Intuicja i pryszcze

A ja Wam dzisiaj opowiem o czymś niesamowitym, być może niewiarygodnym. O czymś z czym część z Was może się nie zgodzić, ale reszta przytaknie.

Od dawien dawna, w sumie to od dziecka, wiele rzeczy czuję – czuję, że za chwilę zadzwoni moja mama lub psiapsióła, czuję, gdy ktoś nie mówi mi prawdy (ba! Często jestem w stanie powiedzieć, GDZIE dokładnie ta prawda umknęła), wiele rzeczy „czuję” zanim się wydarzą.

No mówcie co chcecie – spora intuicja, jak nic. Ale jakoś ta intuicja nigdy nie powiedziała mi – TRKATUJ MNIE POWAŻNIE. Rodzice mówili – tylko to co masz w głowie się liczy. Więc jeb – co roku nowa czek lista rzeczy, które wypada zrobić i które należy mieć.  A ja z roku na rok czułam się gorzej.

Studia – skończyć bo wypada. Kurs aktorski – nie, bo strata czasu i pieniędzy. Rysowanie – fanaberia. Praca – to nie praca jest zła, tylko Ty, bo jej nie doceniasz. Związek – to na pewno Ty dajesz mu powód. Książki – tylko literatura poważna ma rację bytu.

Z roku na rok byłam bardziej pusta w środku, bardziej zamknięta na ludzi wewnętrznie, mimo, że otaczałam się nimi na co dzień. Praktycznie co roku zmieniałam pracę, ponieważ szukając nowej patrzyłam tylko na hajs. W końcu doszło do tego, że chciałam mieć dziecko z facetem, który prawdopodobnie byłby przeciętnym ojcem, a do tego kiepskim partnerem, tylko po to, żeby odpocząć od życia. Marny pomysł, wiem.

I wtedy coś jebło.

To nadchodzące jebnięcie czułam podskórnie już wcześniej. Wiesz, czasami jak się wczujesz w siebie to możesz poczuć taki mentalny pryszcz na dupsku Twojej duszy. Taki wyrośnięty, czerwony, opuchnięty, z ropą na szczycie, który wybuchnąć może w każdym momencie i Ty to czujesz. I jesteś non stop w podświadomym pogotowiu. Czasami dziada da się wycisnąć wcześniej, ale najczęściej da się tylko czekać.

Mój mentalny pryszcz prawie pękł pewnej listopadowej nocy, gdy wróciłam z babskiego wieczoru. Pełna wina aż po czubki moich uszu, od progu zderzyłam się z listą skarg i zażaleń. Nawet mimo tych procentów krążących w żyłach czułam komizm tamtej sytuacji. No bo wyobraź sobie sytuację, gdy wracasz z imprezy, w wyśmienitym humorze. Myślisz, że może Twój facet da się namówić na jakieś bara-bara, a jak nie to chociaż przytuli Cię do swojej męskiej piersi i posmyra po nosku. Ale on ma inny, niecny plan – woli rozrysować wykres (żebyś lepiej zrozumiała of kors), czemu masz dawać mniej marchewki psu bo nie zjadł. I wszystko jest super, nawet śmieszne, do momentu gdy ta marchewka nie leci w Twoim kierunku a Ty nie zastanawiasz się kiedy dołączy do niej miska.

I potem, w najmniej spodziewanym momencie, pryszcz pęka, szambo się wylewa, a Ty albo udajesz, że tego bajora, w którym stoisz po kostki, nie ma, albo stajesz w miejscu, mimo, że czujesz, że zaraz się utopisz i pójdziesz na dno. Stajesz pierwszy raz od prawie 13 lat i ZASTANAWIASZ się, czego tak naprawdę chcesz od życia. Ale nie inni – rodzice, przyjaciele, szef, konwenanse. Prawdziwa TY. I starasz się to poczuć. Ale okazuje się, że ta piękna, wspaniała intuicja, którą od dawien dawna ignorowałaś, teraz przypomina skarłowaciałe, zaniedbane drzewko. Które jest w Tobie, bo to część Ciebie, ale za cholerę nie wiesz jak z nim rozmawiać, jak je odżywiać, żeby odbiło, odżyło i pięknie wybujało w górę.

Więc stoisz w tym szambie jeszcze chwilę, żeby zebrać myśli, ogarnąć siebie i swoją rzeczywistość a potem zabierasz się za ogrodnictwo.

Moje zaczęło się od krótkiej komendy „Wypierdalaj jak się nie podoba!”. Stwierdziłam, że dwa razy nie dam się prosić i w ciągu kilku godzin byłam już ze swoim dobytkiem na nowym metrażu.  

Najpierw pozwoliłam sobie ogarnąć się w nowej rzeczywistości. Zaczęłam od porządków – wszystkie ubrania, których nie nosiłam, albo zwyczajnie nie lubiłam, ale nie wyrzuciłam („Zostaw, będą na szmatki.”) dostały natychmiastową eksmisję. Ten sam los spotkał potem buty („Po co wyrzucać? Jeszcze dobre”), bieliznę, książki, wszelkie pozostałe dodatki. Trochę tego było. Po 8 worku przestałam liczyć. Jak już zrobiłam to miejsce to zaczęłam się zastanawiać co JA tak naprawdę lubię. Jaką herbatę, kawę (Najlepiej z cynamonem!), co lubię jeść na śniadania, jakie aktywności/filmy/książki podobają mi się najbardziej. Ale pierwsza próba spaliła na panewce. Bolało, było mi źle. Teraz wiem, że to dlatego, iż podeszłam do tego zadaniowo, kolejna check lista. Potem przez chwilę byłam swoim własnym barmanem (Miło wspominam ten czas, chociaż słabo pamiętam. I nie, nie wstydzę się tego, chociaż moja matka pewnie by się przeżegnała czytając ten fragment. Na szczęście mi to nie grozi).

Czasami okazuje się, że w Twoim mentalnym pryszczu jest jeszcze reszta ropy, którą wycisnąć musisz Ty lub wypłynie sama (będzie boleć, ale już mniej). W moim też jeszcze coś było. Mniej więcej w tym czasie miałam aspiracje na pracownika miesiąca. Szło mi bardzo dobrze. Nigdy nie zrobiłam tylu darmowych nadgodzin. Ale i tu po jakimś czasie zamiast informacji o podwyżce usłyszałam „Czekają na Ciebie nowe możliwości. Ale w innym dziale”. Takie wypierdalaj, tyle tylko, że ładniej sformułowane. To moje niedocenione poświęcenie bolało cholernie. Ale Wszechświat chyba wiedział lepiej ode mnie co jest mi potrzebne, bo okazało się, że nie mam już na czym się skupić, że po prostu muszę usiąść i zajrzeć w siebie.

Czy to się stało? Nie. Wybrałam inną drogę.

Było łatwo? Nie.

Orka na ugorze to przy tym pryszcz (hue hue). Ten znój, ta beznadzieja czasami nie pozwalała mi podnieść się z łóżka i wykonać podstawowych czynności. A naprawdę się starałam – znowu była check lista. Jak ta idiotka zamiast zatrzymać się i posłuchać samej siebie – dużo czytałam, słuchałam mądrych ludzi rozprawiających na YT, szukałam wskazówek u wróżek, ćwiczyłam jogę i medytowałam. I czułam, że daleka droga przede mną, że to nadal nie to.

Po drodze szukałam też nowego hobby, odświeżałam stare zainteresowania. Trafiłam na Makulską i jej Szufladę tylko dlatego, że chciałam pojechać do Finlandii, i chciałam pojechać z psem. No dobra, pandemia pandemią, ale dziewczyna fajnie pisze na blogu, sprawdźmy co tam jeszcze tworzy w sieci. Facebook. Instagram. Za chwilę Szuflada dodająca skrzydeł. Moje skrzydła, których tak dawno już nie czułam, rozwinęły się po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy. I po raz pierwszy od dawien dawna poświęcałam się czemuś doszczętnie i dogłębnie tak, że gubiłam upływ czasu.

Czułam, że na drzewku zawiązał się pierwszy pączek a ja powoli zbliżam się do tego, co zgubiłam. Wróciłam do lasu, w góry, nad morze. Czułam, że odpowiednio podlewam roślinkę we mnie, że nabiera kolorów i barw, chociaż nadal jest jakaś malutka i krzywa. Ale chciałam dać jej czas, nie poganiać.

Przyszedł listopad a ja zaczęłam mówić to co myślę. Odmawiać, gdy mi się coś nie podobało. Jadłam obiad na śniadanie lub nie jadłam go wcale. Łaziłam w piżamie cały dzień. Chodziłam tempem, które mi pasuje. Słuchałam muzykę, którą lubię, nawet jeśli słyszałam w mojej głowie złośliwy głosik, że te kawałki są dziecinne. Ignorowałam go. Tańczyłam ze swoim odbiciem w lustrze, śpiewałam.

I moja roślinka zaczęła wypuszczać kolejne listki. Najpierw pojedyncze, takie jeszcze nieśmiałe, jakby na próbę. Ale z każdą dobrą dla mnie decyzją listków było więcej i utwierdzałam się w przekonaniu, że muszę postępować tak, żeby to MI było dobrze.

Niestety – pewnego dnia posłuchałam dawnego autorytetu, głosu rozsądku, i nie pojechałam ani w góry, ani nad morze. Nie wyjeżdżałam nigdzie. Niby czułam, że powinnam jechać, ale jednak przemówiły do mnie „logiczne” argumenty (czytaj: finansowe). Próbowałam zrekompensować sobie to częstszymi wyjazdami do lasu. Ale nie pomogło. Potrzebowałam spaceru nad zimnym Bałtykiem tak mocno, że zaczęłam o tym śnić.

Więc zaraz po Świętach zapakowałam swoją wesołą gromadkę do „czarnej strzały” i, ignorując wszystkie „logiczne” argumenty, moje i moich najbliższych, pomknęłam w stronę pomorskiego. Jadąc nuciłam pod nosem i uśmiechałam się. Całą drogę. Całe 5h. Czułam jak ten stary supeł wewnątrz mnie rozluźnia się. Pierwszy spacer odbył się zaraz po przyjeździe zmrożoną plażą skąpaną w pełni księżyca. To skrzypienie zmrożonego piasku pod stopami zapamiętam do końca życia!

Te spacery trwały i trwały, po kilka godzin dziennie, niezależnie od pogody. Myślałam o niektórych osobach, rzeczach, zdarzeniach lub nie myślałam wcale. Pozwalałam się prowadzić, płynąć, żyć chwilą. Po prostu być tu i teraz. Zaufać Wszechświatowi. Drzewko we mnie zaczęło rosnąć, a odpowiedzi przychodziły. Nie wszystkie na raz, ale jedna po drugiej, jakby czekały aż coś we mnie „zaskoczy”. Wróciłam do domu silniejsza wewnętrznie, spokojniejsza, pewniejsza siebie i swoich przekonań. Zaleczona.

Już w domu, na kanapie, z herbatą w dłoni, „obejrzałam” sobie tego swojego mentalnego pryszcza, a raczej miejsce po nim. Została blizna. Jest jeszcze świeża, czerwona i trochę ciągnie na brzegach ale cały syf, który gromadziłam przez lata zniknął.

Blizna jak blizna, może pęknąć, rozciągnąć się, skóra jest w tym miejscu delikatniejsza i cieńsza. Ale ja pierwszy raz od dawien dawna czuję się szczęśliwa i spełniona, nie czuję się też samotna, mimo, iż jestem sama.

Po prostu chce mi się żyć.

18 Comments

  1. Jezuuuuu! Kajetana, uduszę Cię za tego pryszcza! 😂 To porównanie jest tak obrazowe, że aż mi się cofnął obiad xD. A zaraz potem zaczęłam płakać, jaki mix uczuć, rany, Kobieto!
    Powtórzę się – Kajetana, Kobieto Kochana! nadal nie mogę wyjść z podziwu Twojej siły i determinacji, zawalczenia o siebie i zabrania z tego bagna również Twoich zwierzaków. Cudowny tekst, a morze zimą marzy mi się co rok… Ale jeszcze troszkę i będę chodzić po plaży o każdej porze roku 💙, wtedy zabieramy cały zwierzęcy dobytek i idziemy na 3 dniowy spacer!

    • Kajetana

      Aga, wybacz 😀 Nie mogłam nie napisać tego w taki sposób 😀
      Morze zimą jest jeszcze piękniejsze niż latem i czuję, że tych spacerów może być całkiem sporo <3
      Dawaj znać jak tylko tam będziesz, przyjadę z butelką, nie! Z całą skrzynką! Wina! 😀

  2. „mentalny pryszcz na dupsku Twojej duszy” no genialne😁 ale nie tylko to. Twój tekst jest zajebisty serio, świetnie się go czyta, ta przemiana, mega. I to jest piękne, że wreszcie czujesz się szczęśliwa! BAM! Czad ❤

  3. Monika Nadmorska

    Kajka, jaki cudny przepis na szczęście spisałaś! Boli, ale daje mnóstwo nadziei. I jak dobrze się to czytalo, ta skrzypiąca plaża pachniała morzem 🙂 P.S. Ja też trafiłam na Makulską szukając info, jak wywieźć psa na wycieczkę do Finlandii, nic nie dzieje się przypadkiem.

  4. Cieszę się że zawalczyłaś o siebie, bo dzięki temu mogłam przeczytać coś tak dobrze napisanego. I bardzo osobistego. Jeszcze niedawno nie potrafiłaś się sprzeciwić konwenansom, a teraz dzielisz się z nami tak intymnym tekstem. Czapki z głów! Jesteś super! Czekam na więcej! 🙂

  5. Przeczytałam i na chwilę odebrało mi słowa.
    Po pierwsze: świetnie napisane! Są emocje, przeżywałam wszystko razem z Tobą. Jest też oddech! Mroźny, zimowy, skrzypiący w płucach – ale oczyszczający. Cieszę się, że trafiłaś na Aleks, że dołączyłaś do Szuflady i teraz mogę czytać Twoje teksty. Pisz więcej, nie przestawaj!!!
    Po drugie: Twoja historia naprawdę buduje i daje nadzieję. Daje też do myślenia: zaglądanie w głąb siebie to dokładnie ten etap, na którym jestem, w dodatku też tak naprawdę zaczęłam odkrywać, co jest pod powierzchnią, w 2020. Poruszasz temat, który jest zapewne bliski wielu dziewczynom, kobietom – życia w zgodzie z prawdziwą sobą – i pomagasz uwierzyć, że tak można! Super <3

  6. Joanna

    Ależ to pięknie i szczerze opisałaś! Odnajdywałam siebie w wielu fragmentach Twojego tekstu 🙂 Bardzo pokrzepiły mnie Twoje słowa. Cieszę się razem z Tobą, że wsłuchałaś się w siebie, że odważyłaś się na życie po swojemu! No i że mamy siebie w szufladzie 🙂

  7. Anna Zet

    Bardzo, bardzo, bardzo obrazowe 😄
    Ja swojego pryszcza musiałam przebić sama ale nie żałuję, a Szuflada była jak balsam z nagietkiem i kieliszek rozgrzewającego wina 🍷🍷 Pomogło!
    Pięknie opisujesz powrót do siebie ♡

  8. Joanna Urbanek

    Kajetana. To jest tak wspaniały tekst. Ale TAK wspaniały tekst. Po prostu powinna go przeczytać KAŻDA kobieta, która się w tych mentalnych pryszczach tapla (czyli chyba każda kobieta na jakimś etapie swojego życia, nie?). Czuję wszystko to co opisałaś. I to o intuicji, którą masz świetną tylko o tym nie wiesz, bo przykrywasz ją kolejnymi checklistami. I to o szambie, które w końcu wybucha. I to o kilkugodzinnych spacerach nad Bałtykiem, które układają wszystko w głowie i sercu, i dają ukojenie. Twój tekst sprawił, że serce mi szybciej zabiło i przyspieszył oddech, ale byłam tak zaczytana, że tego nie zauważyłam. Dopiero wtedy, gdy tekst na telefonie zaczął mi się przesuwać, bo telefon był oparty na pracującej przeponie.
    No i jeszcze jedno. Jest mi wstyd. Bo dotąd odbierałam Cię zupełnie inaczej. Wydawałaś mi się być taką dziewczyną bez żadnych problemów. A ten tekst pokazał mi jaką drogę przeszłaś i wstyd mi, że Cię tak oceniłam. Że w ogóle Cię oceniłam.
    Dziękuję za ten tekst. Czuję po nim, że jesteś mi teraz bardzo bliska.

  9. Magdalena

    Mentalny pryszcz <3
    Przeczytałam jednym tchem. To fascynujące, jak człowiek skupia się na tym, by uszczęśliwić innych, zamiast uszczęśliwiać najważniejszą osobę – siebie.
    High five!

  10. Marta

    Kajetana! Jesteś dla mnie mistrzynią porównań. Pomysł z pryszczem i porównanie różnych sytuacji życiowych do procesów jakie w nim/na nim/wokoło niego zachodzą niesamowite. Co najlepsze to w ogóle mnie nie obrzydza, a wręcz uważam za…. piękne i inspirujące! Czytałam Ciebie z ogromną przyjemnością i radością 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *