Kiedy myślę o tobie – a staram się za wiele nie myśleć – czasami zastanawiam się, czy mi się nie wydawało. Może widziałam to w jakimś filmie? Moja wyobraźnia podstawiła tylko twoją twarz i moje uczucia. Trudne do opisania. A reszta wydawała się jak z filmu klasy B.
To tylko pierwsza myśl. Przez wiele lat jedyna.
Druga myśl jest inna. To wspomnienie. Widzę, jak siedzimy w aucie. Bawię się lalką – mam może sześć lat – a ty wyciągasz swojego siusiaka i każesz mi go głaskać. Szybciej. Słucham. Robię. Nie chcę kłopotów. Mówisz, że to będzie nasza tajemnica. Nie taka tajemnica, jak „znaleźliśmy skarb”. To tajemnica w stylu „nowa zabawa, w którą ja nie chcę się bawić”. Czuję wstyd. Ogromny wstyd. I smutek. Płaczę.
Kolejne wspomnienie mam z kuchni. Smaruję zaschniętą kromkę chleba musztardą. Nie wiem, czemu mi to smakowało, ale pamiętam, że smakowało. Na dworze ciemno. Wszyscy pojechali na wesele – mama, tata, babcia, dziadek. Ty zostałeś. Ja pod twoją opieką.
Wołasz mnie do pokoju. Jesteś w półsiedzącej pozycji. Zasłoniłeś zasłony. Zapaliłeś lampkę. Odsłaniasz znowu… Nie rozumiem, ale wiem, że nie chcę się znowu w to bawić. Każesz mi usiąść i się ruszać. Nie wychodzi mi. Zniecierpliwiony – zaczynasz się ruszać sam. Nie wiem, czy coś się stało, czy tylko udawaliśmy. Wiem jedno: nienawidzę cię. Nie mogę na ciebie patrzeć. Nie chcę cię znać. Nie chcę tu być.
Czekam. Zapłakana. Na powrót mamy z wesela. Nigdy więcej nie chcę zostać sama z tobą. A niedługo będę dzielić z tobą pokój. Jestem wystarczająco duża.
Kolejne wspomnienie – drugi ty. Inny kuzyn. Znienawidziłam go tak samo jak ciebie. Przerażał mnie. Wtedy myślałam: nie lubię go, muszę go unikać.
Widzę jak zamykasz drzwi do kuchni, w której dorośli jedzą, palą fajki i opowiadają sobie różne historie. Śmieją się do łez. Ogłaszasz im, że będziemy oglądać bajkę w tv. Ja mam osiem lat i siedzę na kanapie. Ty dziesięć. I wtedy, podekscytowany, mówisz, że dziś obejrzymy bajkę dla dorosłych. Włączasz pornosa. Nigdy nie wymażę z pamięci sceny grupowego seksu z galaretką. Byłam zszokowana. Zamrożona. Zastygła jak ta galaretka. Zacisnęło mi się gardło, uwięziło mój jedyny głos. Wiem, że wystarczyło wstać i wyjść, ale z jakiegoś powodu nie mogłam. Moje ciało było ciężkie jak z gipsu. Jakby ktoś mnie przybił do tej kanapy gwoździami. Mój mózg widocznie uznał, że jak zastygnę, to ugram więcej. Dinozaury przetrwały miliony lat, zastygając w bezruchu. Może i mnie się uda. Choć do jutra.
Słyszę twój obleśny, tłumiony chichot wydobywający się przez krzywe, zżółknięte zęby. To było pierwsze na co sobie pozwoliłeś i skoro nic nie zrobiłam, brnąłeś dalej. Przy każdej okazji, kiedy byliśmy sami, albo kiedy inni spali, wkładałeś swoje ohydne łapy w moje majtki, dotykałeś moich ud. Moich piersi. Rozwijałam się szybko jak na swój wiek. Śmiałeś się. Prawiłeś komplementy. Ugniatałeś. Pytałeś czy jest fajnie. Jedyne czego przy tym ode mnie oczekiwałeś, to żebym się nie ruszała i nie okazywała, że coś jest nie tak. Dopóki swoim zastygniętym w bezruchu ciałem zaspokajałam twoje chore żądze, to wszystko było dobrze. Ale widzisz, dla mnie nigdy nie było. Ani fajnie. Ani dobrze.
Nienawidziłam ciebie. Nienawidziłam siebie. Siebie – za to, że nie umiałam zawalczyć o siebie. Że bałam się odezwać. Że bałam się sprzeciwić. Że nie miałam odwagi na to, by pobiec do kuchni i powiedzieć co robisz. Za to, że straciłam ostatni azyl, w którym czułam się dobrze – a mimo to wciąż chciałam tam być. Dom dziadków. Tylko tam miałam jedyne prawdziwe koleżanki. Ale ty… ty też zawsze tam byłeś.
Dlatego za każdym razem, kiedy pojawiałeś się obok, zamieniałam się w manekina. Zero emocji. Zero reakcji. Zero sprzeciwu. Nie było to trudne – wolałam tak. Już wcześniej unikałam ludzi. Zaszywałam się pod drzewem z książką. Z samą sobą. Lubiłam poznawać świat przez pryzmat umysłu. A gdy miałam być wśród ludzi, na zmianę płakałam i obrażałam się. I musiałam być w chuj grzeczna. To chyba uwierało najbardziej.
Wytrenowałeś mnie w byciu manekinem.
Ten manekin był popękany w środku. Wypełniony wodospadem łez. Bezsilnością. Bezradnością. Bólem. Chciał krzyczeć – ale nie mógł. Chciał uciec – lecz miał nogi z drewna. Nie zginały się w kolanach. Chciał pomocy – ale nie wiedział, jak o nią poprosić. Komu mógłby zaufać? Nikomu. Wszystkich się bał. Najbardziej bał się, że swoimi skargami zwróci na siebie uwagę. Coś zepsuje w rodzinie. Zostanie źle oceniony. Będzie miał problemy. Wyśmieją go. Nikt nie będzie chciał się z nim bawić.
Więc trwał. W gównie.
***
Ty i poprzedni ty nie macie imion. To nie ma znaczenia. Czy jesteś Arkiem, Damianem, Zosią, Markiem – też nie. Ty nie masz znaczenia.
Bo dziś nie boję się ciebie. Ty byłeś twarzą wielu. Twarzą wszystkich, którzy woleli pić domowe wino, niż choć raz zajrzeć do pokoju i zapytać, czy wszystko w porządku. Twarzą tych, co nie dowierzają. Twarzą tych, którzy chcą się pozbyć problemu, zająć czymś dziecko i iść na łatwiznę.
Boję się, że moja przyszłość została napisana wtedy. Twoimi brudnymi łapskami. Twoim obleśnym uśmiechem. Twoją nachalnością. Twarzą wszystkich ludzi i tym, że starszym należy się szacunek. Szacunek i posłuszeństwo.
Mnie nikt nie wytłumaczył, że mogę się różnić. Że mogę inaczej widzieć problemy. I trudniej sobie z nimi radzić. Że od takich spraw są dorośli.
Nikt mi nie pokazał, że dorośli chcą i będą słuchać.
Moje blizny są wyryte przyzwoleniem każdego, kto mógł wiedzieć.
Kto mógł domyślać się.
Kto mógł nauczyć mnie wcześniej, że może być inaczej.
Kto mi nie powiedział, że mogę się sprzeciwić. Powiedzieć „nie”.
Kto mi nie powiedział, że coś może mi po prostu nie pasować i nikt mnie za to nie przeklnie.
Kto mi nie powiedział, że lęk jest normalny i jeśli się boję, to mogę uciec. Albo krzyczeć.
Kto mi nie powiedział, że nie muszą mnie kochać wszyscy.
I że to jest okej.
Może patrzę właśnie na twoją twarz?
Myślisz, że predator to tylko stary, zboczony dziad z parku?
Myślisz, że twoje dziecko zawsze wie jak i kiedy się bronić?
Myślisz, że się nie boi?
Myślisz, że ci ufa?
Myślisz, że komuś spokojnemu i wycofanemu nic nie grozi?
Myślisz, że wiesz wszystko o tym, co dzieje się u twojej córki, siostrzenicy, syna, wnuka?
Prawda – niby różnica wieku między nami była niewielka. Ale to wystarczyło, abym się wtedy poddała i słuchała. Jeszcze nie zdążyłam zbudować granic, które ktoś zaczął burzyć.
Szacunek do kogoś vs. szacunek do siebie. Słuchanie kogoś vs. słuchanie siebie.
Tego drugiego dopiero się uczę. Zajęło mi to prawie czterdzieści lat. Kolejne czterdzieści będzie już z górki.
