O wszystkim, co wydarzy się pod wodą, w większości, ma się wpływ na powierzchni. To co dzieje się w morzu jest jedynie konsekwencją.
Wody Bałtyku są ciemno-zielone. Zimne i zdradliwe. Dobra widoczność, tam na dole, może zniknąć w oka mgnieniu.
Anka o tym wie.
Kiedy schodzi pod wodę jest tylko tu i teraz. Zielona woda, partner nurkowania, skupienie umysłu i pamięć mięśniowa. Są też wraki, z którymi wita się, gdy robi im zdjęcia.
Dziadek bardzo nie lubi, gdy Anka schodzi pod wodę. Nie lubił też, gdy wchodził pod nią ojciec.
Dziadek nie pozwalał wyciągać kamieni i muszli z wody. Mówił, że zabrać można tylko to, co morze wyrzuciło na brzeg. Jeśli zabierze się coś z niego, to morze po to wróci.
Mówił też, że ludzkość jest jak rak – ma oczy od dupy strony. Przez to miota się i cofa przez własną napastliwość, kroczy niezgrabnie, chaotycznie to wspak, to do przodu.
Dziadek pracował na morzu, obsługiwał nurków. Widział niejeden okręt, który z załogą szedł na dno. Niejednego nurka, który nie wrócił na powierzchnię.
– Wtedy to było nurkowanie. Bez komputerów, bajeranckich latarek. Nie to co teraz. Zabawa z gadżetami. To było morza i pamięci ratowanie, a nie zarabianie na czyjejś tragedii – wymachiwał czasem łyżką w stronę ojca, gdy jedli zupę.
Dziadek krzyczał też do telewizora, gdy mówili o wyprawach do wraku Titanica i wtórował Evie Hart, że grzebanie przy zatopionych statkach, to zakłócanie spokoju tym, co odeszli. Mówił, że to jak wygrzebywanie resztek ciał z ziemi i taniec na grobach.
Kiedy ojciec zaczął nurkować do bałtyckich wraków, dziadek krzyczał jeszcze bardziej.
– Po to jest pod wodą, żeby zostawić!
– No chyba, że to “Groźny” – nie za głęboko i nie za daleko, aż prosi się, by do niego zajrzeć – śmiał się ojciec.
Ankę wołała woda. W kieszeni płaszcza zawsze nosiła garść piasku z plaży. Zatapiała w niej palce, gdy chciała poczuć się lepiej. Nie było dnia, w którym nie poszłaby na brzeg morza. Choć na chwilę, by poczuć słony zapach w powietrzu, usłyszeć fale i krzyk mew.
Nurkować chciała od zawsze, bo tak robili jej rodzice. Najpierw chciała zobaczyć, jak wygląda słońce i niebo od tej drugiej strony, od spodu. Potem, jak mama, chciała zwiedzać podwodny świat, oglądać ryby, meduzy i ośmiornice. Później, jak tato i Mała Syrenka chciała odwiedzać zatopione statki. Szukać skarbów, odkrywać tajemnice.
Ojciec lubił brawurę, dobrą zabawę i pieniądze. Nurkowanie dawało mu to wszystko. Za odpowiednią opłatą zabierał warszawskich biznesmenów na wycieczki po wrakach. Zimą urządzał nurkowanie w przeręblu wprost do wraku “Groźnego”. Czasem z takiego wraku zabrał coś na powierzchnię. I dziadek zawsze potrafił to wyczuć.
Ojca pochłonął ten świat, tak mocno, że mama pewnego dnia zeszła na ląd, zabrała Ankę i wyprowadziła w głąb kurortu.
– Z taką pasją i z taką wiedzą, mógłbyś zrobić coś dobrego dla morza, a nie tylko dla swojej kieszeni – powiedziała, a dziadek potakiwał głową naprawiając rybacką sieć.
– Morze przyjdzie odebrać swoje – dodał. Ojciec popukał się w czoło.
Kiedy Anka przychodziła do ojca, zakradała się do szopy, w której wisiał strój płetwonurka pozostawiony przez matkę. Dotykała go, oglądała wdychała zapach, raz odważyła się go założyć. Pewnego dnia powiedziała, że chce nurkować. A on właśnie to chciał usłyszeć.
Ojciec nauczył Ankę wszystkiego o nurkowaniu. Dziadek nauczył ją czuć i słuchać morza.
A Bałtyk dla Anki był łaskawy.
Dziadek mówił, że to dlatego, że Anka nurkuje dla morza a nie dla siebie.
Gdy przychodził sztorm, dziadek mawiał, że to wielki rak, mieszkający na dnie morza, porusza się po jego dnie, bo znów ktoś próbuje wydostać coś z głębi.
Dla Anki rak zamieszkujący dno morza był o wiele bardziej realny i groźny. To paliwo zalegające we wrakach tankowców zatopionych podczas światowych wojen, które po cichu zabijało ekostystemy morskie.
Gdy dostała się do zespołu badawczego, który pracował przy oczyszczaniu z paliwa wraku Frankena, wciągnęła też ojca.
Tego dnia schodzili pod wodę mniejszą grupą, mieli do zrobienia jeszcze parę zdjęć. Opustówkę wrzucono idealnie w miejsce, które mieli udokumentować. Kiedy zbliżał się czas powrotu ojciec nagle zawrócił i wpłynął w głąb wraku. Gdy nie wypływał, Anka ruszyła za nim. Choć nie sądziła, że to możliwe, we wraku było jeszcze ciemniej. Nie widziała, gdzie płynie i nie widziała ojca. Odruchowo złapała się za jeden z zaworów i wyczuła, że jest zakręcony. Prawdopodobnie wpływając do wnętrza wraku zahaczyła o niego i odcięła dopływ tlenu. Ustawiła zawór w odpowiedniej pozycji i właśnie wtedy przepłynął obok niej ojciec trzymając coś w dłoni. Ruszyli w stronę błyskacza, by po chwili wynurzyć się z wody.
– Zmiana pogody, wracamy! – krzyknął kapitan statku.
W drodze powrotnej Anka nie odezwała się do ojca ani słowem. Przyglądała się mu badawczo, a on sprawiał wrażenie bardzo zadowolonego z siebie i zupełnie nieświadomego faktu, że przez niego mogła nie wypłynąć na powierzchnię. Gdy stanęli na lądzie pchnęła go:
– Tato, co to było, co?
– O co ci chodzi?
– Po co wpływałeś do wraku? Odbiło ci?
Zerwał się silny wiatr, podniosła tafla wody. Anka krzyczała coś jeszcze do ojca, ale ten pociągnął ją za rękę w stronę auta.
– Sztorm idzie, wracamy!
– Zabrałeś coś z wraku? – krzyknęła
– Za dużo słuchasz dziadka – odkrzyknął.
W drodze do domu nie odzywali się do siebie. W Ance rosła wściekłość. Dziadek nalał im po talerzu gorącej zupy,
– Rak idzie. Znowu ktoś wyciągnął coś z głębi.
– Przestań ojciec pieprzyć – tato Anki wstał od stołu.
Wiatr nie ustępował. Padał rzęsisty deszcz, gdy ojciec wyszedł z domu.
Znaleziono go nad ranem na poboczu. Potrąciło go auto.
W plecaku miał kilka starych monet.
A Bałtyk był spokojny.
