Czy mogę być jednocześnie w roku 306 i 2025? Czary-mary, hokus-pokus… i mogę. Ba, jestem. Dobrze, że dziś nie muszę wierzyć w żadnego z bogów ani kłaniać się przed żadnym cesarzem, aby poślubić tego, którego kocham. Tak zwanego oblubieńca. Wzięłam zatem to, co lubię – od starożytnych rytuałów, przez polskie tradycje, na rzymskim oblubieńcu kończąc -i na własnych warunkach mówię „tak”. No i trochę na wariackich papierach.
Nie mogę uwierzyć, że jeszcze wczoraj panierowałam się w piaskach Portugalii. Jeszcze bardziej nie mogę uwierzyć, że moja własna, prywatna matka wraz ze zgrają moich brzydzących się podróżami przyjaciół samodzielnie wylądowali na lotnisku w Fiumicino. Jeśli istnieje stopień wyższy tego, w co jeszcze nie mogę uwierzyć, to dodałabym, że dziś noc poślubną spędzam w jednym domu z całą przylotową zgrają. Rzecz jasna, również z oblubieńcem. Na szczęście mamy osobny pokój.
Mija godzina od kiedy przysięgliśmy sobie wszystko to, co się przysięga. Teraz spacerujemy. Agnese jest z nami. Agnese to aktywny wulkan energii o czerwono-czarnych włosach. Szybciej robi zdjęcia, niż ja myślę. Pozwala nam decydować, nadawać tempo. Nie musimy się spieszyć. Na własne oczy widziałam, jak wygłodniali i szczęśliwi goście rzucili się na stoły z aperitivo. Słyszałam chrupanie przekąsek, spontaniczne wybuchy perlistego śmiechu, stukanie kieliszków z prosecco.
Na tyłach willi Maksencjusza jest spokojniej. W powietrzu czuję odrobinę goryczy i rozgrzaną, żywiczną słodycz – suchą, pylącą. Dopełnia ją zapach starego drewna nagrzanego majowym popołudniem, jego suchej kory i słońca, które od kilku tygodni rozpala miasto i spowalnia jego bicie serca.
Z upływem godzin ciężki zapach opada razem z temperaturą, mieszając się z kurzem, odległym winem i wodą z fontann. Agresywne słońce wdziera się do zwężonych źrenic. Penetruje każdy fragment odsłoniętej skóry. Ulgę przynosi długi, biały welon zarzucony na ramiona. Pozwala – choćby tylko częściowo – skryć się w cieniu. Odpocząć.
Przy każdym kroku wysuszona trawa haczy o delikatne stopy. Wplątuje się w białe paski okalające kostki. Słyszę, jak lekko zżółknięte i ostro skoszone źdźbła łamią się pod ciężarem stóp. Zupełnie jakby uginały się pod ciężarem odpowiedzialności. Ta sama ziemia przetrwała pokazy cyrkowe i inwazje elit, więc myślę, że naszą skromną ceremonię również przetrwa.
Agnese każe nam zachowywać się naturalnie. To jakby powiedzieć: nie myśl o różowym słoniu – i wtedy co robisz? Myślisz o różowym słoniu. Stosując się do jej polecenia, po serii ujęć z profilu, z dołu i z góry, zaczynam się mimowolnie zastanawiać, czy może, wiedziona euforią, nie przesadziłam z warstwą balsamu. Z jednej strony to dobrze, bo może łatwiej zniosę otarcia od trawy, a z drugiej… już kolejny dzwonek z bukietu przykleił mi się do nogi. Zacznę się przejmować, gdy będę musiała odklejać asfodel. Cóż, widocznie balsam i czterdzieści stopni w cieniu to nie jest najlepsze połączenie.
Pstryk – pstryk. Jeszcze tylko kilka ujęć z powiewającym welonem i można wrócić do stołów, by jako mąż i żona rozpocząć świętowanie.
Wzięliśmy dziś ślub tam, gdzie kamień pamięta okrutnych bogów, cesarzy i upadki imperiów. Po raz pierwszy od wieków nie był świadkiem władzy ani ofiary, lecz cichej, ludzkiej decyzji, by iść razem. To miejsce zostało stworzone po to, by pokazywać potęgę, a ja dziś wybrałam więcej. Wybrałam intymność – potęgę miłości.
Co powiedziałby Maksencjusz?
Czy wzniósłby za nas toast?
