Iskry szły w górę i w górę, rozświetlając nocne niebo. Na polanie otoczonej brzeziną siedzieli starzy i młodzi. Wszyscy wcześniej wygasili paleniska, żeby z ogniska sobótkowego przynieść do domów nowe światło.
Dziewczęta wśród śmiechów i przekomarków wiły wianki. Były tam Maryśka i Wercia od Walendziaków, Danka Starówna i Wacia Adamiaczka. Nawet Jadwinia sierota, jak zawsze nieco z boku, czerwone jako ta krew kwiaty splatała. No i Anula o oczach niczym skrawki nieba i warkoczu złocistym. Jego Anula też plotła, ale nie dla niego tylko dla Jędrzeja, z którym już dawno była po słowie.
– Patrzcie, ten mruk najmłodszy od młynarzów też się tu przyplątał – syknęła Jagna stolarzowa.
– Od niego to słowa nie kupisz – zaśmiał się jej mąż.
– No boć to odmieniec, przez mamunę podrzucony – stwierdziła z przekonaniem babka Waciakowa.
– Mamunę? – zainteresowała się Agniesia, jedenastoletnia córka Jagny, której pleść wianków jeszcze nie pozwolono, więc z matką przy ogniu siedziała.
– Nie wisz? Mamuna, dziwożona. Szkarada prawdziwa, o spluntanych kłakach i piersiach obwisłych.
– Fuu!
– A skąd się biorą mamuny? – zainteresował się Marcinek, brat Agniesi.
– Jak się jakisik biedaczce zemrze, kiedy potomka oczekuje, albo i w połogu, to jej dusza spokoju nie zaznaje, tylko na mokradła ulatuje – objaśniła babcia Waciakowa.
– I głupi Grzesiek jest podmieniony?
– Ani chybi. Jak się tylko urodził, wciąż beczał, słabowity był i wcale nie rósł. Tylko głowę miał jak bania, a ręce i nogi jak patyki. Dohtor jeden pedzioł nawet, że Grzesiek umrze. Nie byłoby to dziwne, bo szczenię od mamuny zwykle szybko przenosi się na tamtyn świat. Wśród ludzi żyć mu trudno i nawet ludzką mowę cinżko mu pojąć. W końcu zaczyna coś tam bełkotać, ale zawsze dziki i niechętny ludziom ostaje.
Agniesia zapatrzyła się na zgarbionego Grześka, który popijał gorzałkę z metalowego kubka.
– Skoro on zamieniony, to co się stało z prawdziwym dzieckiem młynarzy.
– Ano, demony go jak swojego pewno wychowały.
– Nie było sposobu, żeby go odzyskać?
– Jest jeden taki. Trza odmieńca wyprowadzić na kupę gnoju oblać wodą święcuną ze skorupki jaja, trzy razy wypowiedzieć przeklęcie: Odbierz swoje, oddaj moje i obić go rózgą brzozową. Wywabiona zawodzeniem mamuna zabiera wtedy swój pomiot.
– Czemu młynarze tego nie zrobili? – zapytał Marcinek.
– Ano zrobili, ale nic to nie dało. Nawet mamuna go nie kcioła.
Słowa kolejnej sobótkowej pieśni ledwo co przedostawały się do zamroczonego gorzałką umysłu Grześka. Mówiły coś o miłości i o…
– Tobie to tylko kwiat paproci, co to o nim baby śpiwają, pomóc może – zagadnął stary Walendziak, patrząc na Anulę. – Wiadomo, że tako panna golca nie wyźmie.
– Kwiat pap… – Grześkowi język się zaplątał.
– Paproci! – Walendziak kiwnął głową z przekonaniem. – Tego, który kwiatek ów znajdzie, szczynście już nigdy nie opuści i co tylko sobie pomyśli, to mu się spełni.
– Co to za szczynście, kiedy to som człowiek nie wi, czego by kcioł – parsknął dobiegający już osiemdziesiątki młodszy Pawlak.
– O… o… jaki on mundry jak fizjolof jaki! Patrzył, by kto!
– Lepi już nie pleć i chłopakowi w tej jego i tak cinżkiej głowie nie mąć! Zaraz skakać bedo!
– Przeco widza. A Jadwinia od ty starej spod lasu tyż skakać bydzie?
– A czemu nie?
– Mówią, że una wiedźma, jako jej babka, a wiadomo, że wiedźmy na sobótkę nie chadzajo, bo się boją, że w ogień wpadną.
– Przeca widzisz, że się dziewczyna ognia nie lęka! Sama włosy ma, jak tyn ogień, winc co się ma bać.
– Sam szatan jej musiał dać te kłaki, żeby chłopów wodziła na pokuszenie. Gadajo, że ludzi i zwierzęta leczy, a przeca tylko Bóg o chorobie i zdrowiu, o śmierci i życiu może decydować.
– Toć wiadomo, że un decyzyje ma ostateczną – żachnął się młodszy Pawlak – ale sam Krystus przeca pomoc niósł potrzebującym.
– To, co inne!
– Nie co inne, nie co inne! Dziewczyna z babką samiuteńka ostała, a że pod lasem mieszko to i na roślinkach się wyznaje lepij, niż inni.
– Fizjolof! – prychnął Walendziak.
Dziewczęta kolejno wrzucały do ognia rosiczkę, płomyk, bylicę, dziewannę, rutę, piołun i dziurawiec. Gdy już wyszeptały wszystkie zaklęcia mające chronić wieś przed morami i demonami, chwyciły się za ręce i zaśpiewały:
Koło Jana, koło Jana,
Nocel mała! Kopiel moja!
Tam dziewczęta się schodziły,
Nocel mała! Kopiel moja!
Sobie ogień nałożyły,
Nocel mała! Kopiel moja!
Pierwszy skoczył Józek Bartoszak i cholewki sobie osmalił. Potem ognisko przesadził Maryś Janików, co to ledwo od ziemi odrósł, a już się za pannami oglądać zaczął. Wielu z ogniem się próbowało, bo kto lepszy skok wykonał, temu największy plon wróżono. Jędrzej, chociaż chłop rosły zawsze najwyżej skakał, ale tym razem nie wstał. Wszyscy wiedzieli, że tej nocy, razem z Anulą miał przejść przez ogień.
Grzesiek, nie bez przyczyny nazywany kulasem, nawet nie próbował. Wychylił kubek do dna, ciepnął go w trawę i wstał. Raz jeszcze obejrzał się na roześmianą Anulę, z policzkami zaczerwienionymi od żaru i pokusztykał w stronę ciemnej gęstwiny.
– A ten dokund? – zainteresował się młodszy Pawlak.
– A kto go tam wi! – Walendziak wyciągnął zza pazuchy kolejną flaszkę. – Może polozł szukać kwiatu paproci? – zarechotał.
– Żeby tylko we wodę żadną czy też bagno nie wlozł.
– Wiadomo. Dziś rusałki, czorty i inne kusie harcują.
– Zaraz tam czorty!
– Ano, un sam jest jak czort jaki, ponury, czarniawy i na jedno kopyto utyka! Wszystkie poprzednie od młynarzy to jasne były!
– Przez to i te głupie baby gadajo o odmieńcach! – Zezłościł się młodszy Pawlak.
– Jaki tam odmieniec. Coś mi się zdaje, że ten parobek ze młyna, co tam jeszcze robił na pół roku przed narodzinami Grześka, też śniady był na gębie, a włosy i brwi to miał czorne jak ta smoła.
– Tako to masz pamięć dobrą?
– Ano, jak widzisz – zachichotał Walendziak.
– A ja straszy od ciebie, a mimo to mom lepszą. Z dziadkiem Grześka, a ojcem młynarzowej, Panie świeć nad ich duszami…
– Panie świeć! – Przeżegnali się obaj staruszkowie.
– Z dziadkiem Grześka – kontynuował Pawlak – w pole chodziłem i powiem ci, że un kubek w kubek był jak Grzesiek teroz, ino nie kuloł. Za to rękę miał ni taką i trochę mu niekiedy zawadzała.
– No tak, ale młynarz, panie świeć nad jego duszą…
– Panie świeć! – Mężczyźni jednocześnie uczynili znak krzyża.
– Młynarz cosik inaczej myśloł i jeżeli mosz słuszność, krzywda się Grześkowi stała, bo niesprawiedliwie scheda podzielona.
– Ano, jemu to całkiem już rozum na łożu śmierci odebrało i synowej Walusi, tej jędzy niedomytej podszeptów słuchoł.
– Co racja, to racja! – Pokiwał głową Walendziak. – Zmora to piekielna i posagu co jej stary Jóźwiak dał, nie warta.
– Ale i tak się najstarszy młynarzów pokusił.
– Skund ten Grzesiek teroz taki, nie sposób dociec, a że złe się stało, inna rzecz. Żeby tak jednego synowca w gołej koszulinie ostawić, to się nie godzi. A jeszcze ta Anula swoje trzy grosze dołożyć musiała. Nic tylko, jak nie tyj nocki to jakiej innej pójdzie chłop i się utopi.
– Wypluj te słowa! – Młodszy Pawlak trzepnął przez plecy swego przyjaciela tak, że temu czapka spadła.
XXX
– Bodajby mór jaki przyszedł na wos wszystkich! Bodajby wos parchy pokryły! Bodaj byśta zdechli!
Byle tylko do rzeki dotrzeć. Co to się tu tych jeżyn narosło? Już ze mnie prawie portki zdarły. Już niedaleczko.
– Niechże się to roz skończy!
A to, co znowu? Nie pamiętom tej polany, ale w nocy wszytko inaczej zawsze wyglunda. Ktoś ognisko drugie pali? Ki diabeł! Na polance ogień płonie, a wokół panny tańcują. Nagusieńkie, jak je pan Bóg stworz… Oj, coś mi się widzi, że ociec niebieski nie mioł z tym nic wspólnego. Ani chybi to owe rusałki. Co rusz ta, czy inna garście ziół do ognia sypie. Co one śpiewają?
Niechaj ruta w ogniu trzeszczy,
Czarownica w lesie wrzeszczy!
I nic, ani niteczki nie mają na sobie, a gną się, a włosami trawę zamiatają! A ta jedna ruda to kapka w kapkę Jadwinia spod lasu, ale ją żem widzioł ledwie temu, winc to nie może być una. Podlizę bliżej. Toż tu dół!
– A bodajby się piekło pode mną rozstąpiło!
Nie wiedziołem, jak długo tam żem leżoł. Kiedym oczy otworzył, przez gałęzie gwiazdy do mnie zamrugały. Podźwignąłem się przeto na kolana, otarłem ubłocony pysk i stanąłem, chwiejąc się nogach. Zewsząd otaczały mnie paprocie, a wielkie takie. Po pas mi sięgały.
Patrzę, a tu w gąszczu coś migocze. Raz i drugi. Trza sprawdzić co to. Padłem winc na kolana i dalejże się czołgać za tym ognikiem. Rozchyliłem liście i tedy kwiat przezłocisty do róży podobny z wnętrzem, jak płomień czerwonym obaczyłem.
Gdym tak patrzył, kwiat wystrzelił w górę, zawirował i wbił się w mą pierś, tam gdzie serce. Ból straszliwy poczułem i za klatkę się chyciłem. Tedy złote płatki rozpłynęły się pod mymi palcami i wsiąkły w koszulę. Jedynie ogniste wnętrze kwiatu pulsowało na płótnie, przywodząc na myśl krwawiącą ranę. Zakołowało mi w głowie, złapałem się winc najbliższego pnia i czoło o chropawą korę oparłem. Nie za wiela słabość minęła.
Z oddali posłyszałem głosy i śmiechy. Pewnie dziewczęta nad rzekę już poszły. Przez las dotarło do mnie echo słów:
Leć wianeczku daleko!
Hej, hej, o bej!
Leć za siódmą rzekę!
Hej, hej, o hej!
Polazłem tam, skąd śpiewy owe dochodziły. Dotarłem do rzeki, ale topienia mi się odechciało. Patrzyłem jeno na kwietne statki, które miały trafić do wybranków naszych panien. Płynęły bystro, a tyn Anuli w oddali już znikoł. Tylko jeden o kamień się zahaczył i utknął w załomie. Tkwiąca na dwóch skrzyżowanych patykach świczka wciąż się paliła. Wiedziołem czyj to. Jadwini. Oj zła to dla niej wróżba.
XXX
Czas pokazał, że miał rację Grzesiek. Jadwinia panną ostała, a po śmierci babki zdziwaczała zupełnie. Natomiast o grześkowej przygodzie w lesie nawet za bardzo nie plotkowano. Gadano jeno, że ot popił se wioskowy głupek i noc w lesie przepędził. Ciekawsze rzeczy do omawiania były, choćby zarękowiny najładniejszej panny we wsi z gospodarskim synem. Tylko na koszuli, tam, gdzie kwiat paproci przeniknął do grześkowego serca, pozostał haft złocisty, a pod nim blizna krwawa, promienista na skórze się rozrosła.
A potem mór przyszedł i czterech młynarskich synów skosił, jeno tego kulawego najmłodszego pozostawił. Jemu też młyn się ostał. Młodszy Pawlak i Walendziak tylko głowami kiwali, choć wiedzieli, że nie tak ta sprawiedliwość powinna wyglądać. A że młyn więcej dochodu przynosił niż jakakolwiek gospodarka, więc złotowłosej Anuli narzeczony się odwidział i młynarzową postanowiła zostać. Jak postanowiła, tak się i stało, a w sobótkę poprzedzającą jej ślub z Grześkiem chłopy znów se popiły i drugiego dnia jeden topielec z rzeki wypłynął.
Wkrótce przestano nazywać Grześka głupim albo kulasem. Bardziej pasował do niego szczęściarz, bo ziszczało się wszystko, o czym zamarzył. Jednak nikt tak o nim nie mówił, bo co to za szczęście kosztem innych nabyte? On sam też raczej jak chmura gradowa wyglądał niż jak wybraniec losu. Pił coraz więcej i wciąż rozdrapywał bliznę w okolicy serca, którą nie wiadomo skąd miał. Na sobótki też już nie chadzał.
Tylko na tę jedną poszedł, na tę, która nastąpiła po tym, jak Jadwinia spod lasu pod sąd za czary poszła. Znów iskry szły w górę i w górę, rozświetlając nocne niebo, a dziewczęta plotły wianki. Ludzie ze wsi spod byka na niego zerkali, bo nieogolony i pijany był już, jak się na polanę przywlókł. Za pazuchą zaś trzymał szmatę zmiętą.
– Siadaj przy mnie! – Pawlak pociągnął Grześka za rękę.
– Napijże się chłopie! – Walendziak podał mężczyźnie metalowy kubek.
– On już ma dosyć – Pawlak zabrał naczynie Grześkowi.
– Niechże się to roz skończy – wymamrotał ten, patrząc bezmyślnie w ogień.
– Co ma się skuńczyć?
– To wszystko! Mór mi rodzinę zabrał…
– Ano zabrał i nie tylko twojo. Niedobra to była dla ciebie rodzina, ale zawsze krew z krwi…
– Jędrzej się utopił!
– Ano utopił.
– To jakby beze mnie…
– Aj, co ty też godosz!
– Bo ja chciałem tego, żeby wszystkich mór zabrał i Anula moja była!
Po twarzy Grześka spłynęły łzy. Otarł twarz kantem dłoni i znów w ogień się zapatrzył.
– Aj, bo to myślisz, że jakim wiedźmarem jesteś, czy co? – westchnął młodszy Pawlak.
– Myślałby kto – poparł go jego przyjaciel, który ledwo się morowi wymknął.
– To dobrze, że ci żal ludzi, boś nie pijawka na cudzej krwi się żywiąca, a młyn ktoś utrzymać musi.
– Zaś za babami nie trafisz tak czy siak – dodał swoje trzy grosze Walendziak.
– Gdybym mógł to cofnąć…
– Nie ma co gdybać! – Pawlak klepnął Grześka w kolano. – A co tam masz? – zainteresował się brudnym tobołkiem.
– To moja stara koszula! – Grzesiek rozwinął pakunek, ukazując haftowany złotem kwiat w plamie krwi. – Miałem ją na sobie siedem lat temu, też w sobótkę.
– Wtedy, kiedy w lesie noc przepędziłeś?
Mężczyzna kiwnął głową. Przez chwilę patrzył na poplamiony haft. Twarz mu pociemniała z gniewu, zerwał się na równe nogi, zmiął koszulę i cisnął ją w ogień. Ten przygasł, po czym z ogniska prosto ku niebu wystrzelił słup iskier.
– Bodajbym z piekła nie wyjrzał! – krzyknął Grzesiek i pokusztykał ku ciemnej gęstwinie.
– No i to by było na tyle – wymamrotał młodszy Pawlak. – Trza będzie sprawdzić jutro, czy Anula wdową czasem nie ostała.
– Ano – potwierdził Walendziak i pociągnął łyk gorzałki.
XXX
– Bodajby na mnie przyszła zaraza, mór jaki! Bodajby mnie parchy pokryły! Bodajbym zdechł!
A te ciernie, to jakby mnie zatrzymać kciały i coś w piersi kłuje. Krew? Tam, gdzie serce. Nie zginę tu! Do rzeki niedaleczko. To ja miałem się utopić, nie Jędrzej!
– Niechże się to roz skończy!
A co to? Ki diabeł! Siedem lat tej polanki znaleźć nie mogłem. Na polance znów ogień płonie, a wokół znów tańcują panny. Nagusieńkie zupełnie jak wtedy. Gną się przedziwnie i włosami trawę zamiatają. Co rusz ta, czy inna garście ziół do ognia sypie, pokrzykując przy tym:
Niechaj ruta w ogniu trzeszczy,
Czarownica w ogniu wrzeszczy!
Krew we mnie zawrzała. Tam na Jadwinię sąd czeka, a te wsztecznice…
– Nie pozwolę! – wrzasnąłem jak ten tur ranny.
Wszystko ucichło w jednej chwili. Rusałki na polanie zamarły i tylko ta ruda odwróciła się do mnie z uśmiechem na ustach. Postąpiłem na przód. Naraz rana na mej piersi rozbłysła złotem. Chwyciłem się za serce, a światło przelało się przez moje palce. Runąłem w przepaść.
Nie wiedziołem jak żem długo leżoł. Kiedy żem otworzył oczy, przez gałęzie niebo rozgwieżdżone obaczyłem. Podźwignąłem się na kolana, otarłem gębę i stanąłem na chwiejnych nogach. Otaczały mnie wielgachne paprocie, a zewsząd nadciungała ciemność. Nie wiedziołem, w którą stronę mom iść. Wódka mi rozum zmąciła do reszty. Nagle z oddali doszły do mnie głosy i śmiechy. Pewno dziewczęta nad rzekę już poszły. Przez las posłyszałem echo słów pieśni:
Leć wianeczku daleko!
Hej, hej, o bej!
Leć za siódmą rzekę!
Hej, hej, o hej!
Podążając za nimi, dotarłem do rzeki. Przystanąłem, coby popatrzeć na kwietne statki, które miały trafić do wybranków naszych panien. Płynęły bystro, a ten Anuli znikał już w oddali. Tylko jeden o kamień się zahaczył i utknął w załomie, ale umieszczona na dwóch skrzyżowanych patykach świczka wciąż się paliła. Wszyndzie bym poznoł te czerwone jako krew kwiaty. To była zła wróżba dla Jadwini.
Chyciłem tedy pierwszy lepszy konar i sunąłem się po brzegu. Próbowałem wianeczek popchnąć, lecz ten ani drgnął. Wlazłem więc w wodę. Dreszcze mną tedy strząsnęły.
– A bodajby mnie topielce porwały!
Ledwom to powiedzioł, stracił żem grunt pod nogami. Łapiąc dech, wynurzyłem się pośrodku nurtu, tam, gdzie głębia najwinksza. Podpłynąłem do brzegu, przy którym utkwił przeklęty wiecheć. Przytrzymołem się śliskiego kamienia i chyciłem kwietną koronę. Wylazłem z nią na brzeg, klnąc na czym świat stoi, ale jeno w myślach, by złego znów nie kusić.
Złe jednak nie śpi nigdy. Skusiło mnie, cobym spojrzał na imię, które Jadwinia na wstążce wypisała. Bom strasznie był ciekow, do kogoż ten wianek miał trafić. Powiadajo słusznie, że ciekawość to pirwszy stopień do piekła.
Kur zapiał, co znaczyć miało, że godzina czarów dobiegła końca. Grzesiek w ciasno przylegającym do ciała, mokrym i cuchnącym wodorostami ubraniu szedł do wsi. W rękach trzymał wianek, ze wciąż płonącą świecą.
Fot. Cottonbro
