Uwolniona jastrzębica

Ta historia wydarzyła się naprawdę, ale gdybym jej nie przeżyła, nie uwierzyłabym chyba nikomu, kto by ją opowiadał.

Jestem niezmiernie podekscytowana. Siedzę w samochodzie i razem z Kingą, moją jogową przewodniczką właśnie ruszyłyśmy na kolejne Kobiece Otulenie z jogą. To już czwarty raz. Jeżdżę na te wyjazdy odkąd przez ponad rok chorowałam na depresję. Zazwyczaj są to wyjazdy tylko dla kobiet. Za każdym razem doświadczam na tych wyjazdach niesamowitego siostrzeństwa, kobiecego wsparcia i zrozumienia. Jest też zawsze trochę szamańsko i trochę wiedźmowo. W tym znaczeniu, że wymieniany się wiedzą z innymi dziewczynami. Na różnych poziomach. To jest czas bardzo dla mnie. Daje mi możliwość wysłuchania się w mój wewnętrzny głos, który często, w natłoku codziennych obowiązków jest zagłuszany przez musisz, nie możesz, powinnaś, to nie wypada. Bardzo cenię sobie te wyjazdy.

Za każdym razem Kinga proponuje nam na początku pomyślnie o intencji, z jaką przyjechałyśmy. Już wiem, że to działa, dlatego tym razem swoją intencję przygotowałam wcześniej. Przyjechałam po kreatywność. Niedawno podjęłam decyzję, żeby historię, która od kilku lat biega po mojej głowie, jak mała dziewczynka z podskakującymi kucykami, ubrać w powieść fantastyczną. Więc ta intencja jest dla mnie bardzo ważna.

Nie czuję się kreatywna. Całe moje dorosłe życie jestem poukładana, wszystko jest zaplanowane, w moim życiu zawodowym i domowym nie ma miejsca na kreatywność. Zawodowo długo byłam związana z zarządzaniem projektami, pilnowaniem deadlinów, budżetów i procedur. W procedurach nie ma miejsca na kreatywność. Teraz jestem księgową i kadrową – uwielbiam to, ale tam też nie ma miejsca na kreatywność. Może tylko kiedyś, kiedy dzieci były młodsze coś tam wymyślałam dla nich. Ale to były tylko jakieś mikroprzejawy kreatywności. Zupełnie nic wielkiego.

I tylko ta powieść fantastyczna, która urodziła się w mojej głowie, tej zupełnie niekreatywnej. Skąd się tam wzięła?

Tym razem na wyjeździe jogowym mamy też wykłady o ajuwerdzie. Ja jestem zupełnie zielona w tym temacie, więc słucham. Może z pewną dozą sceptycyzmu. Ale jednak z zainteresowaniem. Kiedy Ewa, która prowadzi wykład o doszach ajuwerdyjskich proponuje nam zrobienie testu na to, która z 3 dosz jest u nas dominującą, mam stuprocentową pewność, że jestem ognistą, poukładaną pitą, która uwielbia rutynę, czasem zwaną rytuałami. Nie lubię gorących posiłków, chętnie piję wodę, często mam wszystko zaplanowane z wyprzedzeniem. I faktycznie tak jest. Ale jak wielkie jest moje zdziwienie, kiedy widzę, że oprócz pity mam w sobie całkiem dużo z kreatywnej vaty. Daję się ponieść impulsom, jestem ruchliwa, ciągle szukam jakiejś aktywności dla siebie. Czyli, myślę sobie, mam tą kreatywność, tylko muszę ją do siebie zaprosić? Niech i tak będzie.

Następnego dnia, pod wieczór wybieram się do Kingi na masaż w duchu polinezyjskim, Ma’uri. Wchodzę do sali, która jest oświetlona tylko ciepłym blaskiem palących się świec. W tle cicho gra polinezyjska muzyka. Większość okien jest pozasłanianych, poza jednym – które wychodzi na ogród. I na rozgwieżdżone niebo. Jest nów, więc światło księżyca nie rozprasza milionów gwiazd w tym miejscu gdzie jesteśmy – gdzieś pośrodku niczego. Wybrałam ten wieczór specjalnie na swój masaż – jest to wieczór po zaćmieniu słońca. A zaćmienie jest czasem dobrej energii do zmian.

Na sali otula mnie zapach trawy cytrynowej – to minikominek Kingi wypuszcza delikatne olejki eteryczne.

Siadamy na podłodze i przyciszonymi głosami, niemal nabożnie, rozmawiamy chwilę o intencji tego rytuału. Kinia wie zarówno o intencji, z jaką tu przyjechałam, jak i o moim odkryciu dotyczącym vaty. Pomaga mi sformułować to, co chciałabym dzięki całemu temu procesowi osiągnąć: chcę zaprosić moją vatę do życia, dać jej więcej przestrzeni i pozwolić się jej rozgościć na dobre w moim życiu.

Rozbieram się i kładę na łóżku, a Kinga nakrywa mnie ciepłym, miękkim ręcznikiem. W tle cały czas cicho gra piękna muzyka. Czuję się otulona troską. Zamykam oczy i daję się ponieść chwili. Kinga zaczyna masować mój kark i ramiona ciepłym olejem. A ja rozluźniam się i poddaję rozluźnieniu. Zanurzam się w tym rozluźnieniu od koniuszków palców u stóp po sam czubek głowy.

W pewnej chwili widzę przed sobą piękną Indiankę. Skąd wiem, że to Indianka? Ma na sobie indiański strój, buty i pióro zatknięte za opaskę na głowie. Lśniące ciemne włosy ma rozpuszczone, a w jej czekoladowych oczach drgają jakieś iskierki rozbawienia. Kiwa na mnie ręką, zapraszając, żebym za nią poszła. Stoi na ścieżce przy wyjściu z iglastego lasu, a dookoła widać ośnieżone szczyty gór. No cóż, nie spodziewałam się, że zobaczę moją vatę tak szybko po rozpoczęciu przez Kinię rytuału. Chcę ruszyć za tą Indianką, ale nie mogę. Próbuję użyć nóg i rąk a nawet klatki piersiowej do ruszenia się z miejsca. Ale czuję, jakbym całym ciałem była wmurowana w jakąś ścianę. Zastanawiam się, co się dzieje, że nie mogę podążyć za piękną dziewczyną, która jak mi się wydaje, jest moją kreatywnością. Przecież tak bardzo jej potrzebuję. Tak bardzo jej pragnę. 

Kiedy Kinga tańczy, masując moje plecy, cały czas staram się w mojej wizji ruszyć z Indianką, ale cały czas jestem jakby uwięziona. Czuję narastającą frustrację, piętrzy się niczym fala podczas szalejącego na morzu sztormu. 

W końcu nie wytrzymuję i dzielę się wizją z moją masażystką.

-Dlaczego nie możesz się ruszyć? Czy coś cię krępuje? – Kinga delikatnie próbuje wybadać w czym tkwi problem.

Skupiam się na tym, co nie pozwala mi ruszyć. 

-Tak, czuję to na wysokości klatki piersiowej.

Wtedy Kinia dwom wprawnymi ruchami przyjeżdża paznokciem po lewej i prawej stronie moich pleców, jakby przecinała gorset umierający moją klatkę piersiową. Nagle czuję, jak moje skrzydła rozprostowują się, a ja – lecę. Wznoszę się ponad Indianką, lecę wysoko w górę, a potem szybuję i nad lasem i w pobliżu ośnieżonych gór. Czuję tak wielką wolność. Bawię się lotem na wolności przez kilka chwil, Kinga zachęca mnie do tego, żeby dać się ponieść. Czuję, że od dawna nie latałam, ale zupełnie nie zapomniałam jak to się robi. Wznoszę się, szybuję, a potem pikuję w dół z prędkością pocisku. Wiatr omiata moją głowę, bawi się między moimi piórami. A ja tak cieszę się z tego lotu.

Jestem piękną jastrzębicą, która odzyskała wolność. Ale co się stało, że ja straciła – zaczynam się zastanawiać nad tym pytaniem.

I wtedy dociera do mnie, że to nie Indianka jest częścią mnie. Ona była tylko przewodniczką. Moją vatą jest właśnie ta uwięziona jastrzębica. 

I przypominam sobie, że jako młoda dziewczyna, kilku- może kilkunasto- letnia byłam bardzo za pan brat z moją kreatywnością. Nie trzeba mi było wiele, żeby wymyślić dla siebie zabawę. Byłam jedynaczką, a nigdy się nie nudziłam. Co zatem się stało, że uwięziłam moją kreatywność? Odpowiedź przychodzi niczym katowski topór. Jednym szybkim cięciem. Byłam dzieckiem alkoholiczki. Musiałam zaopiekować się sama sobą, a często też pijaną matką. To wtedy kreatywność musiała zostać schowana, uwięziona, a ja musiałam twardo stanąć na swoich małych nóżkach. Bo kiedy, jako nastolatka kierujesz matkę na odwyk, nie ma czasu na fantazje.

Z moich oczu płynął łzy. Wiem, że dzięki mojej picie, mojej zorganizowanej i walecznej części własnego ja przetrwałam trudne czasy. Ale nie wiedziałam, nie pamiętałam, że kiedyś byłam bardzo kreatywna, z dużą wyobraźnią. Niektórzy mówili że przypominam im czarnowłosą Anię Shirley. I nie wiedziałam, że tak głęboko schowałam w sobie tę kreatywność, żeby przetrwać. 

Kinga powoli dociera do końca rytuału. Ja czuję już spokój. Wiem, że są we mnie dwie części – i że od teraz każda będzie miała wystarczająco dużo miejsca, żeby się realizować. Bo każda z nich jest ważna, bardzo mi potrzebna i każdą z tych części w sobie bardzo cenię.

Autor: Sabina

Jestem początkującą pisarką. To są moje pierwsze pisarskie kroki. Zapraszam do mojego świata, gdzie fantazja przeplata się z rzeczywistością, a sen z jawą. Magia z kuchennymi przepisami. Są mówiące psy i smoki. Uwielbiam czytać, jeździć na rowerze oraz w różnych formach uprawiać scrapbooking i junk journaling.

Dodaj komentarz