Zocho moja, niedroga!
Inaczej już nie potrafię. Dłużej już nie chcę.
Drażnisz mnie, ale to delikatnie powiedziane. Bardziej mnie wkurwiasz. I to zawsze wtedy, kiedy się tego nie spodziewam. Bo co innego, gdybym się spodziewała. Może nawet przyjęłabym Cię z honorami. Zaproponowała kawę. Ciastka jakieś pyszne.
A tak mogę dać Ci tylko zakalec i lurę do popicia.
Mam Cię szczerze dość.
Dlatego piszę „niedroga”. Wybacz bezpośredniość, ale z drugiej strony… a Ty to co? Włazisz z butami w moje życie. Wciskasz się między wódkę a zakąskę, choć nikt Cię nie zapraszał. Odzywasz się niepytana. Nie pamiętam ani jednego razu, żebym prosiła Cię o jedną choćby opinię.
Wiesz, co widzę, kiedy przychodzisz?
Zakompleksionego babsztyla, który ciągnie mnie w dół. Źle mi życzysz, bo sama nie masz nic do roboty. Nie wydałaś na świat niczego, czym mogłabyś się pochwalić. Pachniesz złością i tłustymi włosami. Kiedy słyszę Twój skrzek – bo głosem tego nazwać nie mogę – zamieram. Wiem, co powiesz.
Włazisz ślamazarnie i ociężale. Utykając, dźwigasz ciężar, którego nikt Ci nie kazał nieść. Trochę jak Syzyf, ale głupiej. Może stąd ten garb. Czasem zataczasz się jak mały Kaziu po dużym piwie. A ja się zastanawiam – jakim cudem do mnie trafiłaś?
A no tak. Znasz drogę na pamięć.
To może weź ją kiedyś kurwa zapomnij?
Jestem pewna, że na trzeźwo i przy pełni władz umysłowych nie odnalazłabyś jej już nigdy. Przestawiłabym meble. Przemalowała drzwi. I takiego chuja! Szukaj wiatru w polu!
Wiem. Mogę tylko pomarzyć. Bo znowu tu jesteś. Ty, wiecznie narzekająca mentalnie owdowiała baba. Taka, co to zawsze w kolejce do lekarza. Taka z wiecznym bólem dupy o wszystko.
Jak zaczynasz marudzić, wiem, że długo nie odpocznę. Że dziś już nic nie zrobię. Że zrzucisz ze swojego garbu cały tobół krytyki prosto na moje plecy. Rozsiądziesz się jak u siebie, ba, rozlejesz się na kanapie. Wnikniesz w lustra i w moje ciało, drylując mnie z radości tak jak wiśnię dryluje się z pestek.
Widzę, jak wgapiasz we mnie swoje ślepe ślepia. Szukasz sposobu, by płatami obierać mnie ze skóry i dotrzeć do dna duszy. Chcesz ją skazić. Zalać mnie ciemnością. Wypatroszyć z resztek optymizmu. I wiem, że masz z tego frajdę.
Ale nie wiesz jednego.
Nic Ci więcej nie dam.
Ani uncji.
Moja dusza. Moje palce. Moje wnętrze.
Możesz wlewać we mnie zwątpienie, ile chcesz. Umiem się bronić. Umiem wyczyścić bagno. Posprzątać bajzel, który po sobie zostawiasz.
Jednym uchem wpuszczam, drugim wypuszczam.
A nawet jeśli tak się nie mówi – dziś mówię tak ja.
I co, zdziwiona?
Bo czy ja muszę wszystko wiedzieć najlepiej?
Wiesz, Zocha… tak sobie myślę, może wcale nie chodzi o mnie. Może majtki Ci się wpiły w pusię. Może nosisz TE dżinsy ze studniówki, w które już się nie wciskasz. Może halluksy. A może pulsuje w Tobie coś, jakaś odwieczna ropa, której nie umiesz z siebie spuścić.
Może ktoś kiedyś mówił do Ciebie tak samo.
Myślisz, że kiedy Cię nie ma, siedzę i czekam, aż wrócisz? Takiego wała. Uczę się. Edukuję. Słucham siebie. Nie muszę słuchać Ciebie.
W kółko to samo. Jak zdarta płyta:
że inni mogą lepiej, że inni mieli lepiej, że inni mają i będą mieli, że inni robią więcej, a ja mogę im co najwyżej buty czyścić.
szrrr–wróć… szrrr–wróć…
Od słuchania uszy bolą.
Może gdybyś w to marudzenie włożyła odrobinę kreatywności, słuchałabym Cię dłużej. Ale te flaki z olejem na śmierć mnie znudziły. Ty mnie znudziłaś. Nie masz nic do zaoferowania. Tylko gruz i wyświechtany tobół.
A gruz mi po co?
Ciężary tylko na siłowni.
Chciałabym zakończyć ten list pozytywnie, więc powiem tak:
Przychodź, kiedy zechcesz.
Mnie już rybka.
Swoje wiem.
I Ty tego nie zmienisz.
Twoja była.
_
list do wewnętrznego krytyka
