Na tyłach willi Maksencjusza

mój włoski ślub

Nie mogę uwierzyć, że jeszcze wczoraj panierowałam się w piaskach Portugalii. Jeszcze bardziej nie mogę uwierzyć, że moja własna, prywatna matka wraz ze zgrają moich brzydzących się podróżami przyjaciół samodzielnie wylądowali na lotnisku w Fiumicino. Jeśli istnieje stopień wyższy tego, w co jeszcze nie mogę uwierzyć, to dodałabym, że dziś noc poślubną spędzam w jednym domu z całą przylotową zgrają. Rzecz jasna, również z oblubieńcem. Na szczęście mamy osobny pokój.

Mija godzina od kiedy przysięgliśmy sobie wszystko to, co się przysięga. Teraz spacerujemy. Agnese jest z nami. Agnese to aktywny wulkan energii o czerwono-czarnych włosach. Szybciej robi zdjęcia, niż ja myślę. Pozwala nam decydować, nadawać tempo. Nie musimy się spieszyć. Na własne oczy widziałam, jak wygłodniali i szczęśliwi goście rzucili się na stoły z aperitivo. Słyszałam chrupanie przekąsek, spontaniczne wybuchy perlistego śmiechu, stukanie kieliszków z prosecco.

Na tyłach willi Maksencjusza jest spokojniej. W powietrzu czuję odrobinę goryczy i rozgrzaną, żywiczną słodycz – suchą, pylącą. Dopełnia ją zapach starego drewna nagrzanego majowym popołudniem, jego suchej kory i słońca, które od kilku tygodni rozpala miasto i spowalnia jego bicie serca.

Z upływem godzin ciężki zapach opada razem z temperaturą, mieszając się z kurzem, odległym winem i wodą z fontann. Agresywne słońce wdziera się do zwężonych źrenic. Penetruje każdy fragment odsłoniętej skóry. Ulgę przynosi długi, biały welon zarzucony na ramiona. Pozwala – choćby tylko częściowo – skryć się w cieniu. Odpocząć.

Przy każdym kroku wysuszona trawa haczy o delikatne stopy. Wplątuje się w białe paski okalające kostki. Słyszę, jak lekko zżółknięte i ostro skoszone źdźbła łamią się pod ciężarem stóp. Zupełnie jakby uginały się pod ciężarem odpowiedzialności. Ta sama ziemia przetrwała pokazy cyrkowe i inwazje elit, więc myślę, że naszą skromną ceremonię również przetrwa.

Agnese każe nam zachowywać się naturalnie. To jakby powiedzieć: nie myśl o różowym słoniu – i wtedy co robisz? Myślisz o różowym słoniu. Stosując się do jej polecenia, po serii ujęć z profilu, z dołu i z góry, zaczynam się mimowolnie zastanawiać, czy może, wiedziona euforią, nie przesadziłam z warstwą balsamu. Z jednej strony to dobrze, bo może łatwiej zniosę otarcia od trawy, a z drugiej… już kolejny dzwonek z bukietu przykleił mi się do nogi. Zacznę się przejmować, gdy będę musiała odklejać asfodel. Cóż, widocznie balsam i czterdzieści stopni w cieniu to nie jest najlepsze połączenie.

Pstryk – pstryk. Jeszcze tylko kilka ujęć z powiewającym welonem i można wrócić do stołów, by jako mąż i żona rozpocząć świętowanie.

Wzięliśmy dziś ślub tam, gdzie kamień pamięta okrutnych bogów, cesarzy i upadki imperiów. Po raz pierwszy od wieków nie był świadkiem władzy ani ofiary, lecz cichej, ludzkiej decyzji, by iść razem. To miejsce zostało stworzone po to, by pokazywać potęgę, a ja dziś wybrałam więcej. Wybrałam intymność – potęgę miłości.

Co powiedziałby Maksencjusz?
Czy wzniósłby za nas toast?

Autor: Justyna Wenecka

Debiutująca pisarka opowiada o tym, co ukryte pod powierzchnią, o warstwach, które narastają w człowieku jak osad: z doświadczeń, historii i pamięci ciała. Interesuje ją tożsamość w jej najgłębszym wymiarze - od pierwotnych instynktów, przez dziedzictwo przodków, aż po współczesne próby zrozumienia siebie. W swojej twórczości splata wątki archeologiczne, naukowe i intymne, tworząc opowieści o poszukiwaniu sensu, przynależności i prawdy. Jej pisanie wyrasta z głębokiej introspekcji i uważnej obserwacji. Inspirują ją zarówno historie zapisane w ziemi, jak i te przekazywane w ludziach - niejednoznaczne, często przemilczane. Podważa utrwalone wyobrażenia i odczarowuje ideały. Bliskie są jej motywy pierwotności, ewolucji i przełomów w myśleniu o człowieku. W pracy trenerskiej wspiera kobiety wrażliwe, zmagające się z przeciążeniami i zaburzeniami hormonalnymi, które nie potrafią odnaleźć się w głośnym świecie fitnessu. Pracuje z ciałem, poszukując połączenia między fizycznością a psychiką. Neuroatypowość traktuje jako źródło wrażliwości i innego widzenia świata, które przenika jej twórczość. Poza pisaniem słucha muzyki funk, czyta w hamaku i gra na saksofonie.

Dodaj komentarz