i ostatni – kimś więcej niż średnim.
