Ballada o góralskiej miłości

-Ino pytom cie, cobyś nikomu o tym nie godoł – powiedział Józek zeszłej nocy do swojego sąsiada Lucka tuż po wyznaniu, że zakochał się na zabój
w Hance. Józek oblał się rumieńcem po tej deklaracji, a być może również i po kilku wysokoprocentowych kroplach, które sprzątnęli z Luckiem ze stołu.

Właściwie Józek nie był pewien, dlaczego powiedział o swojej miłości do Hanki Luckowi. Ani czemu skosztował piwa, choć tak bardzo go nie znosił.

-To na mój dusiu bez Zakopanine – powiedziałby Staszek, z zamiłowania podróżnik i szalony poeta, który mieszkał w innej części miasta, a niekiedy zachodził w te strony po rarytasy jakimi były świeże owady przy potoku.  – Tam, ka jo gazduje, mos tego kielo kces.

Kiedy Lucek nie odpowiedział, skupiony na kończeniu swojej porcji naleśników, Józek poczuł się strasznie głupio. Rumieniec zapiekł go w policzki.

-Nie wygodos, co? – zagadnął, przebierając nogami ze zdenerwowania. Co
w niego wstąpiło?

Lucek zamarł nad ostatnim okruszkiem naleśnikowego ciasta i rzucił Józkowi długie spojrzenie.

-Syćka sie w Hance kochajo, takze sie tym nie frasuj tak, Józuś. – Lucek poklepał Józka po plecach, trochę zbyt mocno, żeby można było to uznać za przyjacielski gest, po czym zaczął wspinać się do siebie na górę.

Józek westchnął. Ale zaraz niepewność ustąpiła miejsca ekscytacji, bo dostrzegł na stole maleńki, pojedynczy, biały jak parasol wysoko ponad nim kwiatek gipsówki i do głowy przyszła mu myśl, że podaruje go jutro Hance.
A potem zaprosi Hankę na spacer o zachodzie słońca.

-Moze by my tak pośli na dach abo na som wierch tego jesionu, co haj obok rośnie? Haj bedzie do cudu! – mruknął do siebie, kiedy z motylami w brzuchu
i kwiatem gipsówki w jednej ręce wspinał się do swojego kącika w rogu parasola.

Następny dzień wstał ciepły i słoneczny, a nadzieja, którą pachniała poranna rosa, zgasiła wczorajsze wieczorne zakłopotanie Józka.

Najurodziwsy w świecie jes sierpniowy poranek – pomyślał Józek. – No, cheba ze Hanka z temi swojemi ślepiami jak śkła w kalyjdoskopie, z gymbą muskanoł w jasności sierpniowego poranka…

Józek czknął raz i drugi, a potem potrząsnął głową i zakołysał się lekko – to chyba przez to wczorajsze piwo! Sięgnął po kropelkę rosy, a kiedy ją dotknął, woda rozprysła się, obmywając go świeżością. Potem zatarł szczękoczułki, rozprostował nogi i przygładził włoski na czubku głowy, przeglądając się
w drugiej kropelce rosy. Mrugnął do swojego odbicia wszystkimi ośmioma oczami i uśmiechając się, powiedział:

-Cuje, ze to tyn dzień, w którym syćko sie odmieni.

Zanim chwycił kwiat gipsówki, przesunął jeszcze nogami po igiełce świerku, a potem wtarł zapach lasu we włoski na odwłoku.

Hanka mieszkała pod sąsiednim parasolem, chcąc się więc do niej dostać, Józek musiał zsunąć się po lepkiej, niewidzialnej niteczce na stół, na którym wczorajszego wieczora razem z Luckiem korzystali z hojności nieporządnych kelnerów, przebrnąć przez wielką drewnianą ławę, pod którą mieszkało pięć sióstr Józka z mężami i dziećmi i kumpel, od którego kupował czasem podsmażone owocówki (skąd Mirek je brał? – tego Józek nie był pewien), przebiec przez plac – co było najbardziej ryzykownym etapem przeprawy, bo but lub nawet kilka butów Dużych Ludzi w każdej chwili mgło zmiażdżyć Józka i jego wielkie nadzieje – a potem wspiąć się na samą górę do ukochanej Hanki.

Kiedy Józek dotarł już na sąsiedni stół, poczuł dreszcz niepokoju, wspinający mu się od krańca odwłoku przez głowotułowie, aż po czubek obu nogogłaszczek. Rozejrzał się. Nie dostrzegł jednak żadnego zagrożenia ani z dołu ani z boków.

Moze to dusa się sarpie? – pomyślał sobie, zacierając ręce przed wspinaczką. – Któz by sie nie telepoł jak mo uklenknonć przed Hanką na śtyry kolana…

Józek strzepnął z siebie uczucie niepokoju, przyciągnął bliżej kwiat gipsówki i zaczął się powoli wspinać po nodze parasola.

-Hanka… Jo juz sie od dwók tyźni zbieroł w sobie, coby ci pedzieć… A tyn kwiotek to lo ciebie jes. Jo nieroz bacył, jakześ po takik kwiotkach lotała, a twoje dugie końcyny były gibkie i corne, ze hej… – mamrotał do siebie, odchrząkując co jakiś czas i kiwając głową, żeby dodać sobie odwagi. – Jakbyś tak miała chentke ucynić mi zascyt i…

Raptem urwał, kiedy skoczne nuty, prując ciężkie sierpniowe powietrze, wtargnęły mu do głowy i zagłuszyły myśli.

Józek zwolnił zdumiony tą nieznaną melodią, a chwilę później zamarł, bowiem kiedy zadarł głowę, jego wszystkim oczom ukazało się źródło muzyki.

-Lucek, a niechze cie Belzebub! – szepnął, czując jak fale gniewu wzbierają w jego wnętrzu.

A oto co nieszczęsny Józek zobaczył: Lucek, przycupnąwszy na pręcie od parasola w rogu najbardziej wysuniętym na południe – dokładnie tam, gdzie mieszkała Hanka, a więc i dokładnie tam, dokąd wybierał się teraz Józek – grał na kilku instrumentach jednocześnie: słodkie brzmienie skrzypiec, rytmiczne pojękiwania gitary elektrycznej i blaszane dźwięki talerzy perkusyjnych wtórowały w perfekcyjnej harmonii z Luckowym zachrypniętym głosem, który niósł się daleko, daleko poza parasol i wszystkie sąsiednie parasole, i docierał zapewne aż do wartkiego potoku, spływającego z gór, przecinającego miasto na pół i płynącego naprzód w nieznany Józkowi świat:

Pamiętajze moje dziywce, moje serce innej nie kce, moje serce innej nie kce, tobie, dziywce, pokochało…

Na pół przecięte zostały również wielkie nadzieje Józka, kiedy ten dostrzegł pąs na ciemnej twarzyczce Hanki. Trzepot jej rzęs prawie zmiótł go z nogi parasola.

Policzki zapiekły go ze wstydu na myśl o wczorajszej rozmowie z Luckiem, na myśl o swoich własnych myślach przed chwilą i na myśl o tym, że niósł dla Hanki tylko pojedynczy kwiatek gipsówki, a nie piosenkę z autorską aranżacją. Zresztą on umiałby zagrać tylko parę marnych, przypadkowych dźwięków na ciosanej w świerkowym drewnie fujarce, która przypadła mu w patrymonium po pradziadku, więc nawet gdyby odważyłby się zagrać Hance miłosną balladę, nie mogłaby się ona równać z Luckową pieśnią (gdzie on się jej w ogóle nauczył?!).

Chwilę jeszcze patrzył w górę, ale odwrócił wzrok, kiedy Hanka rzuciła się Luckowi w objęcia, trącając przez przypadek talerze perkusyjne przypięte do Lucka. Żałosny brzdęk wprawił w ruch Józkowe kończyny, które znów zaczęły żwawo maszerować, lecz tym razem w przeciwnym kierunku. Wracał pod swój parasol z poczuciem klęski, bo w końcu co to za góral, któremu nie udało się wspiąć na szczyt? Za Józkiem ciągnęły się w powietrzu przytłumione teraz słowa piosenki Lucka:

Kochanecko moja równoj się kwiatkowi, nie dej się uwodzić byle łajdakowi!

W swoim zacisznym kącie Józek przylepił kwiatek gipsówki do pajęczyny obok niedomkniętego kuferka, wspiął się na materiał parasola i zwiesił głową
w dół. Do końca dnia zamierzał chować się przed słońcem i innymi. A może przy okazji uda mu się coś przekąsić. Z taką nadzieją w złamanym sercu zastygł
w bezruchu.

Godziny mijały, minął jeden wieczór, jeden poranek, a potem kolejny dzień
i jeszcze kolejny, a Józek wciąż tylko wisiał i wisiał, przełykając gorzki żal
i wypominając sobie, że mógł wyznać miłość Hance już dawno temu.

W końcu, trzeciego wieczora od tamtego pamiętnego dnia, głowa najstarszej siostry Józka, Irki, wychynęła zza pręta parasola.

-Józek? Żyjes? Rany boskie, juzek myśloła, ze cie cosik rozjechało, bo od kilku dni ześ na dole nie był. Pewnie ześ i nie jod, co? – Urwała, widząc jego beznamiętny wyraz twarzy i zwiędły kwiatek gipsówki. – Jak nic to mi wyglondo, ze sie cymsi turbujes. Cosik ci na sercu siedzi. Pewno Hanka?

-Ano pewno, ze Hanka.

Irka westchnęła ze współczuciem. Wspięła się wyżej, zwiesiła tak jak brat
i teraz dyndała z głową obok niego.

-Nie zabocyłeś, co nom ciotecka prawiła? – zagadnęła go. – „Musis jak nojprendzy uciekać z miejsca, ka cie Duzi Ludzi nie kcom, zanim te Duze Ludzie cie wymietom i zdepcom. Ino tak przetrwos.” Daj se siana, coby cie to syćko nie przygnietło.

-Hanka juz mnie zdeptała. I Lucek tyz – żalił się Józek. Westchnął przeciągle. – A dyć jo nie kce ino przetrwać. Kce od zycia cegosi wiency.

-Tak po prowdzie to cego ty kces, Józek?

 Józek rozejrzał się po swoim lokum, w którym mieszkał odkąd umarli jego rodzice i razem z siostrami musiał wędrować przez kilka długich tygodni, zanim w końcu znowu osiadł gdzieś na stałe… Z niedomkniętego kuferka spoglądała na Józka drewniana fujarka. O ile teraz wydała mu się ona piękniejsza niż zwiędły kwiatek gipsówki!

-Nie wim – odparł, podejmując w złamanym sercu pewną decyzję, zbyt szaloną, żeby odważył się ją zrealizować po dłuższym namyśle. Zerwał się
na równe nogi, zarzucił na plecy plecak, wepchnął do niego fujarkę, a kapelusz ze sznurkiem, który wygrzebał z kuferka, przewiesił sobie przez szyję. – Ale jak roz, dowiem sie.

-Hej, przecie jo nie godała tak dosłownie! – Irka zeszła ostrożnie z pajęczyny.

-Podzienkować, Irka, ucałuj dziecka i siostry, a z tyj gipsówki zróbcie se ziółka. Moze bedom jakimsi antidotum na ślepom miłoś. – Ucałował Irkę w cztery pary oczu i, niewiele myśląc, zsunął się na sam dół.

-Józek! – zawołała za nim druga siostra, Anka, która razem z trzema pozostałymi siostrami, ich mężami, wszystkimi dziećmi i panem Mirkiem wyszli spod ławy.

-Weź se na droge kapke owocówek. – Pan Mirek rzucił mu zawiniątko przewiązane źdźbłem trawy.

Józek uśmiechnął się szeroko – pierwszy raz od trzech dni – i skinął na nich głową.

-Uwazuj na siebie! – krzyknęła Irka, która wylądowała właśnie obok najmłodszej siostry. – I zaglondnij tu jesce kiejsi!

Dzieciaki machały Józkowi na pożegnanie i odprowadzały go wzrokiem,
a potem patrzyły w miejsce za płotem, gdzie zaczynał się nieznany im, wielki, szeroki i niebezpieczny świat, w którym teraz zniknął Józek.

-Moze to i nie jes dzień, w którym to sie syćko odmieni – powiedział do siebie Józek – ale niechze sie cokolwiek odmieni!

I od tej chwili powtarzał Józek te słowa każdego dnia, wędrując coraz dalej
i dalej na południe. Szedł dniami i nocami tak długo, jak pozwalały mu na to jego chude nogi, zatrzymując się czasem na przekąszenie owocówek od Mirka, toaletę lub drzemkę. Szedł i szedł i z każdym krokiem jego serce stawało się coraz lżejsze.

-Uwidziołek kiedysi kawołek świata, ale sie okazało, ze ón jes jesce wienksy i pikniejsy niz jo sie móg wyimaginować! – mruknął do siebie, kiedy czepiając się kurczowo źdźbła trawy, patrzył w dół na odległe, nieruchome jeziora,
w których odbijało się niebo z pędzącym po nim kłębowiskiem chmur.

Szamotany porywami halnego, ruszył naprzód. Ani razu nie obejrzał się za siebie.

Aż pewnego dnia dotarł Józek do drewnianej chatki w dolinie nad jednym
z jezior, które widział z góry.

-Witojcie w schronisku w Dolinie Pieńciu Stawów, bracie! Skondeś sie tu wzion? – zagadnął go włochaty krzyżak, kiedy tylko Józek wcisnął się do środka przez szczelinę w drzwiach.

-Dolina Pieńciu Stawów? – zdziwił się. – Jak zek był na wierchu, to zek widzoł ino czy.

-Tu jes ik sporo wiency! Duzi Ludzie widzom pieńć, bo som duzi i nie widzom syćkiego, ty widzis czy, boś nie stond. Ale jak pogazdujes tu chwile to som sie przekonos. – Krzyżak zmierzył go wzrokiem. – No, ale co zes tak wrył? Chodź, pokaze ci ciepłe konty, gdzie bedzies móg oddychnonć. Zjes z nami wieczeze?

Józek zjadł z nimi kolację. Następnego dnia również, i zanim się obejrzał jadał z nimi co dzień. Wkrótce dostał własną belkę do spania na poddaszu oraz nowy kuferek, w którym mógł przechowywać skarby znalezione podczas samotnych wypraw w góry. A skarbów miał sporo, bo i wycieczek sobie nie odmawiał. Każdego ranka zakładał kapelusz, brał fujarkę i wychodził, aby na wyższym lub niższym szczycie oglądać wschodzące słońce. Wracał zawsze
o zachodzie, szczęśliwy, pachnący wiatrem, i zasiadał do wspólnego biesiadowania. W schronisku miał mnóstwo sąsiadów, a czasem dołączali do nich inni mieszkańcy Doliny. Wszystkich Józek serdecznie polubił. Przez całe tygodnie Józek jadał z nimi, słuchając historii z życia w Dolinie i schronisku
i opowiadając historie z życia po drugiej stronie gór.

-Znołam w Zakopanem jednego Staska, ale waryjot był, no to zek od niego uciekła. – Jadzia zachichotała. – A ón se wzion w łeb, ze jo pomarła!

-Ale ześ ty całom droge na nogach z Zakopanego przesedł som? – niedowierzała Stefa. – Zbysek próbowoł sie wdrapać na Kozi, ale go holny zwioł z perci.  Wrócił do chołpy caluśki poturbowany i bez jednyj nogi. A po Zośce cały cos śladu ni ma. – Zadrżała. – Wysła roz i nie wróciła.

-Nie bois sie ta wysoko łazić? – pytał czasem stary Kazik, ćmiąc fajkę. Józek kręcił wtedy głową i tłumaczył, że kluczem jest chodzenie na ugiętych nogach, jak najbliżej podłoża, aby uniknąć spotkania z wiatrem.

-Niby w chmurak, a jednak na ziemi! – śmiał się.

Ktoś pewnego razu zapytał Józka, dlaczego w ogóle opuścił Zakopane.

-Ale tam ześ mioł syćko: jodło, familie, perspektywy. Nie kciołeś ty spokoju?

Józek zabrał to pytanie ze sobą na wędrówkę następnego dnia.

Ranek obudził się wyjątkowo cichy. Halny już jakiś czas temu odpuścił, pozostawiając po sobie jedynie pochyloną trawę na zboczach gór, pojedyncze ziarenka piasku we włosach i wspomnienie trudu wędrówki.

Józek doczłapał na przełęcz i usadowił się na szczycie drogowskazu. Kiedy wspinał się po jego nodze, przypomniał sobie codzienną wspinaczkę do swojego skromnego kącika pod parasolem gdzieś daleko, daleko za górami, jakby w innym życiu. Uśmiechnął się, wyjął fujarkę i zaczął grać przypadkowe dźwięki. Grał
i grał, a słońce wstawało i zanurzało swoje pierwsze promienie w trzech stawach w dole (choć Józek widział teraz odbicie promieni w tysiącach stawów Doliny). Grał Józek prosto z serca, a dźwięki niosły się po całej Dolinie i dalej w góry,
w które jeszcze Józek nie zawędrował, ale które przyciągały go teraz jak nic nigdy dotąd. Grając tak pomyślał sobie, że najpiękniejszy na świecie jest sierpniowy poranek…

-Teroz mom spokój.

Autor: Maja

Kocham góry, morze, zieloną herbatę i pieśni dominikańskie. Pisząc, staram się wydobyć baśń z rzeczywistości i poezję z prozy. 🧚🏽‍♀️🖋️

Dodaj komentarz