Dzień moich urodzin będę już zawsze spędzać na cmentarzu, rodzice pędzili by zdążyć na przyjęcie udowadniając swoją miłość i odpowiedzialność wobec mnie przed każdym z obecnych gości.
W dzień swoich szesnastych urodzin to nie ja byłem gwiazdą wieczoru, bo to oni zrobili niesamowite show ginąc w wypadku. Typowe dla nich, być zawsze na pierwszym miejscu. Dokładnie tego wieczoru poczułem złość mieszającą się z ulgą.
Kiedy cały mój świat powinna chłonąć ciemność, ja wściekałem się zepsutym wieczorem, gdy chciałem być sobą.
Zaopiekowała się mną moja niewidoma ciotka, jedyna najbliższa rodzina jaka mi pozostała.
Opiekowaliśmy się sobą nawzajem, myślę, że zawsze wiedziała kim jestem bo w zimowe wieczory gdy piliśmy gorącą czekoladę prosiła bym pamiętał, że rodzice kochali mnie mimo wszystko.
Te nieszczęsne mimo wszystko.
Kiedy wprowadzasz się do samotnej, niewidomej ciotki i mimo wszystko czujesz ulgę. Dostajesz do dyspozycji pokój gościnny i urządzasz w sposób, którego nikt nie widzi, który jest Twoim spokojem, Twoim byciem sobą i spełnieniem najskrytszych marzeń. Gdy mimo wszystko możesz biec po szkole do domu i leżeć wśród pluszowych poduszek, gdy możesz ćwiczyć podejrzaną na treningu choreografię cheerleaderek z drużyny, bo mimo wszystko jesteś w niej najlepszym napastnikiem.
W tych czterech ścianach, jednym, jedynym miejscu miejscu gdzie ona czuje się bezpiecznie otwieram serce pełne radości, pragnąc dzielić się nią z innymi, a gdy już prawie jestem gotów i naciskam klamkę do świata to jednak robię krok w tył, do moich pudrowych czterech ścian, by mimo wszystko spróbować innego dnia.

Mogę czytać ten tekst w kółko, tak ogromnie mnie poruszył. Ta oszczędność w słowach, to pastelowe pomieszczenie, ta prosta historia i to ostatnie zdanie – to wszystko to wzrusz i ciary.