Impresja: Kość nr 17

teraz

Światło jarzeniówki za każdym razem raziło ją w oczy. Myślała, że z biegiem lat się przyzwyczai – że tak jak służba zdrowia znieczula się na ból pacjenta, tak ona znieczuli się na ostre światło. Niestety, było odwrotnie. Im dalej w las, tym więcej wilków. Co za dziwna relacja – pomyślała, wpatrując się, jak światło prześlizguje się po zniszczonej kości – coś jak love-hate relationship: z nim źle, bez niego jeszcze gorzej.

Pieprzona grzywka – warknęła do siebie i, zatapiając się w myślach, odgarnęła z czoła posklejane strąki. Wiedziała, że powinna była ściąć je już dawno temu. Grzywka zrobiła się zdecydowanie przy długa, niezdatna do koegzystencji. Najgorzej, kiedy się pociła. Spocona grzywka. Fuj. Suchy szampon czasami ratował jej skórę – suchy szampon, kolejne wspaniałe odkrycie, zaraz po szkle powiększającym. No i może jeszcze po coli zero. Potem długo, długo nic… aha, i komputer. Według Marianny komputer też był całkiem niezłym odkryciem ludzkości.

„Zapisać w Notion: obsesja numer 408 – za długa grzywka”. Uśmiechnęła się do siebie i wróciła do analizy.

Kość wyglądała jak zwykła kość udowa. Najnowsze odkrycie z kurhanu. Przejechała po niej palcami w białych nylonowych rękawiczkach, wyczuwając delikatną, chropowatą strukturę. Nacięcia były zbyt równe, zbyt celowe – pomyślała i spojrzała w notatki Zygmunta. Coś się nie zgadzało. Zanotowała pospiesznie na marginesie: „możliwe ślady obróbki”.

Utkwiła wzrok w kości. Przyciągała ją. Hipnotyzowała. Jakby była inna, wyjątkowa. A przecież nie było w niej nic nadzwyczajnego. Kobieta, około dwudziestu lat. Zmarła kilka tysięcy lat temu – ile dokładnie, to się dopiero okaże. Pochowana w części grobowca przy samym wejściu. Jak wiele innych przed nią i wiele po niej. Kość jak kość. Dzień jak co dzień.

Już miała wstać i iść do biura szefa, żeby omówić te zaskakujące nacięcia, kiedy poczuła delikatny zapach dymu. W tej samej chwili w jej głowie rozległo się skrobanie.
Chryt. Chryt. Chryt.

Zaraz… to nie kość. To skóra. To kawałek uda.

Jezu, ona żyje.

– Zdecydowanie potrzebuję więcej snu. Ten projekt mnie wykończy – powiedziała do siebie w myślach i uzupełniła lukę w dokumentacji: „narzędzie krzemienne”. Spojrzała na zegar w komputerze. Wskazywał minutę do piątej po południu.

kiedyś

Leżę na stole, skrępowana sznurem. W głębi lasu słyszę przytłumione, rytmiczne uderzenia bębnów. Coś się pali. Wyczuwam wilgotny zapach drewna. Chyba związali mnie, kiedy nie miałam świadomości. To musiało być zaraz po świętowaniu zamknięcia kurhanu. Wypiłam zioła zaparzone przez Rit i dalej nie pamiętam nic. Kiedy otworzyłam oczy, nad sobą widziałam ich twarze. Knebel z grubej tkaniny uciskał mi usta. Jest mi gorąco, choć wiem, że ciepła pora jeszcze nie nadeszła. Ubranie lepi się do skóry. Nie ruszam się, ale nie dlatego, że jestem skrępowana. Jakbym zapomniała, jak się poruszać. Czy to możliwe? Najstarsze kobiety krzątają się w ciszy, przygotowując misy z miksturami. Z jednej z nich biorą czerwony proszek i smarują mnie nim od stóp do twarzy. Dotykają mnie czule, z uwagą – masują moje obolałe ramiona, uda, plecy. Wciskają swoje pomarszczone i pokrzywione ręce pod moje pośladki. Zostanę w nich. W nich i we wszystkich innych. Teraz już wiem czemu tak dziwnie na mnie patrzyli, w ostatnim czasie nie rozmawiali ze mną. Omijali mnie w wiosce. Oni wiedzieli co się wydarzy. A ja, głupia, nie miałam pojęcia. Oni to zaplanowali. Zamknięcie kurhanu. Całą tę ucztę. Wchłonięcie pamięci. Wchłonięcie mnie.


teraz

Głęboki sen Marianny urwał się gwałtownie, gdy zakrztusiła się dymem. Był wszędzie. Wdarł się w gardło. Wypełnił płuca. Zatrzasnęła laptop. Lewą dłonią chwyciła kość, prawą – teczkę z dokumentacją. Ruszyła przed siebie.

Ewakuować biuro. Ratować artefakty.

Ile mamy czasu?

– Pali się! – krzyczała. – Dokumenty! Bierzcie dokumenty!

Przebiegła przez łącznik, aż wpadła zdyszana do głównego biura. Nikt nie reagował. Zatrzymała się. Przecież musieli ją słyszeć. Krzyczała od kilku minut. Czemu niczego nie zabierają?

– Wasze rzeczy, papiery, szybko, pali się!

Zygmunt powolnie przeniósł wzrok z ekranu komputera na roztrzęsioną Mariannę.

– Gdzie się pali? Wszystko w porządku? – zapytał unosząc w zdziwieniu krzaczaste brwi.

– U mnie tak, ale trzeba ewakuować całe biuro! No i Rit…

– Ależ Marianno… nie pali się. Nie czuję dymu. A wy? – zwrócił się do Jeremiasza i Olgi.

– Nic nie czuję – odpowiedział Jeremiasz. 

Olga, jak to zwykle miała w zwyczaju, zgodziła się z resztą i zaprzeczyła ruchem głowy.

– Ale sprawdzę, czy wszystko w porządku – dodał po chwili Jeremiasz. – Zrobię obchód.- A właśnie, jaką Rit, ktoś nowy dołącza? O kim mówiłaś?

– Nie, nie, nieważne, idź już proszę – odparła i dodała w myślach: Kto to jest Rit?

Nagle zrozumiała, że dym zniknął. Może tylko w laboratorium coś się zapaliło? Spojrzała na zegarek. Minuta do piątej po południu.

– Zaraz, przecież zdrzemnęłam się. – pomyślała.

Poczuła mrowienie na udach. Ucisk.

– Co do cholery…

Autor: Justyna Wenecka

Debiutująca pisarka opowiada o tym, co ukryte pod powierzchnią, o warstwach, które narastają w człowieku jak osad: z doświadczeń, historii i pamięci ciała. Interesuje ją tożsamość w jej najgłębszym wymiarze - od pierwotnych instynktów, przez dziedzictwo przodków, aż po współczesne próby zrozumienia siebie. W swojej twórczości splata wątki archeologiczne, naukowe i intymne, tworząc opowieści o poszukiwaniu sensu, przynależności i prawdy. Jej pisanie wyrasta z głębokiej introspekcji i uważnej obserwacji. Inspirują ją zarówno historie zapisane w ziemi, jak i te przekazywane w ludziach - niejednoznaczne, często przemilczane. Podważa utrwalone wyobrażenia i odczarowuje ideały. Bliskie są jej motywy pierwotności, ewolucji i przełomów w myśleniu o człowieku. W pracy trenerskiej wspiera kobiety wrażliwe, zmagające się z przeciążeniami i zaburzeniami hormonalnymi, które nie potrafią odnaleźć się w głośnym świecie fitnessu. Pracuje z ciałem, poszukując połączenia między fizycznością a psychiką. Neuroatypowość traktuje jako źródło wrażliwości i innego widzenia świata, które przenika jej twórczość. Poza pisaniem słucha muzyki funk, czyta w hamaku i gra na saksofonie.

Dodaj komentarz