– Biegnij – krzyczę. Nawet nie odwracam się za siebie. Prę naprzód. Moje nogi jakby dostały turbo doładowanie, pchają mnie na przód. Nie wiem jak moje płuca nadążają z filtrowaniem powietrza. Serce bije jak oszalałe. Moje policzki wręcz płoną. Czuję drobne kropelki potu na moim czole. Za sobą słyszę zdyszane sapanie Zośki, odwracam się za siebie. Widzę, że Zośka nie daję rady utrzymać mi kroku. – no biegnij – ponaglam. Dziewczyna za mną z każdą sekundą oddala się ode mnie coraz bardziej. Nie, nie mogę pozwolić sobie na wkopanie mnie przez nią. Może i ma mózg nie od parady, ale Florence Griffith-Joyner to ona nie jest. Dalej prę naprzód, im większy odcinek pokonam od miejsca zdarzenia do momentu, gdy usłyszę złowieszcze sygnały i niebieskie koguty tym lepiej.
Akcja trochę trwała, na pewno jest grubo po dwudziestej trzeciej. Dalej nie mam zegarka, bo kolejny raz pękła mi opaska i nie miałam czasu zamówić kolejnej, aby móc nosić swój smartwatch. Mój telefon natomiast odbija się niebezpiecznie w plecaku o minikamerkę, latarkę i radośnie romansuje wplątując się w kable ładowarki i słuchawek. Oby tylko znowu nie pękł mi ekran. Nie stać mnie, żeby kolejny raz to naprawiać. Mniejsza, nie wiem, która godzina. Ale wiem, że mijam właśnie pasaż, do którego uwielbiała chodzić moja mama. Pamiętam jak zabrała mnie tam kiedyś i razem mierzyłyśmy w przebieralni pstrokate tiulowe kiecki. Dla mnie wybrała morski błękit, a sobie wybrała krwistą czerwień. To paradoksalne wspomnienie wybija mnie z rytmu. Mam poczucie jakbym zwolniła. Nie mogę. Ponownie przyspieszam. Taką samą czerwień widzę na swoich dłoniach. Teraz odcień nie jest już tak żywy. Zaschnięta krew brunatnieje. Pod paznokciami mam już niemal czarne zacieki. Pocieram palcami wnętrze swoich dłoni i skręcam w kolejną bramę. Zatrzymuję się w zaułku. Potrzebuję złapać oddech. Opieram dłonie o swoje kolana i lekko się pochylam. Głośno oddycham. Kurczę, gdzie jest Zośka?
Zrzucam plecak z pleców i wygrzebuję z jego wnętrza telefon. Szybka na szczęście jest cała. Jaskrawy ekran wskazuje sześć minut po północy. Wrzucam telefon ponownie do plecaka. Rozsuwam kieszenie moich dresów i wsypuje do małej kieszonki wewnątrz plecaka parę złotych wiszących kolczyków i naszyjnik z tego samego kompletu, który na wystawce tytułował się jako Angel. Zaczynam zasuwać plecak, by ponownie zarzucić go na plecy.
– A cóż to za ślicznotka o tej porze tutaj spaceruje? – chrapliwy głos dobiegał gdzieś z ciemności. Momentalnie się prostuję i czuję napięcie we wszystkich mięśniach. Próbuję szybko rozgryźć, z której strony dobiega głos. Nie dość, że jest tutaj przeokropnie ciemno to w dodatku podczas akcji straciłam lewą soczewkę i czuję się trochę jak pijana patrząc niewyraźnym jednym okiem. Moje rozmyślania musiały trwać za długo, bo czuję ucisk obcych rąk na moim przedramieniu.
– Zadałem pytanie. – tym razem ostrzej odpowiada mi ten sam, co poprzednio, głos. Odwracam się mimochodem i patrzę w twarz nieznajomego. Mężczyzna wygląda mi z twarzy na około czterdzieści lat, ale jego ubiór jest bardzo zaniedbany. Odrzuca mnie zapach, który roztacza swoją osobą. Myślę sobie, że nie pozwolę na to. Za paznokciami mam już jedno DNA, mogę mieć drugie. W przypływie adrenaliny wbijam swoje paznokcie w jego obrzydliwą twarz. Ten jednak chwyta mnie drugą ręką i przez głowę przebiega mi myśl, że chyba pora zacząć się modlić. Nagle znikąd zjawia się Zośka i wita nieznajomego paralizatorem. Gdy mężczyzna puszcza uścisk dokłada mu jeszcze gazem pieprzowym prosto w oczy. Obie słyszymy tylko jego krzyk, potknięcie i upadek.
– Wiej – krzyczy do mnie Zośka i już znika za zakrętem. Jestem oszołomiona, ale nie trzeba mi dwa razy powtarzać. W duchu myślę sobie, że niepotrzebnie wcześniej krytykowałam Zośkę. Jej plecak, który ją spowalnia jest zdecydowanie lepiej wyposażony. Wybiegam z bramy i skręcam w lewo za Zośką.
Zatrzymujemy się z Zośką dwie przecznice dalej. Obie jesteśmy zdyszane, ale zdecydowanie wystarczająco oddaliłyśmy się od miejsca naszej pierwotnej akcji.
– Zośka, ja.. dziękuję. – mówię zdyszana i dalej niedowierzam w to, co działo się przed momentem.
– Nie ma sprawy. – rzuca, jakby nigdy nic.
– Nie wiem co by było, gdyby nie ty.
– Nie gadajmy o tym. – ucięła Zośka. – masz swoje łupy?
– Tak, przerzucałam je do plecaka chwilę przed tym, zanim pojawił się ten typ. Zrzucam plecak i z niepokojem stwierdzam, że jest rozpięty. – przeklinam w głowie i szarpię wewnętrzną kieszeń, widzę samotnie wiszący złoty kolczyk, który zahaczył się o materiał poszewki plecaka. Drugi może być wszędzie. Wszędzie w tym mieście.
***
Nazajutrz budzi mnie walenie do drzwi. Przecieram zmęczone oczy, mam poczucie, jakby moja głowa miała zaraz eksplodować. Beznamiętnie sunę się do drzwi. Bez namysłu otwieram drzwi i już wiem, że był to błąd, że nie spojrzałam przez judasza.
– Jadwiga Klimowicz? – w drzwiach wita mnie dwóch funkcjonariuszy policji.
– Tak. – odpowiadam z zaciśniętymi zębami.
– Proszę z nami. Jest pani podejrzana o rabunek w zakładzie jubilerskim.
W głowie kotłowało mi się mnóstwo myśli jadąc z policją w kierunku mojej niechybnej zguby. Na posterunku spotykam mężczyznę, którego miałam nieprzyjemność poznać wczoraj wieczorem i moje dłonie mimowolnie zaciskają się w pięści.
– Pani wspólnik już czeka, jego już przesłuchaliśmy. Teraz pani kolej.
– Wspólnik? – ze zdziwienia aż krzyknęłam. Przez chwilę brakuje mi tchu. Mężczyzna porozumiewawczo do mnie kiwa.
– co tu się odpieprza – myślę sobie. Gdzie jest Zośka? Kobieto, ratuj mnie, jak wczoraj – myślę sobie.
– Zauważyliśmy na pani dłoniach ślady krwi, zapraszamy na badania. – kontynuuje policjant, ignorując mój wybuch złości.
Mimowolnie spojrzałam na swoje dłonie i widzę, że na palcach i pod paznokciami mam zaschnięte brunatne ślady.
– Dlaczego nie umyłam dłoni? – zastanawiam się. Próbuję się skupić i nie bardzo mogę sobie przypomnieć jak trafiłam do mieszkania. Od myślenia rozbolała mnie głowa.
Oczekiwanie na wyrok dłużył mi się niemiłosiernie, a w mojej głowie pulsowało ciśnienie.
– Krew na pani dłoniach pasuje do krwi Zofii Pogórskiej, którą mamy w bazie. Powie nam pani co się stało?
– Zośka, nie, to nie tak. Zośka to moja kumpela. Przyznam się do włamania do jubilera, ale na pewno nie jestem w zmowie z tym mężczyzną, próbował mnie, nie wiem, zgwałcić. Napastował mnie w ciemnym zaułku. Zośka mi pomogła, uratowała mnie przed nim.
– Pani Jadwigo, proszę nie kłamać, tylko szczerze wyznać co się wydarzyło.
– Mówię prawdę – krzyknęłam, podnosząc się z metalowego krzesła i opierając dłonie o blat stołu przede mną.
– Proszę nie unosić głosu. Wiemy, że pani kłamie. – kontynuował policjant.
– Niby skąd? Od tego podejrzanego typa?
– Nie. Pani Zofia Pogórska została wczoraj zamordowana. Nie mogła pani pomagać i wiemy, że krew z pani dłoni jest zgodna z krwią ofiary. Zatem pani zeznania są fałszywe.
Opadłam z hukiem na krzesło i nie mogłam złapać tchu.
