— Panie Janku, coś nowego do mojej kolekcji pan ma?
— Dzień dobry, panie Jacku. Nic nowego nie wpadło.
— A to szkoda. Uszanowanie zatem. I małżonkę pan pozdrowi.
Gwar tego miejsca tworzył niepowtarzalną atmosferę. Od lat, w każdą drugą niedzielę miesiąca, szperacze, posiadacze strychów, piwnic i komórek zjeżdżali ze swoimi znaleziskami do centrum miasta. Wystawki zaczynały się już od pomnika Satyrykonu na reprezentacyjnej legnickiej ulicy Najświętszej Marii Panny. Ciągnęły się wzdłuż i wszerz Rynku, aż do ulicy Gwarnej. Legnicki niedzielny plac targowy zamieniał się w ogromną wystawę rzeczy mniej, bardziej, a nawet wcale nieprzydatnych. Wiele z nich pokrywała pięknie starzejąca się patyna. Inne, podrzucone z dyskontów, chciały udawać antyki w nadziei, że znajdą dom inny niż wysypisko śmieci.
Dziś było w czym wybierać, a serce miasta biło żywiej. Obok handlu na placu kwitło też życie towarzyskie.
— Bożena idzie z mężem — do moich uszu wpadł damski głos.
— Gdzie ty ich widzisz? — zapytał mężczyzna obok.
— Idą tu. Bożenaaaa! Bożeeena! Halo! No cześć kochana, cześć! — Kobiety cmoknęły powietrze obok swoich policzków.
— A wy co? — zapytała przywitana Bożena.
— A tak przyszliśmy popatrzeć.
W czerwcowy weekend na Jarmarku Staroci frekwencja dopisała. Rynek przypominał porcelanowo-mosiężną łąkę, pełną improwizowanych straganów. Tu kusiły stare płyty winylowe, poukładane w kartonowych pudłach po bananach lub nowocześnie — w plastikowych pojemnikach. Tam, na małym turystycznym stoliku, zapraszały grube klasery znaczków i kolekcje monet. W ucho wpadał dźwięk trzeszczącej płyty, puszczonej na gramofonie, który również, jak wszystko tutaj, miał swoją cenę. Na rozłożonych bezpośrednio na bruku kocach leżały pojedyncze, delikatne filiżanki w esy i kwiaty, mające za towarzystwo stare wazy i szklane wazony. Szable, noże, wojskowe buty.
— Panie, a jaka tu cena tego?
— Pięć dyszek.
— Co? Ile?
Nie szukałam niczego konkretnego. Przechodziłam między stoiskami, a w oczach mieniło mi się od nadmiaru wszystkiego. Głowa była już pełna głosów przekrzykujących się ludzi. Ale to lustro mój wzrok wychwycił z daleka. Stało oparte o antyczny kredens, pomiędzy dwoma drewnianymi krzesłami. Podeszłam, żeby przyjrzeć mu się uważniej. Brudne, zakurzone, pokryte klejem i chyba smołą. Ale ta rama! Szeroka na jakieś dziesięć, piętnaście centymetrów, stworzona z wygiętych w metalu liści okalających brudną taflę szkła. Ktoś zadbał o szczegóły: o widoczne żyłki na liściach, o dyskretne pąki kwiatów pomiędzy nimi. Ledwo było je widać pod warstwą nieudolnie położonej złotej farby, ale czułam, że dam radę przywrócić ramie dawny blask.
— Za dwie stówy pani oddam — sprzedawca sprawił, że podskoczyłam, przestraszona nagłym dźwiękiem jego głosu.
— Czyli nic z tego, bo mam tylko stówę — pogładziłam ramę delikatnie opuszkami. Zapewne te liście to ręczna robota, ale próbowałam udawać, że mnie to nie interesuje.
— Da pani stówę i pani zabiera, ale oferta ważna tylko minutę.
— Biorę — wyjęłam z kieszeni zwinięty banknot i już miałam go podać, kiedy pierwszy raz spojrzałam na mężczyznę.
Przeszedł przeze mnie zimny dreszcz. Facet wyglądał normalnie, zupełnie do nikogo niepodobny. Ale jego wzrok… to dziwne spojrzenie. Zupełnie czarne oczy. Sięgnął szybko po banknot.
— Do niewidzenia — rzucił i zniknął w tłumie.
Chyba się przesłyszałam. Dziwny typ. Straszny jak sam diabeł.
Objęłam lustro. Ruszyłyśmy do domu, gdzie w spokoju miałam przyjrzeć się pięknej ramie. Może uda mi się znaleźć więcej, gdy pousuwam warstwy dziwnych mazi. Zostawiłam je w przedpokoju, oparte o ścianę. Przetarłam tylko z kurzu. Z pracami musiałam wstrzymać się do kolejnego weekendu. W tygodniu obiecałam sobie zajść do marketu budowlanego po rozpuszczalnik, pędzle i papier ścierny.
— Zajmę się tobą w przyszłą sobotę — powiedziałam do odbicia. — Może nawet w piątek po pracy. Zobaczymy.
Otworzyłam balkon i do pokoju wbiegł radośnie kot bezdomniak, którego dokarmiałam od dwóch lat. Zadarł ogon w górę i skierował się prosto do przedpokoju, gdzie stała jego miska. A przynajmniej powinna stać, bo dopiero co wstałam z łóżka, słysząc błagalne miauczenie.
— Już ci nasypię — powiedziałam do ocierającego się o moje nogi futrzaka.
Postawiłam pełną miskę na miejscu, ale mruczek przysiadł na progu między pokojem a kuchnią i mierzył mnie wzrokiem pełnym nieufności.
— Co jest, futrzaku? Nie jesteś głodny?
Wzrok kota powędrował w stronę miski, zatrzymał się na sekundę, a potem uciekł w dalszy kąt przedpokoju. Tam stało lustro.
— Boisz się swojego odbicia?
Kot nadal siedział w progu, a jego wzrok znów spoczął na mnie.
— No dobrze — poddałam się i przeniosłam miskę do pokoju. Nie miałam czasu na kocie humory, zaraz musiałam zbierać się do pracy.
Siedziałam przed ramą, delikatnie oczyszczając kolejny fragment. Nagle zamiast listków i ich delikatnych żyłek, zobaczyłam przed oczami ludzkie, chude dłonie, poplątane ze sobą. Czy one splatały się, by sobie pomóc? Raczej przeciwnie. Jak w panikującym tłumie — każda z tych dłoni walczyła o siebie. Jakby miały się zadeptać lub potopić, próbując być jak najwyżej, jak najbliżej powierzchni… Mrugnęłam szybko, przetarłam oczy. Znów widziałam tylko liście. Byłam zmęczona, cały tydzień źle spałam. Rozpuszczalnik, którym oddychałam, też mógł sprowadzać omamy.
Od kilku tygodni chodziłam niewyspana. W nocy budziło mnie stukanie. Kiedy wyrwana ze snu zaczynałam nasłuchiwać, skąd pochodzi dźwięk szurania i zgrzytania, wszystko cichło. Wydawało mi się, że to sąsiad z góry, innym razem — że to ktoś za ścianą. Musiałam dojść do prawdy i zwrócić komuś uwagę. Oczywiście grzecznie, bo nie lubię konfliktów.
Mogłam się jednak pochwalić efektami prac. Brzydkie warstwy farb i klejów puszczały pod rozpuszczalnikiem. Lustro musiało być naprawdę stare. Nie potrafiłam zliczyć, ile miało warstw srebrnej, złotej, a miejscami nawet czarnej farby. Rama skrywała pośród metalowych liści drobne, owalne płaskorzeźby. Rysunki były tak solidnie zalepione, jakby czyjeś życie od tego zależało. Przyjrzałam się pierwszej rzeźbionej historii. Przedstawiała stojącego na tylnych łapach lisa. Przednimi łapkami sięgał w górę, do wiszących nad jego głową winogron.
„Lis i winogrona” — wpisałam w wyszukiwarkę. Po chwili zaczęłam czytać znaną z dzieciństwa bajkę Ezopa o lisie, który nie mogąc dosięgnąć owoców, odszedł, mówiąc: „Pewnie są kwaśne. Zupełnie ich nie potrzebuję”.
Zamyśliłam się. O czym mi to powiedziała? O pogardzie wobec tego, czego nie można mieć. Wstałam, żeby wstawić wodę. Po chwili wróciłam z kawą i mieszałam ją mechanicznie, choć nie dodałam cukru.
Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem — w prawo.
Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem — w lewo.
Nie powinnam liczyć takich rzeczy. Patrzyłam na drżące dłonie. Czy działo się coś złego?
Zajęłam się kolejnym fragmentem. Spod rozpuszczalnika wyłonił się wilk, a obok niego chłopiec.
Dwa miesiące i cztery ezopowe historie później, kierowniczka w pracy zawołała mnie do biura. Oznajmiła, że to mój ostatni dzień.
— Skończyła się twoja umowa i zdecydowałam się jej nie przedłużać — powiedziała.
— Ale dlaczego?
Bawiła się chwilę długopisem, po czym westchnęła:
— Od miesiąca nie jesteś zaangażowana. Przychodzisz i śpisz na zmianach. Nie mogę ryzykować, że ulegniesz wypadkowi. Odpocznij, wróć do formy, a na pewno znajdziesz coś innego.
Wracałam do domu, ciągnąc nogę za nogą. Nie rozumiałam tego. Dlaczego nie porozmawiałyśmy wcześniej? Wyciągnęłam telefon, chcąc napisać do Eli, Emilii albo Karoli. Zrezygnowałam. Najpierw musiałam uspokoić emocje. Zajrzałam jednak w rejestr połączeń. Żadna z nas nie odezwała się do siebie od dwóch miesięcy. Czy renowacja lustra aż tak mnie pochłonęła? Ale przecież to działa w dwie strony. Dlaczego one milczały?
Stałam na przejściu dla pieszych. Światło zmieniło się na zielone. Para przed mną ruszyła do przodu. Zrobiłam dwa kroki za nimi i wtedy wyrwał mnie z zamyślenia odgłos gwałtownego hamowania i klaksonu. Terenowe auto stanęło dwadzieścia centymetrów ode mnie.
— Jak chodzisz, debilko! Czerwone masz! — wydarł się kierowca.
Cofnęłam się na chodnik. Na pasach nie było żadnej pary, za którą rzekomo ruszyłam. Światło dla pieszych rzeczywiście było czerwone.
Muszę się wyspać — myślałam, czując narastającą gorączkę. W kamienicy zajrzałam do skrzynki. Wyjęłam listy z gazowni i energetyki oraz rozliczenie ze spółdzielni. W domu odkręciłam kurek gazu. Słyszałam pstrykanie zapalnika, ale gaz się nie palił. Nie było charakterystycznego syczenia. Spróbowałam włączyć światło. Nic. Złapałam koperty. To były upomnienia z datą sprzed miesiąca i groźbą odłączenia mediów w dniu… dzisiejszym.
— Ale jak? — szepnęłam. Przecież płaciłam. Niemożliwe, bym przeoczyła te listy w skrzynce przez cały miesiąc.
Tykanie starego zegara wdzierało się w mój sen. Nade mną odezwała się kukułka. Dwanaście razy. Północ.
Zerwałam się z łóżka. Znów zasnęłam w ubraniu. Straciłam poczucie czasu. Kołdra leżała skopana, a pod głową miałam stary koc zamiast poduszki. Spojrzałam na stół, na którym piętrzył się bałagan: pędzle, szmatki i puszki z lakierem. Obok stało lustro. Skończyłam je.
Księżycowa poświata odbijała się w tafli. W lustrze wyglądałam ziemiście, szaro i blado. Rama poruszała się, szumiąc dźwiękiem wiatru. To nie były liście — to znów były dłonie, kłębiące się jak w mrowisku. W tafli coś mignęło. Obejrzałam się z przerażeniem, ale za mną było pusto. Spojrzałam ponownie w szkło. Za mną stała postać.
— Już się bardziej nie obudzisz — odezwał się głos.
To był duch pięknej kobiety w białej sukni z błękitnymi koronkami. Białe, błyszczące włosy opadały na blade ramiona. Usta miała niemal przezroczyste, ale jej oczy… były czarne i głębokie. Patrzyły prosto we mnie, przykuwając mnie do łóżka. Moje nogi jakby zamarzły.
— Widzę, że nie wiesz, czyje lustro odnowiłaś. Sam diabeł robił je dla mnie. Wiedzieliśmy, że będziesz idealna do roli, którą ci wybraliśmy.
Skojarzenia zaczęły układać się w mojej głowie. Diabeł, lustro, zimna królowa…
— Królowa Śniegu — powiedziałam niepewnie.
— No brawo — klasnęła delikatnie w dłonie. Była piękna i przerażająco obojętna.
— Ale dlaczego ja?
— Bo takich jak ty diabły łatwo mogą wpędzić w szaleństwo. Taka jesteś „Zosia Samosia”, wysepka na oceanie. Nie masz rodziny, biedulko — powiedziała z ironią.
— Mam przyjaciółki — przerwałam jej.
— Już nie — uśmiechnęła się słodko. — Oczyszczając lustro i uwalniając bajki Ezopa, uwalniałaś to, co w nich najgorsze: pychę, pogardę, tyranię. Spójrz na telefon. Moje diabły wysłały w twoim imieniu wiadomości do twoich znajomych. Nikt już nie pomyśli, że jesteś normalna.
Drżącą dłonią odszukałam telefon. Z przerażeniem śledziłam listę obelg wysyłanych z mojego konta od miesiąca.
— Oczyściłaś lustro, a tym samym moją drogę do wyjścia. Wy, ludzie, jesteście tacy słabi. Chcę wprowadzić w wasz świat więcej obojętności i chłodu…
Spojrzałam na czwartą odkrytą historię. Ta bajka była inna — o giętkiej trzcinie, która dzięki swojej pokorze przetrwała burzę, podczas gdy silna oliwka została złamana. W tym momencie z kąta wyskoczył mój bury bezdomniak. Z wyciągniętymi pazurami rzucił się na lustro. Nie byłam sama! Futrzak zrobił zamieszanie, wytrącając Królową z równowagi. Coś lodowatego puściło moje nogi. Spadłam na podłogę i podczołgałam się do szafy. Wymacałam młotek.
Wzięłam zamach i uderzyłam w taflę. Nic. Uderzyłam kolejny raz. Powstały pęknięcia. Teraz patrzyły na mnie dziesiątki twarzy Królowej Śniegu.
— Odpuść — powiedziała. — Jeszcze możemy poprosić Diabła, by je poskładał. Możemy razem zamrozić serca ludzi. Przynajmniej umarzesz w zaszczytnym towarzystwie, a nie sama, jak śmieć, którym się stałaś.
Odrzuciłam młotek. Zauważyłam szczelinę, w którą mogłam włożyć paznokieć. Jeśli ją podważę, tafla się rozsypie.
— Przestań — syknęła. — Wykrwawisz się. Tyle pracy, by odzyskało blask. Nie szkoda ci?
Wsunęłam palce w szczelinę. Poczułam ból, gdy szkło cięło skórę. Krew oblała mi dłoń. Przez chwilę chciałam się wycofać, ale wtedy odłamek skruszył się. Wyjęłam go i rzuciłam w kąt. Twarze w lustrze wykrzywiły się w grymasie. Zaczęłam wyrywać kolejne kawałki, kalecząc ręce, ale nie przestawałam. Zbierałam fragmenty do kieszeni bluzy. Musiałam je rozsypać tak daleko, by nikt nigdy nie mógł ich poskładać.
Wypadłam na ulicę. Kruszyłam taflę w palcach i rzucałam odłamki na wiatr. W końcu upadłam.
— Halo — usłyszałam kobiecy głos.
— Pewnie jakaś pijana — odparł starszy mężczyzna. — Panienka zostawi pijaczkę. Wytrzeźwieje, to pójdzie.
Kobieta nie posłuchała.
— Halo, proszę pani? Pani miała wypadek? Ktoś panią potrącił? Słyszy mnie pani? Dzwonię po karetkę.
— Nie — zawołałam cicho. — Nie po karetkę.
W mojej głowie znów zawyły syreny, podsuwając obrazy szpitalnej samotności. Tak bardzo nie chciałam już być sama!
— Proszę nie dzwonić — spróbowałam złapać kobietę za rękaw.
— Masz całe pocięte ręce — powiedziała, kucając przy mnie.
— Chciałam zabić samotność — odpowiedziałam.
Dziewczyna lekko się cofnęła, więc szybko dodałam:
— W moim mieszkaniu było lustro. Musiałam je rozbić. Nie miał mi kto pomóc. — Mój głos załamał się i przeszedł w szloch.
Wtedy ona mnie przytuliła. Nie dbała o to, że się pobrudzi moją krwią i pyłem. Wyciągnęła telefon.
— Kaśka, wyślę ci adres. Nie pytaj. Mam kogoś, komu musimy pomóc.
Rozłączyła się i pogłaskała mnie po głowie.
— Moje przyjaciółki zaraz tu będą. Magda jest po pielęgniarstwie, obejrzy twoje ręce. A teraz powiedz mi, jak masz na imię.
Kiedy pomogła mi wstać, poczułam w kieszeni ostatnie okruszki lustra. Wytrzepałam je na wiatr. Uniósł je nad Kaczawą, przylepił wróblom do piór, wcisnął głęboko w szczeliny asfaltu i pomiędzy kocie łby.
