To była jedna z tych pór dnia, którą trudno nazwać jednym słowem. Jeszcze nie zapadł wieczór, nie zaczął się zmierzch, ale dzień już wsuwał buty i otulał się płaszczem, jakby mówił nic tu po mnie i czekał na moment, gdy będzie mógł zamknąć za sobą drzwi. Latarnie wybite z rytmu, nie wiedziały, czy już mają świecić, mrugały więc niezdecydowanym światłem. Kilka z nich rozświetliło bryły kamienic, reszta stała w ciemności.
To była taka pogoda, o której się mówi, że jej nie ma, choć wszyscy wiemy, że pogoda jest zawsze. Jeszcze się nie rozpadało, tak jak by mogło, tylko mżyło bez przekonania.
Kobieta rozłożyła parasol i w ostatniej chwili weszła na pasy. Jej obcasy brzmiały jak stukanie chochlą w denko blaszanego garnka. Dziewczyna, która szła za nią, nie zdążyła na zielone światło. Stanęła i marzła. Mogła założyć kaptur, zapiąć kurtkę, bo mżawka wsiąkała we włosy, a wiatr owijał się zimnym szalem u szyi, ale te proste czynności były ponad jej siły.
Wyszła z domu, bo szukała jakiegoś celu. Kupić chleb. Zobaczyć, czy na targu są jeszcze gruszki. Obejrzeć wystawę w muzeum, jakąkolwiek i nic nie poczuć. Wrócić inną trasą do wynajmowanego mieszkania. I dostrzec tym celu jakiś sens.
Pora dnia, pogoda, dziewczyna zlały się przybierając formę przestrzeni liminalnej. W tym jednym momencie stały się punktem przejścia między dniem a nocą, mżawką a ulewą, dziewczyną a…
– Przepraszam… – przebiło się przez monotonne pikanie sygnalizatora świetlnego – dziewczyna odwróciła głowę. W bramie stał on, z łagodnym uśmiechem, ubrany w brązowy kaszkiet i płaszcz. Oczy miał wesołe, twarz trochę zagubioną. W prawej dłoni trzymał dwie foliówki wypełnione zakupami, lewą opierał się o laskę.
Cel i sens.
Podeszła do niego, uśmiechnęła się.
– Mogę jakoś pomóc?
– O tak, bardzo. Bardzo proszę o wybaczenie tej drobnej prośby, lecz zupełnie się nie spodziewałem, że mogę mieć z tym problem. Czy byłaby pani tak uprzejma, raz jeszcze proszę wybaczyć mi tę śmiałość, i wyjęła klucze do bramy z kieszeni mojego płaszcza?
– Jasne – wsunęła dłoń w miękką, wełnianą norkę. Kilka okruchów, może starego pieczywa albo piasku, wbiło się pod paznokcie, gdy szukała dłonią kluczy. – Proszę.
Chciała je podać, ale dopiero wtedy zdała sobie sprawę z niezręczności tej sytuacji.
– To może ja te drzwi panu otworzę?
– Bardzo proszę – dziewczyna przesunęła się obok mężczyzny, delikatnie ocierając się o jego ramię – uśmiechnęła się przepraszająco i przekręciła klucz w zamku. Przytrzymała drzwi.
– Pani jest niesłychanie miła, a ja nie chciałbym nadużywać pani dobroci, lecz czy mogłaby pani być tak uprzejma i wnieść mi te zakupy? To tylko pierwsze piętro, ale to – stuknął laską o nogę – to tylko proteza.
– Oczywiście – delikatnie wyjęła z jego dłoni reklamówki, przepuściła w wejściu. Do mieszkania weszła pierwsza przytrzymując drzwi. Spojrzała pytająco, a mężczyzna ruchem brody wskazał pomieszczenie po lewej stronie. Zaniosła tam zakupy. Gdy wróciła do przedpokoju, zatrzymał ją ruchem ręki i wszedł do salonu. Z kredensu wyciągnął tabliczkę czekolady “Jedyna” i podał dziewczynie.
– Wiesz, czemu taka czekolada?
– Nie, dlaczego? – zapytała ignorując przejście na ty i zmianę tonu słów.
– Bo ty jesteś jedyna. Może napijesz się ze mną herbaty?
Herbatę podała ona, dokładnie poinstruowana co robić i w jakiej kolejności. Siedli przy owalnym stole, przykrytym koronkową serwetą. Mieszkanie pachniało tak, jak u jej babci. I tak też się czuła. Po półgodzinie wiedziała już o nim całkiem sporo, pochylona nad albumami starych zdjęć, pytała o postaci. To żona najukochańsza, którą odebrał rak, tu syn, mieszka w Sydney, tu z kolegami z pracy, tu na kajakach, jeszcze przed wypadkiem. Tu Matka Fatimska, to kuzynka to zdjęcie przywiozła z pielgrzymki. A potem kilka zdjęć młodej dziewczyny, uśmiechniętej blondynki, pozującej na tle klifów, opuszczonych zamków i pubu.
– Wnuczka? – spytała podnosząc wzrok i jest pewna, że trafiła, bo uśmiech rozjaśnił jego twarz.
– To Ania, moja pomoc. Złota dziewczyna, tak jak ty. Pomagała mi tu czasem, drobne zakupy, sprzątała trochę, zwłaszcza ten dywan – dziewczyna spojrzała na futrzaka, jeszcze mocniej dociskając stopy w jego miękkość – dla mnie to jest spory kłopot, aby go utrzymać w czystości. No ale Ania wyjechała, do Irlandii. Ale ja jej mówiłem, zostań Aniu, jedyna moja, tu ci dobrze będzie, ja tu cię zamelduję, potem mieszkanie na ciebie przepiszę. No ale pojechała, listy i zdjęcia czasem wysyła, a ja tu sam, z tym dywanem.
Dziewczyna kiwnęłą głową. Coś kazało jej wyjść.
– Wiesz – powiedział, nim zdążyła się podnieść – Przyszedł mi do głowy pewien pomysł… Widzę, że jesteś, jak ta Ania, osobą pełną empatii i chęci pomocy, moja jedyna. Czy zechciałabyś być tak miła i od czasu do czasu przychodzić do mnie, by pomóc mi z tymi drobnymi obowiązkami, takimi jak sprzątanie dywanu? Byłbym ci niesamowicie wdzięczny, a twoja obecność byłaby dla mnie prawdziwym błogosławieństwem.
– Nie wiem… – zaczęła zbita z tropu.
– Och, jedyna, pomyśl tylko. Jeśli zdecydujesz się tu zameldować, to właściwie będzie jakbyś sprzątała u siebie w domu, tylko że ja jeszcze będę ci płacił za twoją życzliwość. Co ty na to?
– Nie, nie to zupełnie niepotrzebne, jeśli pan chce, to ja panu mogę ten dywan teraz po prostu odkurzyć.
– Ale nie, to nie jest tylko zwykłe sprzątanie. To delikatne jak włosy, które trzeba starannie wyczesywać. W łazience, na półce nad pralką, trzymam nawet specjalny grzebień do tych delikatnych rzeczy. A są tam też jeszcze ubrania robocze po Ani, powinny być w sam raz dla ciebie. – Zmierzył dziewczynę wzrokiem.
Poszła do łazienki. Znalazła grzebień, t-shirt i jasnożółte dresowe spodnie.
Gdy 2 godziny później zmywała pod prysznicem z siebie nie swój wstyd, nadal nie mogła zrozumieć, dlaczego je założyła.
Kucnęła przy dywanie, wzięła włosie w dłonie i wyczesywała brud grzebieniem. Miejsce pod splotem słonecznym zapiekło ją kształtem nieposolonego ziemniaka.
– Ach, wybacz, to trzeba pod włos, musisz zacząć od drugiej strony, tyłem do mnie.
Posłusznie zmieniła miejsce i znów wbiła zęby grzebienia we włosie.
– Wolniej, rób to wolniej. – Zastygła – Wygodniej będzie ci na czworaka.
Podniosła się na kolana. Obejrzała za siebie. W jego źrenicach widziała tylko jasnożółte dresy mocno opięte na pośladkach. W jego twarzy nie było nic z człowieka, który prosił ją pod bramą o pomoc.
– Lepiej, żebym umyła ręce – powiedziała – po tej czekoladzie.
– A tak, tak, oczywiście. – Niecierpliwie poruszył się na krześle.
Z łazienki, z mieszkania wybiegła w swoich ubraniach, z mocnym poczuciem, że cokolwiek się właśnie wydarzyło, czego nie umiała nazwać, było bardzo nie tak.
*
To była ta pora dnia, o której mówi się, że jest złotą godziną. Bryły kamienic wołały swoją miękkością, ciepłe światło malowało liściaste cienie na ich ścianach a lekkie powietrze pachniało truskawkami. To była taka pogoda, którą czuje się każdym zmysłem. Kobieta pchnęła ciężką bramę, zrobiła dwa lekkie kroki i znalazła się tuż na przejściu dla pieszych. Sygnalizator, jakby na jej widok, zaświecił się na zielono. Przechodząc przez pasy, czuła, jaką przestrzeń ma w płucach, wciąż oszołomiona barwą i siłą swojego głosu. Właśnie wyszła z lekcji śpiewu. Po drugiej stronie ulicy wypatrzyła witryny nowych sklepów. Dawno nie było jej w tej okolicy. Przyglądając się szyldom, zobaczyła bramę. Przypomniała sobie, jak kiedyś przekroczyła jej próg. Wtedy pozwoliła też, by ktoś przekroczył jej granice. Wtedy nie wiedziała, że jest w momencie zawieszenia, już nie tym kim była, ale jeszcze nie tym kim się stanie. Wtedy jej głos był tak cichy, że nie słyszała go sama.
Dzisiaj śpiewa głośno, całą sobą.
