Once in a blue moon – czyli pewnego razu w Paryżu… podczas błękitnej pełni

Witamy państwa na lotnisku Charles de Gaulle w Paryżu. Aktualnie jest godzina dwudziesta. Temperatura na zewnątrz to przyjemne 23 stopnie. Życzymy państwu miłego pobytu w mieście miłości i zapraszamy do ponownego skorzystania z Polskich Linii Lotniczych LOT lub naszych partnerów ze Star Alliance.

W głośnikach zabrzmiał głos pilota. A zatem wylądowali. Jest w Paryżu tak, jak mieli zaplanowane. Dokładnie tego dnia, kiedy mieli wylądować. Nic nie zmieniała. Bo i po co? I tak nie miałoby to znaczenia. I tak nic nie zmieniłoby, gdyby tu dziś nie przyleciała. Tak bardzo za nim tęskniła. Ale jednak to nie do niej należała decyzja, że Roberta tu dziś z nią nie było, mimo że planowali ten wyjazd wspólnie.

Odebrała bagaż i ruszyła na poszukiwanie taksówki.

-A l’hotel le Colisee S’il vous plait.

-Całkiem zgrabnie mówi pani po francusku, jak na niefrancuzkę – taksówkarz skomplementował jej krótką wypowiedź.

-Cieszę się, że pan to docenia. Wiem, że wy Francuzi lubicie turystów, którzy mówią po francusku.

-A co panią sprowadza do Paryża tym razem?

-Zdziwi się pan. Podróż poślubna.

-W pojedynkę?

-No tak, czasami życie się układa.

-W każdym razie życzę pani dobrego pobytu i cudownych wrażeń. Mimo wszystko.

-Dziękuję. Au revoir.

-Au revoir madame.

Weszła do budynku hotelu i skierowała się prosto do niewielkiej recepcji.

-Bon soir madame, jak mogę pomóc?

-Dobry wieczór. Mam rezerwację, apartament dla nowożeńców. Na nazwisko Bieńkowski.

-Oczywiście. Boy zaraz weźmie państwa bagaże. Poproszę państwa dokumenty.

-Jestem sama. Więc tylko mój dokument.

Recepcjonista spojrzał na podany dokument.

-Rozumiem. Pani Anno, witamy w naszym hotelu. Może ma pani ochotę zamienić pokój na pojedynczy? Oczywiście za odpowiednio niższą cenę.

-Nie, dziękuję. Apartament będzie w sam raz.

-Bien sur madame. Proszę do windy, za boyem. On panią zaprowadzi do apartamentu. Zaraz podamy kolację do pokoju, jeśli pani sobie życzy.

-Tak, poproszę. I butelkę dobrego szampana.

-Oczywiście.

Poszła do windy. Boy wcisnął przycisk jazdy na ostatnie piętro.

Pamięta, jak zamawiali ten apartament. Na ostatnim piętrze. Z łożem małżeńskim, balkonem i widokiem na Pola Elizejskie. Tacy byli wtedy szczęśliwi. A teraz była już tylko ona. Z pękniętym sercem.

Weszła do pokoju, wręczyła boyowi napiwek i ruszyła na balkon. Tak, to był ten widok, jakiego oczekiwała. Apartament znajdował się dokładnie na rogu budynku, dlatego miała doskonały widok na obie części Pól Elizejskich. Z jednej strony wieńczył je Łuk Triumfalny niczym tajemnicza brama do innego świata. Z drugiej – Plac Zgody z majestatycznym obeliskiem z Luksoru, będącym wspomnieniem bardzo dawnych i odległych, również geograficznie, wydarzeń. Stał tam niczym boski palec, wskazujący drogę w stronę Łuku.

Rozległo się pukanie do drzwi.

-Obsługa hotelowa.

-Proszę wejść.

Weszła młoda kobieta, prowadząca przed sobą wózek wyładowany pysznościami i jeszcze wiaderko wypełnione lodem, z którego wystawała szyjka butelki szampana.

Kiedy dziewczyna wyszła, Anna nalała szampana do kieliszka i zabrała go razem z półmiskiem owoców na niewielki balkon. Na balkonie stał żeliwny, pięknie zdobiony stolik i dwa pasujące do niego krzesła. Odstawiła półmisek owoców na stolik, usiadła i zaczęła z wolna sączyć zimny, gazowany napój. Bąbelki lekko drażniły jej język i podniebienie. Sięgnęła po truskawkę.

Na zewnątrz już się ściemniło, ponad dachami Paryża unosił się księżyc w pełni. Tak zabawnie się zdarzyło, że to była druga pełnia w tym miesiącu. Mówią na nią niebieska pełnia – bo to coś, co rzadko się zdarza.

Wieczór był przyjemny i ciepły, ale nie upalny. Spojrzała na zegarek. Prawie 22. W dole wciąż widziała wiele spacerujących osób. Miasto nadal tętniło życiem. W sumie, jeszcze miała czas na krótki spacer. Dlaczego nie?

Wróciła do pokoju, żeby się przebrać, w międzyczasie przekąszała drobne kawałki jedzenia przyniesione przez obsługę hotelu.

Była gotowa w ekspresowym tempie. Granatowe jeansy, biały t-shirt z jakimś nadrukiem, lekki sweterek zapinany z przodu na guziki, wygodne buty i torebka. Tym razem nie czekała na windę, tylko zbiegła po schodach. Chciała jak najszybciej znaleźć się na Champs Elysee. Miała ochotę dotrzeć do Łuku Triumfalnego.

Wyszła z hotelu. Paryż jeszcze nie spał. Mnóstwo ludzi, zarówno turystów, jak i mieszkańców, tłoczyło się w barowych ogródkach lub spacerowało ulicami, starając się nie uronić ani momentu w tym pięknym mieście. I ona poczuła ten zew. Ruszyła wzdłuż Pól Elizejskich, w stronę Łuku. Podziwiała mijane wystawy i pięknie oświetlone budynki. Czuła, jakby aleja, którą szła, była jedną z żył transportujących krew w organizmie, jakim było miasto. Niemalże słyszała bicie serca Paryża. A im bliżej Łuku była, tym rytm serca zdawał się być wyraźniejszy.

A sam L’Arc de Triomphe nocą zdawał się błyszczeć swoim własnym, wewnętrznym blaskiem. Wyglądał jak wielki, świetlisty portal do tajemniczego świata. Ciepła poświata zapraszała, żeby przez niego przejść. Teraz, gdy była jeszcze bliżej, miała wrażenie, że ten rytm serca Paryża wybija jej imię: An-na, An-na. Przez chwilę nawet wydawało się jej, że to Robert woła jej imię. Odruchowo obejrzała się przez ramię, żeby odnaleźć jego twarz w tłumie przechodniów. I wtedy dopadła ją bolesna świadomość, która ścisnęła jej serce niczym pięść. Nigdy nie zobaczy już jego kochanej twarzy. Przecież Robert nie żył. Zmarł niespodziewanie dwa tygodnie przed ich zaplanowanym ślubem.

Nad arkadą zawisł, jak błyszczący drogowskaz, księżyc w pełni. Prowadził ją w sam środek, a ona poddała się temu złotemu przewodnikowi.

Podeszła do Łuku i zdecydowała się przejść tuż pod nim. Kiedy znalazła się dokładnie pośrodku, poczuła na całym ciele delikatny powiew ciepłego powietrza. Jakby jej twarzy i rąk dotknęła delikatna, muślinowa lub jedwabna kurtyna.

I nagle – przed nią nie było już ulicy, sklepów, wystaw i świateł miasta. Nie było szumu przechodniów i samochodów. Nie było nawet nocy i księżyca w pełni. Przed nią roztaczała się rozległa łąka, pełna soczystej zielonej trawy, która była tak gęsta i miękka, że wręcz zapraszała, żeby się na niej położyć.

Na łące, rozsiane niczym klejnoty na zielonej sukni wiosny, znajdowały się niezliczone różnokolorowe polne kwiaty. Anna widziała ognistoczerwone maki, błękitne niezapominajki, słoneczne jaskry i dostojne słoneczniki zwrócone ku niebu oraz delikatne liliowe dzwonki. Łąka rozciągała się aż po horyzont i zdawała się tkwić w doskonałej harmonii.

Ciepłe, przyjemne słońce otulało całe jej ciało i, jak się wydawało, również jej wnętrze, uspokajającym, kojącym ciepłem. Ale nie, nie był to gorąc, jaki spotyka się czasem w upalne letnie dni. Między ciepłem słońca a chłodnymi, delikatnymi powiewami powietrza zdawała się tu istnieć idealna równowaga.

Kiedy minął pierwszy szok, usłyszała też cudowną symfonię natury: ptasie trele, bzyczenie owadów i szmer strumyka. Było to doskonałe arcydzieło muzyczne. Miała wręcz ochotę usiąść na miękkiej trawie i zasłuchać się w ten koncert niczym w najlepszej sali koncertowej na świecie.

Co więcej, powietrze wokół niej nasycone było cudownym zapachem świeżo skoszonej trawy, mieszającym się ze słodką wonią kwitnących ziół i polnych kwiatów. Czuła na skórze delikatny, ciepły powiew wiatru, który niósł ze sobą te upojne aromaty, kojąc jej zmysły i uspokajając skołatane serce.

-Witaj! – tuż obok niej pojawiła się postać, zwiewna, raczej niewyraźna i jakby pozbawiona kolorów.

-Gdzie jestem? Co się stało?

-No cóż, jesteś nadal tam, gdzie byłaś. Na Polach Elizejskich. Różnica polega na tym, że teraz jesteś na PRAWDZIWYCH Polach Elizejskich.

-Ale jak to? Ja nic nie rozumiem…

-Dostałaś się tu przejściem pod Łukiem, które otwiera się bardzo rzadko. Tylko podczas błękitnego księżyca. I tylko dla osoby, która niedawno straciła kogoś bliskiego i jej miłość do niego jest na tyle silna, że przełamie barierę naszych światów. Czy Ty jesteś taką osobą?

-Dwa tygodnie temu zmarł mój narzeczony, Robert. Na wczoraj mieliśmy zaplanowany ślub.

-Zatem on zaraz się tu zjawi. Będziesz mogła się z nim zobaczyć.

-Ale ile potrwa to spotkanie? Mgnienie oka? A potem znowu będę musiała oddać go śmierci i będę tęsknić za nim od początku?

-Niekoniecznie. Jest jedna możliwość, żeby Robert wrócił do świata żywych. Ale nie jest to łatwe. Nie jest to proste. Życie za życie, śmierć za śmierć. Za jego życie trzeba oddać inne życie. I nie może to być Twoje życie.

A kimże ja jestem, żeby decydować o życiu i śmierci innych osób? Ale tak bardzo pragnęłabym żyć z Robertem. Tak ciężko mi żyć bez niego.

-Czyje życie miałabym oddać, skoro nie należy ono do mnie?

-Twoich, a w zasadzie waszych nienarodzonych jeszcze dzieci.

-Ilu dzieci?

-Wszystkich. Jeśli Robert wróci do życia, a Ty zajdziesz w ciążę – to albo jej nie donosisz, a dziecko odejdzie przed czasem narodzin, albo, jeśli się urodzi żywe, to umrze w ciągu pierwszego tygodnia swojego życia. Czy jesteś gotowa ponieść takie wyrzeczenie dla Roberta?

W pierwszej chwili słowa tajemniczej osoby zmroziły ją. Bo jakże to tak, miałaby na zawsze zrezygnować z posiadania dzieci? Mieliby z Robertem nigdy…

Ale zaraz potem przyszła inna myśl. Przecież tak naprawdę nie miała wyboru. Tak czy owak nie będzie przecież miała dzieci z Robertem, skoro Robert nie żyje. Ale może mogłaby być szczęśliwsza z kimś innym? Ale jednak to przecież Robert był miłością jej życia, za którą tęskniła każdego dnia od dwóch tygodni. Brakowało jej go jak powietrza, jak wody, jak światła.

-Chcę powrotu Roberta do mojego świata.

-Jest tylko jeszcze jeden wymóg.

-Jaki? Zrobię wszystko, żeby do mnie wrócił.

-Robert nie może się nigdy dowiedzieć, co się wydarzyło. I jaka jest tego cena. Nie możesz mu nigdy powiedzieć, że nie żył i że przywróciłaś mu życie. Jeśli się dowie, zacznie tęsknić za śmiercią i popełni samobójstwo. A wtedy już nigdy tu nie trafi.

-Ale czy on nie będzie pamiętał, że nie żył?

-Nie! Obudzicie się oboje w rzeczywistości, w której nigdy nie umarł. Obudzicie się jutro, już po ślubie – on będzie pamiętał wasz ślub, za to nie swoją śmierć. Ty będziesz pamiętać te dwa tygodnie bez niego, ale nie wasz ślub. Coś za coś.

To było trudne. Bardzo trudne. Jak będzie mogła spojrzeć mu w oczy, kiedy zapyta ją o wspomnienia, które on będzie miał, a ona nie? Nigdy nie mieli przed sobą żadnych tajemnic. Nigdy niczego nie musiała przed nim ukrywać. Czy podoła takiemu zadaniu? Czy zdoła przemilczeć prawdę? A co, jeśli nie zdoła utrzymać tego w tajemnicy i straci go drugi raz? Czy będzie potrafiła żyć ze świadomością, że przyczyniła się do jego śmierci? To była gra o wysoką, najwyższą stawkę. Ich wspólne życie, bezdzietne, ale mimo wszystko szczęśliwe i długie życie. Pamięć o tym, jak wyglądało życie bez Roberta, z pewnością doda jej sił, żeby tę jedną, jedyną rzecz utrzymać przed nim w sekrecie. Tak rozpaczliwie za nim tęskniła. Tak bardzo go jej brakowało. Odzyskanie go było warte wszystkiego. Oddałaby nawet kilka lat ze swojego życia, gdyby tylko to wydłużyło jego życie.

-Tak, zgadzam się na wszystko.

-Zatem niech tak będzie.

Annę łaskotały w nos promienie porannego słońca. Otworzyła oczy. Leżała w łóżku, w hotelu, w apartamencie dla nowożeńców. Jej twarz była zwrócona w stronę otwartego balkonu, zza którego dobiegały odgłosy obudzonego już Paryża. Miękka kołdra, pachnąca czystością, przyjemnie otulała jej ciało, nie przytłaczając go jednak. Na podłodze dostrzegła rozrzucone płatki czerwonych róż. Na stoliku nieopodal balkonu stała otwarta i częściowo opróżniona butelka szampana, truskawki oraz dwa kieliszki. Poczuła, że coś uwiera ją w serdeczny palec prawej ręki. Coś, czego wcześniej nie czuła. Zerknęła na niego i zobaczyła tam obrączkę i pierścionek zaręczynowy, ten sam, który Robert ofiarował jej, kiedy prosił ją o rękę i który przy pożegnaniu wsunęła mu do trumny. Czy to możliwe?

Zdecydowanym ruchem obróciła się na drugi bok. A tam leżał on. Robert. Oddychał spokojnie i miarowo, a na jego szyi zdecydowanie odznaczała się pulsująca tętnica.

-Uwielbiam budzić się codziennie koło ciebie – wyszeptała mu do ucha i mocno się do niego przytuliła.

Autor: Sabina

Jestem początkującą pisarką. To są moje pierwsze pisarskie kroki. Zapraszam do mojego świata, gdzie fantazja przeplata się z rzeczywistością, a sen z jawą. Magia z kuchennymi przepisami. Są mówiące psy i smoki. Uwielbiam czytać, jeździć na rowerze oraz w różnych formach uprawiać scrapbooking i junk journaling.

Dodaj komentarz