Granice absurdu

Robimy zdjęcie za zdjęciem. Zapełniamy telefony i karty pamięci. Pendrive’y i dyski zewnętrzne. Sprawiamy, że laptopy rzężą, nie wyrabiając z braku RAM-u. Zasypujemy instagram i fejsa migawkami z  życia: a to kawa, a to spacer, a to szum fal nad Bałtykiem. Słoneczne wakacje? Odhaczone. Pamiętaj, żeby obfocić tę piramidę z każdej strony. Jesteś w którymś z krajów afrykańskich? Koniecznie fotka z  lokalsami. Czarnoskóre uśmiechnięte dzieci dobrze wyglądają jako pamiątka. Nie zapomnij dopisać, jak bardzo były szczęśliwe, że mogły Ci zapozować.

Rodzinny obiad w restauracji? Owszem, niech spojrzą, jaką fajną rybę tu dają, i niech zazdroszczą. A desery?! O matko, co za cudo! Koniecznie oznacz tę knajpę! Owsianka na śniadanie – cyk! Foteczka! – bo tak ładnie wyszła, że tysiąc obserwujących mnie Indusów KONIECZNIE musi ją zobaczyć.

O, proszę, selfie z parku, bo przecież szkoda marnować taką pogodę. Tylko frajerzy siedzą w domu. Ale jeśli wylądujesz w szpitalu, koniecznie zrób zdjęcie drzwi do gabinetu. Albo uchwyć cały szpitalny korytarz. Alboooo… opaska identyfikacyjna na tle sztywnej szpitalnej pościeli. No halo! Współczucie murowane!

Klik, klik, klik!

A skoro już przy hospitalizacji jesteśmy, to może poród z pierwszej ręki? Wejdę żonie między nogi z  aparatem, niech świat wie, że zostałem dumnym ojcem. Kilka zdjęć, może jakiś filmik. Niech poczuje się jak celebrytka, choć jedyne, o czym wtedy myśli, to pewnie żeby wszyscy dali jej odpocząć. Dziecko nie ma jeszcze godziny, ledwie zdążyło krzykiem powitać ten świat, ogłosić, że nijak mu się nie podoba ten chłód i ten cierpki zapach szpitala, ale co tam, post na Facebooku jest już widoczny od czterdziestu minut. Niniejszym ogłaszam Cię obywatelem świata, synu/córko.

Chuj z prywatnością.

Można też inaczej. Można gorzej. Można tak, że wszyscy zaczną się zastanawiać, JAK TAK MOŻNA? Patostreamy. A co mi tam, nagram telefonem, jak znęcam się nad zwierzętami. Albo innymi ludźmi, bo kto mi zabroni. Prześlizgnę się raz i drugi, ktoś wrzuci parę groszy na crowdfunding. A  w  komentarzach polecą propozycje, co jeszcze odwalić. Kto da więcej? Nagram to, co zdobędzie najwięcej lajków. Albo pomysł tego, kto zapłaci najwięcej. Upodlić człowieka? Żaden problem! Przetrącić kręgosłup kotu? Jeszcze mniejszy – przecież to tylko głupi futrzak. A potem, jak już będę rozpoznawalny, to zrobią z moich reakcji gifa, zaczną wklejać do rolek i stanę się pierdolonym viralem!

Klik, klik, klik! Akcja!

I jeszcze… Ta cnotka-niewydymka nie chce się ruchać? Klik, klik, klik! Parę zdjęć, trochę photoshopa. Znów Facebook, znów insta, znów TikTok. Wszystkich to bawi i chuj, że dziewczyna przestała się pokazywać w szkole. I co z tego? „Trzeba być twardym, a nie miętkim.” Przecież to był tylko głupi żart! A ta „miętka” już nie wróci – skoczyła z nowo budowanego piętra handlowej galerii. Afera w szkole, afera w mediach. I co z tego? Dramatu jej bliskich to nie naprawi.

Klik, klik, klik!

Robimy zdjęcia wszystkiego i wszystkich. Samych selfiaków trzaskamy setki, bo tu nie tak ułożyły się włosy, a na tym widać mi drugi podbródek. A tu światło pada nie tak i widać wszystkie „defekty”. Jezu, bardziej z profilu, bo pryszcz mi wylazł! Nie, przymknęłam jedno oko, wyglądam jak debil. O, już, idealny uśmiech numer pięć, włosy ułożone tak naturalnie, że aż sztucznie. Klik! I już na relacji. I posypały się serduszka. I Indusi piszą „You are so beautiful, ma’am”.

I więcej, i więcej, i więcej. Dwa tygodnie wakacji, dwa tysiące zdjęć. Przerzucam do komputera, ale nawet nie chce mi się ich porządnie przejrzeć, usunąć tych, które wyszły rozmazane albo cholera wie, co się w sumie na nich znajduje. Na telefonie zostawiam kilka ujęć, które naprawdę mi się podobają. Pamiętam emocje, które czułam, gdy robiłam te konkretne zdjęcia. A reszta? Katedry, bazyliki, kościoły. Piękne zdobienia, owszem. Ale ja nawet, kurwa, nie jestem wierząca. Ani pasjonatka sztuki ze mnie taka, żeby to później analizować. Ale fontannę na Paseo de los Tristes w Granadzie pamiętam. Bo wiem, co wtedy czułam. Bo wiem, jak bardzo poruszył mnie widok Alhambry, gdy spojrzałam na nią pierwszy raz, właśnie przy fontannie.

I tak, podzieliłam się tymi zdjęciami na swoim Instagramie. Ale czy ktoś zrozumiał wtedy moje uczucia? Czy w ogóle musiał? Czy było to tylko moje własne? We mnie? Ale i tak wrzucone w eter, w oczekiwaniu na lajki?

Gdzie są granice tego, co tylko nasze, a tego, co już ich?

Tak łatwo wpaść w pułapkę robienia zdjęć i publikowania ich w social mediach bez opamiętania. Tak łatwo zatracić się w tym, co komu pokazujemy. A przecież to, co zostanie, to ostatecznie nasze emocje, nasze przeżycia. Zapachy, które czuliśmy, idąc wzdłuż ulic pełnych straganów z przyprawami i kadzidłami. Odgłosy flamenco, które wzbudziły w nas jeszcze większą miłość do miejsca, w którym byliśmy. Nawet ten pot spływający po plecach i tyłku, gdy w trzydziestu stopniach i pełnym słońcu wspięliśmy się do dzielnicy Sacromonte, bo nie chciało nam się czekać na autobus.

A może zupełnie inaczej – sprawiły, że wcale nie chcemy już wracać do tego miejsca. Bo może ludzie byli zbyt głośni albo zbyt cisi. A zapachy przytłoczyły nasze receptory węchowe do tego stopnia, że na samo wspomnienie boli nas głowa. A słońca nie trawimy w takim stopniu, że nawet widok ze wzgórza Valparaiso nam tego nie zrekompensował i nara, nigdy więcej Granady albo w ogóle Andaluzji, bo gorąc.

Czasem trzeba powiedzieć sobie dość. Zatrzymać się i zapytać: „Czy ja naprawdę tego potrzebuję? Czy faktycznie wrócę do tych pięciu tysięcy ujęć?” (jeśli będzie to Alhambra, to tak!). Czasem samemu sobie trzeba postawić granicę zdrowego rozsądku.

Autor: Sandra

Korektorka, rekruterka, tłumaczka - z zawodu. Czytelniczka - z pasji. Na co dzień zarządzam biurem i ogarniam administrację, ale prawdziwą pasję odnalazłam kilka lat temu – po etacie grzebię w Wordzie i pomagam ulepszać cudze teksty jako redaktorka. A kiedy nie pracuję, pochłaniam książki w towarzystwie kota Saurona.

Dodaj komentarz