Wyruszyliśmy po dom

kaiserin

Panowie, wiecie może, kiedy dojedziemy na stację? – zapytał krótko ostrzyżony młodzieniec, nerwowo gniotąc w rękach czapkę.
– Trudno powiedzieć, ale wygląda na to, że jesteśmy gdzieś w połowie drogi – odparł niewiele od niego starszy Henryk. – Jeszcze trochę zejdzie. A co, spieszy ci się jakoś szczególnie? – zaśmiał się i rozejrzał po towarzyszach z nadzieją, że rozluźnił ciężką atmosferę.

Żaden nie zareagował.

Młodzi mężczyźni siedzieli wpatrzeni w przestrzeń albo w swoje bagaże. Jeszcze parę godzin temu matki upychały w ich tobołkach: szare mydło, mały ręcznik, nożyczki, chleb, kawałek kiełbasy. Po dwa podkoszulki, po dwie pary spodni. Więcej nie było.
Od dziś miało im to wystarczyć.

– Nie jest panu za gorąco w tym kożuchu? – zagadnął Henryk, zwracając się do Michała. – Mamy ze dwadzieścia trzy stopnie w słońcu.
– Jest – odparł Michał sennie. – Ale wolę się zgrzać, niż go zgubić.
– Jak zgubić? My tu sami swoi. Co tu komu ukraść?

Pytanie zawisło nad nimi ciężko. Niewiele mieli, ale to niewiele było wszystkim.

Kopyta koni stukały miarowo o drogę. Wóz trząsł się na wybojach, skrzypiał, jakby miał się rozpaść. Woźnica co chwilę zwalniał, próbując ominąć najgłębsze dziury. Na polach trwały żniwa. Złoto falowało w słońcu.

To pierwsze żniwa bez nich.

– To prawda, że w Ameryce pieniądze rosną szybciej niż u nas zboże? – odezwał się znowu młodzieniec.
– U nas we wsi trzech wyjechało – powiedział Witek. – Jeden wrócił. Nakupił ziemi. Teraz pan.
– A tych dwóch?
Witek wzruszył ramionami.
– Nie wrócili.
– Na pewno zostali i już im nie w smak wracać – odezwał się krótko ostrzyżony chłopak, prostując się. – Mam na imię Aleksander. Miło poznać.

Wóz nagle podskoczył na kamieniu. Aleksander stracił równowagę i z impetem wylądował na kolanach Michała.

– Ej! Uważaj pan! – roześmiał się Henryk. – Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze pan na stację nie dojedzie. Zostawimy pana za wozem. Jak to mówią: chłop z wozu…
– Baba z wozu! – poprawił go Aleksander. – Tak było.
– Było nie było, chłop bardziej pasuje. Toć my same chłopy – zawyrokował Henryk. – Henryk jestem. I nie wiem jak wy, panowie, ale wolałbym nie zawracać przez czyjąś głupotę.

Michał uśmiechnął się lekko. Przeczesał włosy szylkretowym grzebieniem. Matka wsunęła mu go do ręki, kiedy wychodził. Jej największy skarb.
Spojrzał na ziemię znikającą pod kołami. Poczuł ścisk w żołądku.
Zacisnął dłoń na grzebieniu i odwrócił się przodem do drogi.

***

Zegar wiszący nad ich głowami miał ogromną, złoconą tarczę i czarne wskazówki. Godziny wybijał głośno, budząc niejedną przysypiającą w poczekalni osobę. Michał wpatrywał się w niego zahipnotyzowany, obserwując każde przesunięcie minutnika. 

Niektórzy pasażerowie dopiero co przyjechali i nieśmiało rozglądali się po stacji. Inni pojawili się pięć, dziesięć, a nawet dwanaście godzin wcześniej. Ze zdrętwiałymi nogami i bólem pleców czekali na pociąg. Pakunki mieli najczęściej związane sznurkiem, kosze wypchane chlebem i wędlinami. Czasem transportowali dobytek całego życia – nerwowo gdakające kury i kaczki, starannie zabezpieczone kosztowności. Kobiety można było policzyć na palcach jednej ręki.

Byli też tacy jak Michał, którzy poza marzeniami nie mieli ze sobą zbyt wiele. Wolni, a jednak skazani na nieznane. Ubrani w za ciasne i zgniecione od siedzenia garnitury. Patrzył na nich i wiedział, że były to najlepsze stroje, jakie mieli. Nosili je z dumą i z uwagą, żeby ich nie zniszczyć. Możliwe, że były to garnitury po ojcach, uszyte na specjalną okazję. Wyobrażał sobie, jak ich żony i matki z oddaniem prasowały nieskazitelnie białe koszule – choć teraz nie było już tego widać. Kołnierzyki zbrązowiałe od mieszanki kurzu i potu, uciskały ich szyje zostawiając czerwone ślady. Brud i ciągłe zmiany pozycji zniszczyły ich dostojny wygląd. Zbyt odświętny jak na pociąg. Tak bardzo niepasujący do okazji, w której wszyscy się znaleźli.

W poczekalni stało dwadzieścia sosnowych ławek. Solidne śruby na stałe wiązały ich żeliwne i ażurowe nogi z podłożem. Drewniane siedziska lśniły nowością i wciąż pachniały farbą. Musiały być niedawno odnawiane. Ustawione w rzędy tuż przy ścianie stanowiły najlepszą alternatywę odpoczynku, jaką mieli. Ci, którzy dotarli na stację jako ostatni, musieli obejść się smakiem i rozgościć się na podłodze. W powietrzu unosił się aromat kawy, wędzonej kiełbasy i ciężki swąd węgla. „Prawie jak w domu” – pomyślał Michał.

Złapał się na tym, że po kilku godzinach czekania przestał zwracać uwagę na swoich towarzyszy z wozu. Docinali sobie przy każdej możliwej okazji, irytując go swoim dziecinnym zachowaniem. Zamiast tego, nie wiadomo kiedy, zaczął podsłuchiwać rozmowy nieznajomych.

Dokąd jechała ta stateczna pani w eleganckiej, granatowej sukni? Do Warszawy. Na pogrzeb stryja. Liczyła na zapisany dla niej i córek majątek. 

Kim był ten wachlujący się czarnym melonikiem dżentelmen? Dzień był ciepły, owszem, Michał pocił się okrutnie, siedział opatulony w zimowy kożuch, więc to zrozumiałe. Ale tamten Pan, w samym garniturze, meloniku i sznurowanych butach? Pewnie trapiły go jakieś dolegliwości. A może bał się podróży? Nie, nie wyglądał na takiego, który wybiera się w nią po raz pierwszy.

A ten młody chłopak o świdrującym spojrzeniu i w podartych, za krótkich spodniach? Mama mówiła, żeby uważać na złodziei. Ten nic nie miał ze sobą — więc może właśnie złodziej?

Michał spojrzał na swój znoszony kożuch. Strzeżonego Pan Bóg strzeże – pomyślał i mocniej przycisnął do siebie niewielkich rozmiarów bagaż. – To moja pamiątka po domu i towarzysz na kolejne lata. Co jak co, ale żaden złodziejaszek mi nie grozi – zaśmiał się w duchu.

Wsłuchiwał się w rozmowy obcych ludzi z takim przejęciem, że nie zauważył, kiedy ciężki, ospały parowóz z hukiem wtoczył się na peron numer dwa. Czak-czak-czak. Para wypełniła stację. Ktoś przestał kaszleć. Dworzec spowiła wszechobecna cisza, jakby wszyscy czekali na potwierdzenie, że to już – że to, na co czekali, właśnie się dzieje. Po chwili, jakby ulepieni z jednego ciała, zerwali się z wysiadywanych godzinami miejsc i pospiesznie ruszyli na peron.

– Panowie, ten na Warszawę?! – Aleksander krzyknął do sąsiadów z ławki obok.
– Tak będzie! Dzisiaj odchodzi tylko ten, więc musi być, że na Warszawę! – odkrzyknął jeden z nich, pospiesznie zgarniając swoje rzeczy.

Michał wygładził pogniecioną marynarkę i zapiął kożuch. Chwycił jedyny tobołek, z jakim przyjechał, i na miękkich nogach ruszył w stronę pociągu. Nie wiedział jeszcze, że zabierze go dalej, niż potrafił sobie wyobrazić.

***


Kochana Matulu!

Co słychać w domu rodzinnym? Józia i Halinka pewnie nieźle podrosły. Żałuję, że Was nie widzę. Żałuję, że nie mogę pomóc w gospodarstwie. Zwłaszcza, że teraz były żniwa, więc Tacie, Staśkowi i Wawrzyńcowi musiało być trudno. Dwie ręce mniej to dużo.
Od ostatniego listu minęło trochę czasu, ale nie wiedziałem co napisać. Matulu, nie jest dobrze. Ja tutaj nie jestem szczęśliwy. Tak bardzo tęsknię za Matulą, ciepłym chlebem z naszego pieca, zapachem akacji. Ameryka wcale nie jest taka piękna jak ją opisywali. Mówiono we wsi, że tyle bogactwa czeka, że kariera do zrobienia. A ja żyję w ciasnocie z trzema kolegami z budowy. Wcale nie mam swojego mieszkania i nie robię kariery w wielkiej firmie, jak Ci wcześniej pisałem, tylko pracuję przy budowie torów. Mieszkamy w hotelu robotniczym. My z chłopakami mamy w przydziale zatęchla klitkę na czwartym piętrze. Meble zmurszałe, ściany obdrapane z tynków, w rogach kwitnie pleśń. Cały czas wietrzymy, bo śmierdzi stęchlizną. Zresztą okno się nie domyka. 

Dwóch kolegów, z którymi dzielę pokój, to Ci z Chocenia. Pisałem Ci o nich w pierwszym liście. Jechali ze mną na stację – Henryk i Aleksander. Trzeci jest z Włoch, ma na imię Giovanni. Coraz lepiej się z nim dogaduję. Jem dwa razy dziennie: kawałek chleba z wyprzedaży z dnia poprzedniego i to co dają na budowie – zazwyczaj jakaś papka z kartoflami i mięso w galarecie. Smakuje obrzydliwie. Nie to co obiady Matuli. Czasami kupujemy z chłopakami konserwę i dzielimy na trzech. Wielce schudłem. 

Pracuję ciężko po dwanaście godzin dziennie, a latem nawet dłużej. Dostaję najniższą stawkę. W Ameryce to bardzo niewiele, ale w Polsce coś się uzbiera. Wszystko, co mogę, odkładam na powrót do Polski. Ubrania mam już też zniszczone i nie mogę ich doprać. Szare mydło pożyczyłem kolegom i teraz muszę kupić nowe. Nie wiem za bardzo, gdzie je kupić. Nie rozumiem co jest napisane na ulicy. O wszystko muszę pytać polskich kolegów, którzy są tutaj dłużej ode mnie. Robię, co mi każą, i wydaję się sobie najgłupszy z nich wszystkich. No i chyba najbardziej tęsknię za Polską. W nocy, kiedy nie mogę zasnąć, wyobrażam sobie jak to będzie kiedy wrócę. Mam nadzieję, że zarobię na tyle dużo, że będę mógł kupić trochę ziemi i Wam pomogę. Matulu, ile jeszcze? Coraz częściej płaczę, ale to też w nocy, żeby nikt nie widział i nie nazwał mnie mazgajem. Tutaj potrzeba silnych chłopów, nie mazgajów.

Michał zawiesił stalówkę nad kartką i wpatrzył się lekko naderwane lewe drzwi bukowej szafy. Widział przez nie futrzany kołnierz kożucha. Tego samego kożucha, w którym przypłynął na Ellis Island ponad rok temu. Złożył list na dwa i odsunął na bok. Sięgnął po nową kartkę, zaciągnął tusz i zaczął pisać:

Kochana Matulu!

Ameryka jest prawdziwym spełnieniem marzeń. I choć z chęcią bym doglądał zbiorów – wrzesień, więc pewnie już po żniwach – to nie mogę narzekać: karierę robię, płacą dobrze, odpoczywam kiedy chcę. Ba, zajadam rarytasy, o których istnieniu nawet nie wiecie! Matulu, żałujcie, że nie możecie zobaczyć tego co ja!

Przerwał. Sięgnął po szylkretowy grzebień i przeczesał bujne, wywinięte w górę wąsy. Spojrzał na obie kartki. 

– Jutro dokończę – pomyślał – i ostrożnie zakręcił szklany pojemniczek z tuszem. Był to prezent od Giovanniego. Na własny zestaw jeszcze nie było go stać.

Autor: Justyna Wenecka

Debiutująca pisarka opowiada o tym, co ukryte pod powierzchnią, o warstwach, które narastają w człowieku jak osad: z doświadczeń, historii i pamięci ciała. Interesuje ją tożsamość w jej najgłębszym wymiarze - od pierwotnych instynktów, przez dziedzictwo przodków, aż po współczesne próby zrozumienia siebie. W swojej twórczości splata wątki archeologiczne, naukowe i intymne, tworząc opowieści o poszukiwaniu sensu, przynależności i prawdy. Jej pisanie wyrasta z głębokiej introspekcji i uważnej obserwacji. Inspirują ją zarówno historie zapisane w ziemi, jak i te przekazywane w ludziach - niejednoznaczne, często przemilczane. Podważa utrwalone wyobrażenia i odczarowuje ideały. Bliskie są jej motywy pierwotności, ewolucji i przełomów w myśleniu o człowieku. W pracy trenerskiej wspiera kobiety wrażliwe, zmagające się z przeciążeniami i zaburzeniami hormonalnymi, które nie potrafią odnaleźć się w głośnym świecie fitnessu. Pracuje z ciałem, poszukując połączenia między fizycznością a psychiką. Neuroatypowość traktuje jako źródło wrażliwości i innego widzenia świata, które przenika jej twórczość. Poza pisaniem słucha muzyki funk, czyta w hamaku i gra na saksofonie.

Dodaj komentarz