Pamiętam, jak postanowiłam, że ocalę jedno wspomnienie.
Jeden z balkonów w moim domu wychodził na las i wzgórze z polami. W załamaniu lasu i wzgórza widać było półokrąg położonego gdzieś daleko wzniesienia; trochę jak duży kawałek wycięty z szarlotki pieczonej w okrągłej formie. Balkon był przytulony do pokoju mojego brata, więc nie mogłam przesiadywać tam cały czas, ale wychodziłam często pomiędzy popołudniem a wieczorem, o specjalnej porze, którą dla siebie odkryłam. Później dowiedziałam się, że ktoś już nadał jej imię i to przełamanie dnia nazywa się 'złota godzina’.
Wychodziłam więc w złotej godzinie podziwiać moje prywatne zielone wzgórze. Nad tym kawałkiem mojego świata niebo zawsze miało inny kolor. Intensywniejszy, często w granatach, ciemnych szarościach albo w pomarańczu lub czerwieni. Mój dziadek mówił, że czerwone niebo oznacza, że przyjdzie wiatr. Być może przychodził, być może nad zielonym wzgórzem szalały wtedy nawałnice, ale dla mnie zawsze było najstabilniejszym, najpewniejszym elementem krajobrazu. Uspokajało mnie to, że zawsze jest, że mogę patrzeć z balkonu, jak przetaczają się nade mną chmury i jak barwa nieba zmienia się w oddali w sposób najpiękniejszy, jaki w życiu widziałam.
Wtedy, na balkonie, nauczyłam się, co to znaczy, że wszystko jest na chwilę. Uciekające mi sprzed oczu chmury i kolory były moim pierwszym w życiu spotkaniem z przemijaniem, śmiertelnością i tym, że nic nie jest na zawsze. Pamiętam, że było wtedy we mnie – bardzo małej – bardzo dużo smutku i pierwszej w życiu nostalgii. Nic nie jest na zawsze. Trzeba stać na balkonie, dopóki można, dopóki chmury nie zwalniają i kolory nie stygną. Trzeba stać, dopóki można patrzeć, uczestniczyć.
Wychodziłam kiedyś z domu i swoim zwyczajem odwróciłam się jeszcze, żeby sprawdzić, czy zielone wzgórze na pewno stoi; niebo było takie, jak z przepowiedni dziadka – poprzecinane czerwonymi smugami, z tłem malowanym na niebieski, który za chwilę ma stać się granatem. Stałam pod bramą i postanowiłam całą siłą woli, że zapamiętam ten moment, że zrobię z niego zdjęcie w pamięci i nie wypuszczę. Że tamte kolory się nie skończą i że chociaż jeden z tych przemijalnych widoków będzie nieprzemijalny. Zadecydowałam, że we mnie nie umrze.
Nie muszę nawet zamykać oczu, żeby dzisiaj widzieć ten kawałek nieba. Barwy trochę przyblakły, jak na starej fotografii; nie wszystkie kontury umiem zarysować tak samo wyraźnie, ale udało się – ocaliłam wspomnienie. Mam pod powiekami wciąż żywy dowód na przemijalność i wieczność jednocześnie.
Nie trzeba się bać, że będzie wiało.
