Z minuty na minutę narasta we mnie niepewność. Czuję, jak ziemia przestaje współpracować. Robi się grząska, gotowa mnie pochłonąć tylko po to, by wypluć – słabszą, pokonaną, jeszcze bardziej bezbronną. Zmieloną jak kawa w młynku. Patrząc z boku pewnie nic się nie dzieje. Nikt też nie zauważa takich bzdur. Tylko ja tracę grunt pod nogami i resztki wiary w siebie.
Moja wiara w siebie to gruba historia – choć słowo “gruba” traktujmy z przymrużeniem oka. Gdybym miała ją zwizualizować, wyglądałaby jak nić utkana przez pijaną pajęczycę. W roli pijanej pajęczycy występuję ja. I wcale nie jestem pijana szczęściem. Nić moja ma wiele cieniutkich, prawie przezroczystych nitek i wiele punktów podparcia. Bez ładu i składu. Każdy punkt jest jednocześnie najsłabszym ogniwem ażurowego tworu i każdy potencjalnie może skończyć się kuku. Lekkie naciągnięcie, przypadkowe zahaczenie – i nić pęka. Wszystko bezszelestnie – rzecz jasna dla obserwatora z boku, bo dla mnie, starej i zmęczonej życiem pajęczycy z uporem maniaka tkającej swoją sieć, huk jest niepomierny.
Za każdym razem wracam do swojego skazanego na niepowodzenie dzieła, próbuję coś zacerować, coś sztukować, choć podświadomie wiem, że pomoże tylko znalezienie nowego punktu zaczepienia. Nowej bazy. Nowej nadziei. Buduję więc od nowa, wyrzucając starą pajęczynę na śmietnik. Nie cackam się z nią, nie robię pogrzebu, nie żegnam się. Jestem coraz słabsza i coraz mniej mi się chce. Wykrzesuję z siebie ostatki nadziei i karmię się kłamstwami. Mówię sobie, że ten raz to raz ostatni, że ta pajęczyna będzie lepsza, silniejsza, trwalsza. Że kiedy skończę robotę, udam się na zasłużony odpoczynek i już nic nie zaburzy mojego perfekcyjnie wyimaginowanego świata.
Na ogół nie trzeba wiele, by zniszczyć pajęczynę:
krzywe spojrzenie
półuśmiech w niespodziewanym momencie
odpowiedź na wiadomość późniejsza od oczekiwanej
zdawkowa odpowiedź
Czasami wystarczy tylko tyle. Ale tym razem ten raz ostatni.
