Obudziła się zlana potem. Fragmenty tak realnego niedawno snu po kolei odpływały w nicość. Wiedziała, że rankiem z nocnej mary pozostaną jedynie niewyraźne, pozbawione kontekstu obrazy. Nie zawsze tak było. Niektóre sny zapamiętywała szczegółowo.
Jednym z nich był ten, w którym sunęła przez rozgwieżdżone niebo na grzbiecie wielkiej, srebrnej ryby. Jej wierzchowiec połknął ogromny haczyk, a wędkarz obejmujący okrakiem księżyc w nowiu wyłowił ją z kosmicznego oceanu. To był Julian. Kiedy zwijał żyłkę, ułamała róg ziemskiego satelity. Przeżycie było tak realistyczne, że po przebudzeniu szukała kawałka księżycowej skały, która powinna zaplątać się w pościeli.
Roma zawsze miała barwne sny. Teatr jej wyobraźni nie oszczędzał na dekoracjach i statystach. Często też angażował w głównych rolach sławy rozmaitych dziedzin. Niestety ostatnio najwyraźniej zaciskał pasa, bo zatrudniał prawie wyłącznie jej byłego faceta.
Julian nie nadawał się na gwiazdora i nawet rola halabardnika mogła go przerosnąć. Chociaż nie widziała go prawie od roku, we śnie odbywała w jego towarzystwie podróże i prowadziła z nim filozoficzne dysputy. Była zła. Nie po to zerwali, żeby widywać się tak często na niwie astralnej.
Po każdym z tych snów czuła się rozbita i długo nie potrafiła wrócić do rzeczywistości. Na początku winą obarczyła stres. Potem zaczęła zastanawiać się nad swoją dietą. Niestety lubiła podjadać przed zaśnięciem. Przykładowo niewinny żółty serek przez zawartość tryptofanu niezbędnego do produkcji serotoniny, powodował podobno dziwne sny. Również alkohol mógł wywoływać senne koszmary. Odstawiła więc rozmaite wieczorne przyjemności, ale nie na wiele się to zdało.
XXX
– Dla człowieka posługującego się tylko rozumem wpuszczanie tego rodzaju intruzów do tak precyzyjnego aparatu, jakim jest jego umysł, staje się jednoznaczne z wprowadzeniem czynnika zaburzającego – perorował doktor Watson, przechadzając się przed wielkim kominkiem, otoczonym psychodelicznym fryzem.
Patrzyłam to na niego to na Juliana, który siedział wciśnięty w olbrzymi fotel i rzępolił na skrzypcach, nie zwracając na nas uwagi.
– Nie rozumiem… – bąknęłam.
– Kobiety – grzmiał doktor, wymachując wyposażoną w ogromną ilość zębatek strzelbą – są niczym ziarnko piasku na szkiełku mikroskopowym! Wywołują chaos!
– Watsonie, dość tego! – Julian odrzucił skrzypce. – Musimy dopaść złoczyńcę!
– Holmesie, wiesz już, kto to zrobił?
– Ależ oczywiście, mój drogi Watsonie! Teraz już tylko musimy znaleźć świnkę morską!
Julian zdjął z ramion jedwabny szlafrok, ukazując wiktoriański garnitur i wcisnął na jasną czuprynę, czapkę w kratę. Chwycił laskę i trzykrotnie zapukał nią w obudowę kominka. Ta rozsunęła się, odsłaniając widok na ulicę. Na wprost stało, prawdopodobnie napędzane parą, skrzyżowanie staromodnego parowozu z bicyklem.
– Czy powinienem wziąć torbę lekarską? Jak myślisz Holmesie? – Watson podkręcił sumiastego wąsa.
– Oczywiście, przecież może być wściekła!
Doktor chwycił kuferek i wraz z Julianem ruszyli w kierunku pojazdu. Naraz Julian przystanął, nie oglądając za siebie.
– Idziesz Ireno?
– Nie jestem… – zaczęłam i wtedy zrozumiałam, że oczywiście, mam na imię Irena.
Poprawiłam kapelusz z pawim piórem i przygładziłam materiał sukni, ściśle przylegający do gorsetu. Żwawym krokiem podeszłam do Juliana. Przez chwilę patrzyłam na steampunkowy Londyn, po czym zanurzyłam się w miejskim gwarze.
XXX
Po przygodzie z Sherlockiem Holmesem oraz chorą na wściekliznę świnką morską Roma stwierdziła, że musi się jednak napić od czasu do czasu. Znalazła informacje dotyczące zapobiegania koszmarom. Przede wszystkim postanowiła zmienić nawyki.
Wietrzyła mieszkanie, spała wyłącznie na prawym boku i odstawiła suplementy diety zawierające witaminę B6. Zrezygnowała również ze słuchania audiobooków przed snem, gdyż zdaniem ekspertów światło emitowane przez urządzenia elektroniczne, mogło niekorzystnie wpływać na działanie zegara biologicznego.
Zaczęła uprawiać jogę, a w kominku zapachowym podgrzewała odpowiednio dobraną mieszankę olejków eterycznych. Aromat lawendy, jaśminu i paczuli otulały ją, przed zaśnięciem, tworząc nieco orientalną atmosferę.
XXX
Leżałam na szezlongu wśród jedwabnych poduszek. Nie mogłam wstać. Z trudem uniosłam rękę, którą oplatało kilkanaście bransolet. Wysadzane klejnotami złote obręcze wciągały mnie w głąb purpurowego stosu poduszek. Nagle ktoś szarpnął płachtą osłaniającą wejście do namiotu. Przede mną stanął Julian, okutany czymś, co zawsze kojarzyłam ze strojem pustynnego rozbójnika.
– Jeszcze niegotowa?– zawołał z grozą.
W tym momencie poczułam lekkość i zerwałam się na równe nogi. Bransoletki zmieniły się w złociste węże, które wniknęły w arabeski egzotycznego dywanu.
– Jestem gotowa! – Poprawiłam włosy. – Nie możemy przecież spóźnić się do maharadży.
– Pięknie wyglądasz! Masz grzyb?
– Oczywiście! – Podałam Julianowi olbrzymią pieczarkę o fioletowym kapeluszu, którą byłam pewna, cały czas trzymałam w rekach.
– Jaguar czeka. – Julian pociągnął mnie za rękę.
Namiot zniknął, a przed nami siedział olbrzymi kocur i pomrukując gniewnie, lizał pazury. Usiadłam na złotym siodle, a za mną usadowił się Julian. Jaguar wstał leniwie, po czym skoczył, zlewając się z pomarańczową pustynią.
XXX
– I jak było? – zapytała Paulina, ocierając łzy chusteczką.
– Co, jak było?
– No, u maharadży?
– Daj spokój – prychnęła Roma.
Siedziały w kawiarni i popijały kawę po wietnamsku. Paulina co chwilę wybuchała śmiechem, co Roma bledsza jeszcze niż zwykle kwitowała ponurymi spojrzeniami.
– Co ja na to poradzę? – wymruczała ofiara snów.
– Pewnie nic. – Paulina spróbowała przybrać poważną minę, ale nie bardzo jej się to udało. – No wiesz, nie chcę być wścibska, ale nie bierzesz czasem leków z grupy SSRI? Ponoć ich skutkiem ubocznym bywają realistyczne sny.
– Nie. – Roma pokręciła głową.
– Słyszałam, że u niektórych osób wpływ na sny może mieć ziemskie pole magnetyczne. Może aktywność geomagnetyczna była za niska albo za wysoka. Już nie pamiętam, jak to szło.
– Daj spokój.
– Serio.
– Zostawmy pole magnetyczne! – Roma odgarnęła czarną grzywkę z twarzy.
– Zastanawiające jest to, że mają taki nawracający charakter. Nic ich nie łączy poza Julianem i przemieszczaniem się nietypowymi środkami transportu?
– Chyba nie.
– A śni ci się czasem, że wy… hm… no wiesz… – zakaszlała znacząco Paulina. – Czyli tak – podsumowała, widząc minę przyjaciółki.
– Przecież to tylko sny!
– Myślę, że po prostu za długo jesteś sama. Powinnaś chodzić na randki!
– Wiem, wiem – mruknęła Roma.
– A co z tym Tadkiem?
– A co ma być?
– Czyli, nic z tego – westchnęła Paulina. – A może tobie jeszcze zależy na tym dupku, który nawiedza cię w snach?
– No coś ty, minęło tyle czasu.
– To bez znaczenia.
– Dotąd o nim nie myślałam. – Wzruszyła ramionami Roma.
– Swoją drogą ciekawe, jak działają te nasze babskie mózgi. Facet był nieczułym palantem, a tymczasem twój umysł bądź co bądź robi z niego bohatera! – krzyknęła zirytowana Paulina. – Masz do niego jakiś kontakt?
– Nie.
– Portale społecznościowe?
– Nie ma go nigdzie.
– Więc sprawdzałaś! – Paulina wyprostowała się na krześle. – Roma, musisz się wziąć w garść i zerwać z przeszłością, żeby rozpocząć nowy etap w życiu! – oświadczyła uroczyście.
XXX
Rozmowa z Pauliną jeszcze bardziej rozstroiła Romę. Była zaniepokojona. Próbowała skontaktować się z Julianem, ale żaden z jego kumpli nie wiedział, co się z nim działo. Nie chciała odzywać się do jego siostry w obawie przed reakcją, z jaką zostanie przyjęte jej nieoczekiwane zainteresowanie.
Wraz z próbami nawiązania kontaktu, okresy pozbawione rojeń stawały coraz dłuższe. Wreszcie Roma miała za sobą cały miesiąc wolny od nocnych wizyt byłego. Paradoksalnie i wbrew zdrowemu rozsądkowi rozstroiło ją to bardziej niż sen o krwiożerczych bakłażanach. Podjęła decyzję. Musiała zobaczyć się z Julianem na jawie albo we śnie.
W grę wchodziła tylko ta druga opcja, więc przygotowała sobie wykwintną kolację. Zjadła cheddar, po którym ludzie miewali sny o sławnych osobach. Skosztowała również sera blue, wpływającego na częstsze występowanie niecodziennych wizji. Wszystko popiła czerwonym winem. Żeby zyskać dodatkową pewność, zjadła jeszcze tabliczkę czekolady. Ucisk w żołądku długo nie pozwolił jej zasnąć. Wreszcie ciężkie powieki opadły.
XXX
Przemierzaliśmy dżunglę na gigantycznych wiewiórkach. Prowadził nas Donald Trump. To zapewne z powodu sera. Szczuplejszy niż kiedykolwiek Julian wyglądał trochę jak Indiana Jones. Gdy trafiliśmy na zaporę złożoną z olbrzymich borówek Donald Trump, coraz bardziej przypominający Wiedźmina, wyciągnął miecz i zaczął nakłuwać owoce. Zalało nas atramentowe morze soku. Na szczęście wiewiórki, które okazały się delfinami, doskonale pływały. Objęłam mocno swojego delfina.
– Julian – mój głos odbił się echem. – Julian! – powtórzyłam.
– Co?
– Chcę wiedzieć, co robisz w moich snach?
– To nie są twoje sny! – odkrzyknął. – To ty śnisz się mnie.
– Niemożliwe! – Mój wrzask zmienił się w mydlaną bańkę i uniósł nad gęstą cieczą, po której płynęliśmy. – Śnisz mi się z powodu sera. Właśnie tej nocy to udowodniłam. Jesteś nocną nietolerancją laktozy! – Druga, dużo większa bańka wzniosła się ku przestworzom.
Julian nie odpowiedział. Przez chwilę płynęliśmy w milczeniu. Delfiny rozmywały się powoli w przestrzeni, a borówkowe morze gęstniało.
– Skoro jest, jak mówisz, to dlaczego ostatnio mi się nie śniłeś? – odezwałam się wreszcie, wypuszczając wyjątkowo kleisty bąbel.
– Zmieniłem leki.
– Jakie leki?
– Na depresję – odwrócił twarz w moją stronę – ale je odstawiłem.
– Dlaczego?
– Bo przestałaś mi się śnić.
Naraz atramentowa rzeka, która nas niosła, zastygła, rozproszyła się i zajaśniała błękitem. Brodziliśmy teraz wśród niezapominajek.
