Że co? Kleopatrę rozdziewiczył jej ojciec czy dildo? O czym w ogóle jest ta książka?
Brygida sięgnęła lewą ręką do ciasnej kieszeni wiosennego płaszcza, żeby wyciągnąć telefon i jak najszybciej sprawdzić, czy aby na pewno się nie przesłyszała.
– Piętnaście sekund trzy razy w tył, powinno wystarczyć – pomyślała, chowając telefon i jednocześnie zastanawiając się, po co przyjęła ten płaszcz od teściowej. Jest uniwersalny, to prawda. Dość ciepły. Ale opina ją w biodrach, poliestrowa poszewka opina ją w biodrach i przede wszystkim jest czarny, a ona nie znosi czarnego koloru.
Jesteś blondynką, dobrze ci w czarnym – jak zawsze powtórzyła teściowa, a Brygida przytaknęła, myśląc, że to nieprawda, bo wygląda w nim jak trup. Albo co najmniej ktoś, kto jedną nogą stoi poza tym światem.
Zatrzymała odtwarzanie i wpatrzyła się w ekran, żeby sprawdzić książkę.
Żądze Kleopatry.
Kto to pisał? Ewa Kessler – chyba Polka, ale sprawdzę.
Kliknęła nazwisko autorki i upewniła się, że i owszem, jej krajanka stworzyła to jakże wspaniałe dzieło rodem z różowego huba albo innego tube’a. Niby ładne komnaty, złote szaty, diademy, ale kurna, węzeł Izydy i włócznia Ozyrysa rozwaliły jej system.
A najlepsze w tym wszystkim było to, że książkę wybrał jej mąż, oczywiście nic nie wiedząc o fabule. Najpierw reportaż o sekspracy w Polsce. A teraz to. To był chyba znak z niebios, że wyborem kolejnej pozycji do czytania powinien zająć się nie kto inny, jak ona sama.
Opowieść o napalonej Kleopatrze będzie chyba pierwszym erotykiem w jej życiu, nie licząc harlequinów podczytywanych w dzieciństwie z półki matki.
Brygida wpisała w Notion:
sprawdzić, jak rozdziewiczył Kleopatrę.
– A dobra tam – pomyślała i włączyła internet. – Sprawdzę teraz, po co czekać. I tak będę o tym myślała do końca spaceru.
Włączyła dane komórkowe i sprawdziła, ile ma transferu. Jak zawsze za granicą nie mogła poszaleć bez Wi-Fi. W roamingu kasowali jak za zboże i odkąd minęły trzy miesiące stałego pobytu poza Polską, oszczędzała każdy gigabajt.
– Jedenaście złotych. Dobra, wystarczy.
Oblizujawszy wiecznie wysuszone na wiór usta, zaczęła wyszukiwać odpowiedzi po angielsku,
—
Tego dnia Brygida mogła odpocząć tak, jak lubi: pójść na spacer – z którego nota bene właśnie wróciła – poobserwować ptaki pluskające się w jeziorze, zrobić im zdjęcia. Choć to ostatnie się nie udało, bo w telefonie znowu zabrakło pamięci, i tak uznała wyjście za udane.
Na ogół nie chciało jej się wychodzić z domu. Jej ulubiona trasa to dom – muzeum – dom – siłownia. Czasem w innej kolejności. Wszystko zależało od tego, czy zmusi się do spaceru przed pracą, czy wieczorem będzie miała jeszcze siłę na trening.
Uwielbiała uczucie po ćwiczeniach – rozlewającą się w ciele błogość. Uwielbiała też moment w trakcie: czuła moc, siłę, była dumna ze swojej dyscypliny.
Nikt jednak nie wiedział, jak bardzo się do tego zmuszała. Jak często nie chciała nawet nogi zwlec z łóżka.
Czasem myślała, że coś ją rozkłada. Najczęściej jednak uważała siebie za lenia śmierdzącego, który ma nieustanne zjazdy energetyczne albo coś nie tak z hormonami.
I tu faktycznie było coś nie tak. Tarczyca nie domagała od co najmniej piętnastu lat. Może dłużej. Wyregulowała ją lekami, więc teoretycznie nie powinno być problemu.
Sprawdziła wszystko: witaminy (niskie żelazo i d3, ale to normalne), żołądek, jelita, depresję, a może chorobę afektywną dwubiegunową? Wszystko krew w piach. Ani jednej jednoznacznej odpowiedzi.
Na domiar złego nie znosiła przebywać z ludźmi. Drażnili ją. Musiała przetwarzać milion razy więcej rzeczy i mieć do siebie o milion więcej pretensji.
Z boku wszystko wyglądało normalnie. Była schludna, zadbana, uśmiechała się, słuchała, dopytywała.
Wewnątrz marzyła tylko o tym, żeby wrócić do domu, przebrać się w za luźne, niedrażniące skóry ubrania, zasłonić żaluje, włączyć nocną lampkę, rozczesać skołtunione całym dniem włosy, zjeść jakieś comfy food, obejrzeć coś bez większego przesłania i zniknąć. Przeżyć kolejny dzień i tuż przed snem wyobrazić sobie, że jutro wszystko się odmieni: ona będzie pełna sił, ochoty i kreatywności, ludzie będą fajni a czas z gumy.
—
Właśnie teraz w ramach cichego buntu postanowiła wybrać horror.
Ktoś kiedyś powiedział, że powinna karmić się rzeczami mądrymi i jasnymi, skoro chce być kimś mądrym i oświeconym. Może nie tym razem. Tego wieczoru chciała nakarmić swoją głowę czymś odmóżdżającym a ciało czymś ciężkim i niezdrowym. Dla równowagi. Cały dzień trenowała swoje szare komórki, zmuszała się do drenujących ją small talków, więc odpoczynek jej się należał jak psu buda.
Nalała do kubka pełnotłuste mleko. Nie odtłuszczone. Nie symboliczne. Gęste.
I patrzyła, jak na powierzchni tworzy się falująca cienka błona.
To był jej mały sabotaż.
Tłuszcz zamiast kontroli.
Strach zamiast perfekcji.
Wybór zamiast wizerunku.
I tak nikt się nie dowie. Jeśli nie liczyć jej aplikacji do mierzenia składu i masy ciała.
W książkach i w filmach fascynowało ją obserwowanie udawanego życia innych. A może uczyła się, jak ludzie się zachowują i jak mogłaby się do podobnych sytuacji przygotować?
Lubiła nieoczywiste połączenia gatunków, dystopie, filmy historyczne, horrory. Tych ostatnich wcale się nie bała. Wiedziała, że to nierealne sceny i one teraz się nie dzieją, więc nie ma co przesadnie przeżywać. Jej mąż przy najmniejszej okazji podskakiwał jak oparzony, a potem nie mógł spać. Przy wszystkich podobieństwach, jakie między sobą zauważali, to jedno bardzo ich różniło – i sprawiało, że Brygida zazwyczaj oglądała horrory sama.
Teraz miała wieczór dla siebie i mogła obejrzeć, co dusza zapragnie. Przez chwilę wahała się między apokalipsą w Birdbox Barcellona a najnowszym uploadem Books with Jo.
– Totalnie wyłączyć mózg czy zdać się na gust Jo i skusić się na jej nowe książkowe wybory? – rozmyślała nad parującym kakao. – Może tym razem znajdę coś fajnego? Alternatywna rzeczywistość czy introspekcja rodem z Przemiany Kafki?
Sięgnęła po pilota i zawiesiła spojrzenie w przestrzeni.
Miała swoje małe guilty pleasure, i tak jak o horrorach wiedział mąż, tak o tym, że jest uzależniona od oglądania recenzji na YouTube, nie wiedział nikt. Wstydziła się tego. W sumie nie wiedziała dlaczego – przecież nie robiła nic złego. Może chodziło o czas, który spędzała na oglądaniu, jak ktoś świetnie sobie radzi w życiu i ma tyle pasji. Nie to, co ona. Ona miała odtwórczą pracę w muzeum i zmieniała hobby jak rękawiczki. Zarabiała tyle, żeby nie musieć szukać dalej. A w każdej wolnej chwili czytała książki poszukując w nich nietypowego rytmu, struktury myśli i emocji znaczeniowych.
Lubiła obserwować, jak ktoś opowiada o literaturze i filozofuje przy tym z oddaniem. Sama nie miała tego talentu. W ogóle nie miała żadnego talentu – tak myślała. Za cokolwiek się wzięła, za grę na gitarze, malowanie, rysowanie, nowe studia – wszystko porzucała albo kończyła tylko dlatego, że musiała. Traciła zapał. Traciła zainteresowanie. Zupełnie jak jej włosy, które próbowała jakkolwiek i kiedykolwiek ułożyć. Nie współpracowały: częściowo skręcały się tworząc piękne sprężynki, a częściowo sprawiały wrażenie świeżo wyprasowanych. Włosy były dla niej metaforą życia: nic nie było konkretne, nic nie było stabilne, niczego nie mogła przewidzieć ani zaplanować, niezależnie od tego jak bardzo by się starała.
Znajomi śmiali się z niej, że jest kobietą renesansu, ale ona wcale tak o sobie nie myślała. Myślała, że może owszem, powinna się urodzić w innej epoce, ale tylko dlatego, że wtedy byłaby głupsza, mniej wyedukowana, mniej oczekiwałaby od siebie, a inni mniej by od niej oczekiwali.
___
Wybór padł na youtube. Wpisała „Boo…”.
Pojawił się kanał Jo i jej najnowszy film:
Ta jedna książka, która pozwoliła mi zrozumieć siebie (must read!)
Zaciekawiona, rozwinęła opis i zobaczyła tytuł:
Historia cierpienia – Justyna Wenecka.
Brygida zawiesiła kursor nad tytułem i poprawiła okulary na nosie.
– No świetnie. Jeszcze tego mi brakowało. Podręcznik obsługi nieszczęścia.
Już miała wyłączyć film, ale Jo zaczęła czytać okładkowy opis.
„Nie wszystko, co w tobie pękło, wymaga naprawy. Niektóre rzeczy pękają, żeby wpuścić światło.”
Brygida znieruchomiała. Po raz pierwszy ktoś nie mówił jej, co ma naprawić. A może po raz pierwszy to usłyszała? Poczuła ciepło na skórze. Wypuściła powietrze z płuc z taką ulgą, jakby trzymała je tam o wieków. Patrzyła w ekran z zaszklonymi oczami. Pomyślała, że może ona nie jest wadliwa. I że jeśli to prawda, to świat jeszcze może być mniej przerażający.
_
o czytelniczce
