Królicza nora

Spadające z jesiennych drzew liście odsłaniają szare cieżkie niebo, a brązowy dywan wstydliwie zakrywa umierającą w tym czasie ziemię. Pod kępami trawy, poprzetykanej suchymi źdźbłami jak włosy nitkami siwizny, zieje dziura w ziemi. Moja królicza nora. Chrząszcze o twardych hitynowych płaszczykach, białe tłuste larwy, giętkie różowe dżdżownice… Wszystko pełza po moim ciele. Moje uszy świdruje buczenie i brzęczenie szybko poruszających się drobnych owadzich skrzydełek. Próbuję nabrać w płuca powietrza, ale to pod ziemią nie nadaje się do oddychania. Jest zgniłe. Gdzieś z góry słyszę trzykrotne zachrypłe krakanie. Woła mnie. Wyciągam ręce w górę i wygrzebuję się z ciasnej króliczej nory, z opadłych brązowych liści. Nie chcę tego robić, ale znów budzę się w tej samej rzeczywistości.
Nie pamiętam, kiedy tu utknęłam. Nie mogę przypomnieć sobie swojego imienia ani swojej twarzy. Zostały mi poszarpane fragmenty czyjegoś życia- smak palonej kawy kupionej przy ruchliwej autostradzie, rozmowy ludzi w kolejce do kasy, stan między muszę a powinnam. Wyciągam z włosów kilka podgniłych liści, wysupłuję małe wyschnięte gałązki. Pod paznokciami mam ziemię, ale moja długa sukienka w kolorze lnu pozostaje czysta.
Kruk siedzi na gałęzi, tuż nad moją głową. Poprawia dziobem zmierzwione pióra, otrzepuje się. Za chwilę głośnym krakaniem da mi sygnał, żebym szła śladem jego lotu. Znam początek naszej drogi między drzewami i pochyłymi krzakami dzikich leśnych malin, do wąskiej ścieżki- ale to on mnie tam zaprowadzi. Dziś nie boję się tego, co wczoraj było moim koszmarem.
-Kra kra- wzbija się i ruszamy.
Moje bose stopy stawiają pierwsze kroki niepewnie. Ziemia od zbutwiałych liści jest chłodna i mokra. Gdzieś w górze lekko szumi wiatr. Nabieram w spragnione płuca jeszcze więcej świeżego pachnącego mchem  powietrza. Nie wiem, na którym etapie dziś mi go zabraknie. Spieszę się cieszyć każdym orzeźwiającym wdechem i czuję wdzięczność. Kiedy za pierwszym razem wychodzę z króliczej nory i nie ruszam za swoim czarnoskrzydłym przewodnikiem, ogarnia go furia. Zawraca. Ostrym dziobem szarpie moje oczy. Krew pali moją twarz. Pragnę zapaść się w szaleństwo, byle nie myśleć, byle nie czuć. Ślepa, słyszę trzy charczące głosy wokół mnie:
-Bracia, uczta dla nas, patrzcie!
-Słodka gorąca jucha!
– Gęsta jak miód z pasieki. Dawać dziewkę!
Krzyczałam z bólu, by wreszcie omdleć, zapaść się w nicość i znów na powrót wyczołgać z króliczej nory. Teraz wiem, że ten świat ma kolejność, a ja mam nakaz wędrowania. Idę za krukiem na skraj lasu. Powietrze powoli gęstnieje. Otacza nas mgła. Tu gubię ślad mojego skrzydlatego przewodnika. Mgły opadają nisko na ziemię- gęste i mlecznociężkie. Snują się pomiędzy drzewami w stronę leśnej polany. Czekam, ukryta za starym dębem, na spektakl, który już za chwilę się tu rozpocznie.
Najpierw je słyszę. Ich coraz głośniejsze ciamkanie i mlaskanie. Nadchodzą Mgłaki. Za pierwszym razem uciekłam, przerażona widokiem istot, podobnych do niskich poskręcanych drzew, pokrytych suchą korą, z której spoglądały, niczym dziuple, dwa otwory, będące oczami. Każdy mgłak miał dwie gałęzie zamiast rąk, zakończone długimi spiczastymi palcami z gałęzi. Na te palce nawijały sobie mgłę, jak watę cukrową i wkładały do otworów gębowych, mlaskając przy tym z zadowolenia. Pierwszy raz bałam się, że i mnie pożrą. Wyglądały na nienasycone. Zbliżaly sie w moją stronę, ale kiedy zaczęłam uciekać przed nimi, potknęłam się o konar i runęłam w przepaść prosto w króliczą norę, bez oddechu- by znów otrzepać się z robactwa i zgniłych liści.
Cierpliwość to największa cnota, której uczy mnie ten zamknięty krąg ziemi. Czekam cierpliwie. Jeden z mgłaków wyczuwa moją obecność i zaprasza gestem drewnianej ręki na polanę. Wychodzę z kryjówki i staję między potworami. Jeden z nich łapie nitkę mgły, nawija ją na długie palce i podaje mi gotowy kłębek. Zachęca pomrukiem i mlaskiem do spróbowania.
Kiedy pierwszy raz za dlugo się zastanawiałam, mgłak wyszarpał mi swój smakołyk ze złością, a ja umieram w sekundę z głodu. Znów nora, znów kruk, znów wędrówka na polanę.
Dziś mój głód jest większy i sięgam od razu między palce mgłaka. Kłębek jest ciepły, lekko się klei. Wkładam do ust i czuję smak ulotny, delikatny- smak porannej rosy doprawiony nektarem kwiatów i leśnych ziół. Ma zapach dzikiej róży.
Jest tak soczysty, że spływa mi po brodzie, a mgłaki zdają się być tym rozbawione. Zostaję, ucztować z nimi, dopóki cała mgła nie zniknie z polany. Razem z nią znikają moi ulotni przyjaciele. Żałuję, bo najlepsze co mi się przytrafia, to istoty, które mnie karmią.
Kiedy mgły odchodzą, na końcu polany zauważam piaszczysty szeroki brzeg jeziora. Okalają go półnagie drzewa, poprzetykane zielonymi świerkami. Pierwsze promienie słońca spoglądają na ziemię łaskawie. Gdzieś dalej odzywa się zięba. Podchodzę bliżej. Kruk zrywa się do lotu ze swoim głośnym:
– Kra kra.
Podążam za nim wzrokiem. Wiem, że poleci na drugi brzeg jeziora, gdzie widać w oddali małą drewnianą chatkę, częściowo ukrytą w krzewach. Ktoś tam jest. Z komina wylatuje dym. Jego początkowo wyraźna smuga w górze rozkleja się w małe obłoczki, które chwilę później znikają.
Piasek na brzegu jest drobny, lekki. Przez chwilę odwiedza mnie kolejne wspomnienie z innego życia i mam wrażenie, że kiedy podniosę wzrok znad tej niedużej plaży zamiast jeziora zobaczę bezkres morskiej wody, łamany przez spokojne fale. Usłyszę krzyki mew.
Kiedy byłam tu po raz pierwszy, zachwycona spokojem wody, urokliwym pejzażem, nabrałam ochoty poznać trochę siebie. Żeby przypomnieć sobie swoją twarz, uklękłam nad brzegiem. Jedyne co zobaczyłam, to wykrzywione oblicze Utopca. Tracę równowagę, gdy on w tym momencie wyciąga po mnie sinie pomarszczone ręce. Mętna woda obejmuje mnie ciasno i zabiera powietrze. Znów wychodzę z nory na spotkanie mgłaków, by znaleźć jezioro.
Nie od razu słucham kruka, który każe mi iść prosto w toń.
Próbuję dotrzeć do chatki lewym brzegiem, gdy nagle słyszę głosy istot ucztujących wtedy, gdy kruk wydłubał mi oczy. Biegnę, za mną rusza ogromny cień. Pękają suche gałązki. Ciernie dzikich malin tną skórę, a bestie za mną liżą krwawy ślad, który zostawiam. Wpadłam w wilczy dół. Długo cierpię, nabita na ostry pal, zanim na powrót zasnę. Budzę się znów w króliczej norze. Prawy brzeg nie ma końca. Szłam nim noce i dnie, aż znów umarłam z wycieńczenia i głodu. Nie wolno mi pić wody z jeziora. Już wiem, że jest zatruta Utopcem.
Kruk wskazuje wyraźnie, że możliwe jest przejście środkiem. Nie potrafię pływać. Muszę ufać mojemu przewodnikowi na tyle, by wejść do wody i przekonać się, jak jest głęboka. Ale moje stopy nie zanurzają się w niej. Woda unosi mnie nad swoją powierzchnią. Ostrożnie stawiam kolejne kroki. Pamiętam, żeby nie patrzeć w dół, na Utopca, a na środku jeziora nie bać się ogromnego węża wodnego, którego śliska skóra muśnie kilka razy moje stopy. Jeśli znów spanikuję, wpadnę w ciemną toń. Zabolą mnie płuca, a wąż otworzy paszczę i siedem rzędów ostrych jak szpile zębów poprzecina mi ciało. Wypluje mnie znów w króliczej norze. Ufam więc i patrzę w górę, jak kruk  zatacza kręgi wysoko nad moją głową. Tym razem nie poddam się, tym razem już nie utonę. Idę po wodzie w pełnej napięcia ciszy.
W pewnym momencie zrozumiałam, że to co napędza krąg, to mój własny strach przed porażką. Królicza nora to nie kara za błąd- to nauka.
Pierwszy raz moje stopy dotykają piasku na drugim brzegu. Zachwycona, rozglądam się wokół. Za chatą widzę ogród, niemal pusty o tej porze roku. Tylko czarny kot patrzy na mnie przyczajony za rozkopaną grządką. Całe proste i zwyczajne obejście jest wysprzątane. Nie ma niczego, co nie powinno tu się znaleźć. Powoli podchodzę do drewnianego starego domku, który zdaje się być pochylony  w prawo. Drzwi chaty są lekko otwarte. Skrzypią, kiedy je ostrożnie uchylam. Staję w progu oniemiała. Wnętrze zupełnie nie pasuje do tego, co widziałam na zewnątrz. Wita mnie delikatna linia melodyczna, smyczki i skomponowany w metrum walca taneczny rytm. Moje inne zycie mówi, że to subtelny Walc Gramofonowy Eugena Dogi. Opowieść o czasie i przeszłości. Jestem w jasno oświetlonym korytarzu, a melodia narasta, otacza mnie z każdej strony- prowadzi. Wnętrze korytarza wyściela miękki czerwony dywan, otulony drewnianą boazerią ścian. Wokół wiszą piękne obrazy w złotych ramach. Przyglądam się mojej historii na kilku płótnach. Patrzy na mnie malowany kruk o czarnych błyszczących piórach. Na innym płótnie widzę moją króliczą norę  zakopaną w zgniłych liściach, otoczoną bukami, brzozami i leszczyną. Mgłaki zapraszają mnie na poczęstunek z krajobrazu magicznej zamglonej polany. Jest jezioro z Utopcem, ktory siedzi nad jego brzegiem, smutny i czekający. Jest chata, z komina leci dym.
Za muzyką wchodzę do salonu. Jak tu ciepło. W kominku pali się płonień, trzaska w rytm trzech czwartych walca. Na czarnych świecach płomienie stoją na baczność. Potem zauważam regały wzdłuż wszystkich ścian, zajęte książkami. Na środku stoi biurko. Mężczyzna siedzący za nim odkłada pióro w momencie, kiedy go zauważam. Podnosi wzrok. Oczy ma czarne, przenikliwe. Przez haczykowaty nos przypomina mi mojego kruka.
– Długo szłaś- odzywa się zachrypniętym kruczym głosem, a mnie znów zalewa jakieś nikłe wspomnienie z innego życia. Jego oczy. Dwa ciała przy kominku, splecione w jedno. Dwa oddechy. Westchnienie. Chyba moje. Kimś dla niego jestem lub może byłam kimś, kogo widzę w strzępach innego życia. Prawda może być duszna jak powietrze w króliczej norze.
– Jak podróż?- pyta kurtuazyjnie, bo przecież wie. Chyba widzę trochę złośliwości w jego czarującym uśmiechu.
Nie mogę mu odpowiedzieć. Nie mogę się odezwać.
Kiedy Bies wstaje zza biurka, podchodzi do mnie bliżej, czuję napływającą falę gorąca i dziwną tęsknotę ciała. Jest wysoki, szczupły, elegancki w ruchach pewnego siebie drapieżnika. Płonę jak ogień w kominku, gdy pochyla się blisko nade mną, odgarnia mi włosy, wyplątuje suchy liść. Delikatnie muska moją skroń chłodnymi opuszkami palców, które wolnym ruchem przesuwa w dół po szyi. Spalam się, gdy jego usta są tuż przy moim uchu, gdy słyszę jego szept:
– Chcesz to już skończyć?
Nagle odsuwa się, a ja czuję ból rozczarowania. Chciałam zupełnie czegoś innego przed chwilą. Żeby wspomnienie z innej epoki stało się moją rzeczywistością. Ale Bies tak ma. Zniewala pożądaniem, obietnicą. Zostawia rozczarowanie i pustkę  chociaż mam jakieś nikłe wspomnienie spełnienia.
-Twoja zagadka- mówi, patrząc w dół, na moje ręce.
Trzymam kartkę pożółkłego papieru z ozdobnej papeterii, z pięknymi rozetami ozdabiającymi rogi. Czytam:
„Jest cenniejsza niż pamięć, bo tworzy przyszłość
Jest lżejsza niż myśl, lecz wiąże cię z innymi
Gdy ją stracisz, stajesz się pustą skorupą, zamkniętą w kręgu ziemi”
Sama jestem zdziwiona, jak brzmi mój głos, kiedy odpowiadam po chwili:
– Nadzieja.
Bies wyciąga kartkę z moich dłoni, wrzuca ją w ogień kominka:
-Nie odkryjesz własciwej drogi, jeśli nie posłuchasz intuicji- w jego wilczych oczach zauważam dwa żółte światła.
– Nic się nie zmieni, kiedy będziesz robiła wciąż to samo.- dwa światła w jego oczach powiększają się.
– Ufaj sobie- już go nie ma, tylko te wielkie światła oślepiają mnie okrutnie i pędzą na mnie z zawrotną szybkością. Metrum walca zmienia się nagle w przerażającą kakofonię.
Ledwo zdążę odskoczyć w bok, kiedy auto mija mnie, ogłuszając jednocześnie donośnym klaksonem.
Stoję przemoczona ulewą, ochlapana błotem spod kół pędzącego srebrnego BMW.
– Kurwa!- rzucam za oddalającymi się w szybkim tempie czerwonymi światłami- co za skur…
Nie kończę, bo patrzy na mnie z naganą Maryjka z przydrożnej kapliczki. Jestem na rozdrożu, a przekrzywiona zielona tablica  białymi napisami wyznacza kierunki i odległości do nieznanych miejsc. Ciągle leje. Z oddali znów nadciągają światła.
Ale tym razem czarne Subaru Forester wersja Turbo zwalnia. Zatrzymuje się przy mnie. Automatyczna szyba opuszcza się:
– Podwiozę panią, niech pani wsiada-  zachrypnięty głos mężczyzny o haczykowatym nosie i włosach czarnych jak krucze pióra zaprasza mnie do dalszej drogi.
Wsiadam.

Dodaj komentarz