Na wieki wieków, amen

Od dziecka przerażała mnie jedna wizja. Gdy leżałam po ciemku w łóżku i próbowałam sobie wyobrazić to, co usłyszałam na religii, ogarniała mnie panika. Serce zaczynało szybciej bić, w uszach szumiało, a myśli się goniły i tratowały. Nie wiedziałam wtedy, co się ze mną dzieje i nie umiałam tego fachowo nazwać. Wiedziałam tylko, że muszę przestać o tym myśleć.
Próbowałam wyobrazić sobie wieczność. W świecie, gdzie wszystko ma swój koniec, to niemożliwe. Nie chodziło o to, że bałam się, że spędzę ją w piekle. Chodziło o ten brak końca, coś rozciągniętego w czasie tak, że nie widać kresu.

Pewnie jesteś tak, jak ja. I według statystyk jeszcze ponad 90% mieszkańców tego kraju. Ochrzona, wychowana w rodzinie katolickiej, może nawet należałaś do wspólnoty, uczestniczyłaś w procesjach, sypałaś kwiatki, robiłaś listę grzechów przed spowiedzią, bo tak kazała siostra zakonna przygotowująca cię do pierwszej komunii. Znałaś modlitwy, święta kościelne, orientowałaś się w tym świecie. Wydawało ci się, że tak trzeba, a jeśli masz z tym jakiś problem, to trzeba się ładniej, bardziej i mocniej postarać.

Co stało się z tobą w dorosłym życiu? Wciąż jesteś wierząca? A może niepraktykująca? Czy umiesz powiedzieć, że nie wierzysz? Czy te określenia dobrze na tobie leżą, czy nosisz je jak niedopasowaną skórę?
Długo zastanawiałam się, gdzie we mnie leży błąd, że nie umiem się określić. Za jedną z głównych manipulacji każdej religii uważam przekonywanie, że istnieje tylko jedna słuszna opcja, a wszystko co poza nią, jest mylne; to inni, niewierni błądzą. Oczywiście tu jest to ta, w której wyrosłam.

Pal sześć, gdyby wiara to była indywidualna kwestia każdego człowieka, a nawet kwestia wyboru. Ale nie jest. Kierunek wyznaczają ci zwykle rodzice i wydaje się, że nie da się go zmienić, tak jak nie da się zmienić koloru skóry. Twoją wiarę nadzoruje i ocenia instytucja, która sprawuje władzę nad tym, co czujesz i jak myślisz, tworzy dogmaty, doktryny i katechizmy. Jej istnienie i funkcjonowanie wspiera państwo. Rzeczywistość w której żyjemy, nie jest świecka, mimo zagwarantowania tego prawa każdemu obywatelowi w konstytucji. Nie mówię tylko o krzyżu wiszącym w urzędach i szkołach.

Religia z polityką jest powiązana od dawna, ale nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, jak bardzo i ile to nas kosztuje. Ja do niedawna nie wiedziałam o wszystkim. W państwie, gdzie podatki płaci się od wszystkiego, spod takiego obowiązku wyłączą się to dane „co łaska”. Z budżetu państwa finansuje się fundusz kościelny, który opłaca księżom pensje, emerytury, utrzymuje zabytki (będące własnością kościelną); opłaca się pensje katechetów, uczących w szkołach; płaci się też pensje duszpasterzom zatrudnionym na etacie w instytucjach państwowych – policji, straży pożarnej i granicznej, wojsku (opłaca się też emerytury (tak, kolejne) i awanse). Zauważyłaś, że w telewizji często transmituje się msze? To dzięki darmowemu pasmu w TVP, którego nie ma żaden inny kościół poza katolickim. Konkordat daje duchownym specjalny status prawny. W kodeksie karnym istnieje paragraf, który uznaje obrazę uczuć religijnych za przestępstwo. Mało? Poszukaj, jak funkcjonuje fundacja Rydzyka i sprawdź jej żródła finansowania – od niedawna są to dotacje przekazywane przez instytucje państwowe.

To cały system, który bierzesz za naturalny, bo tak działa, od kiedy pamiętasz. Działa na korzyść panów w sutannach i w garniturach, którzy klepią się nawzajem po pleckach. Jeden z nich powiedział niedawno w orędziu na tle polskiej flagi, że „poza Kościołem jest tylko nihilizm”. Zmiana światopoglądu ich nie interesuje. O to, żeby nie zmieniać sposobu myślenia wiernych, instytucja dba już sama, w kazaniach, listach biskupich, przy spowiedzi.

A co, jeśli ta jedyna opcja ci nie pasuje? Jeśli to, w jaki sposób przedstawia ci ona świat, wydaje ci się wątpliwe? Czy masz do tego prawo? Długo myślałam, zgodnie z tym, co mi wpojono, że to przeze mnie. To nie ja, to szatan, ja po prostu powinnam się więcej modlić o łaskę wiary. Co, jeśli nie chcę chodzić do spowiedzi, nie chcę dzielić się intymnymi szczegółami swojego życia i głowy i uważam to za gwałt? Bardzo wygodnie tworzyć regułę, że zatajenie to kolejny grzech i przerzucić odpowiedzialność na mnie.

A co, jeśli to nie ja się mylę? Jeśli to wszystko budowane od 2000 lat to fikcja, ułuda, wypaczenia, błędna interpretacja słów i tłumaczonych tekstów?

Kiedyś, po latach poszłam na mszę, pomyślałam, że spróbuję. Ja, mała, wchodząca w wielką, złotą strefę sacrum, która wymaga ode mnie odpowiedniego zachowania. Cicha, odruchowo klękająca tam, gdzie trzeba, powtarzająca słowa, które wciąż pamiętam, bijąca się w piersi przy słowach, że to moja bardzo wielka wina. Słuchałam wzniosłych, trudnych słów, padających z ambony. Przede mną siedziała rodzina z dziećmi. Jedno z nich, znudzone, w pewnym momencie powiedziało – czy możemy już iść do domu? Uciszył je rodzic. Wtedy mnie olśniło.

Uważam, że ta religia nie jest dla ludzi, ona nie zwraca na ciebie uwagi. Przeszkadza mi to, że każe mi mieć wyrzuty sumienia za to, co w ludziach naturalne i opiera się na wzbudzaniu strachu. Że penetruje mnie, moje myśli i uczucia w nieakceptowalny sposób. Czuję się skrzywdzona tym, czego uczono mnie od dziecka, podziałami na ludzi złych i dobrych, strachem przed zgrzeszeniem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem, brakiem dialogu i miejsca na wątpliwości. Że nie szuka błędu w sobie.

Próbowałam dalej, już gdzie indziej. Widziałam kobietę i mężczyznę, na równi odprawiających mszę. Z nieba nie padł żaden grom – okazuje się, że kobieta też da radę! Byłam w miejscu, gdzie na powitaniu ktoś ściska ci rękę, mówi cześć i kieruje do szatni; gdzie możesz iść do toalety i kawiarni, gdzie wciąż możesz uczestniczyć w nabożeństwie i pobawić z dzieckiem, gdy zaczyna się nudzić. Czekałam tam na to, co znam od dawna – sztywny rytuał, odprawiany przez nich, odzianych i wyróżnionych, dla nas, maluczkich. Czekałam prawie 3 godziny, zamiast tego słyszałam śpiew i wiele słów, wypowiadanych z mównicy przez ludzi takich jak ja i ty. W pewnym momencie pojawił się tam facet w kraciastym swetrze, niczym się nie wyróżniający. To był pastor, który mówił językiem, który rozumiałam. Widziałam płaczących ludzi, którzy mogli przystąpić do komunii niezależnie od tego kim są i co zrobili, nikt ich nie wykluczył. Trudno było mi w to uwierzyć, bo to wciąż był kościół chrześcijański i opierał się na tym samym tekście, co katolicki – na Biblii. Nigdy wcześniej nie przeżyłam czegoś takiego. I nigdy więcej w to miejsce nie wróciłam, przytłoczyło mnie to przyjazne oblicze religii. Jeszcze nie wiem, czy chcę. Wciąż za dużo we mnie złości.

Może to ja się mylę. To, że ja w coś nie wierzę, nie znaczy, że to nie istnieje. Religia jest o tyle zmyślnym środkiem do manipulacji, że opiera się na wierze. Trudno coś tu udowodnić tak wiecie, naukowo, a na pewno, że to ta jedna jest prawdziwa i słuszna. Co jeśli na końcu okaże się, że wszyscy tu się pomyliliśmy?

Czy wobec tego wszystkiego wizja, że po prostu się skończę i nie będzie nic, nie przeraża mniej?

2 Comments

  1. Karolina Szewczyczak

    Bardzo lubię ten tekst. Podoba mi się jak poprowadziłaś przemyślenia na temat religii i wiary, w oparciu o własne doświadczenia. Poza tym, temat jest bardzo aktualny, myślę, że wiele osób powinno to przeczytać!

  2. Sylwia

    Wielkie dzięki za podzielenie się tym tekstem. Podniosłaś wszystkie kwestie które bolą mnie w kościele i ubrałaś je w słowa, których mi często brakuje kiedy kogoś szokuje moja niewiara.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *