Papierowe morze

Wyobrażaliście sobie kiedyś, jaka śmierć jest najgorsza?

Mój Dziadek powiedział mi raz, że najgorzej byłoby utonąć w morzu, zrobić ten jeden krok za dużo na mieliźnie i nagle zapaść się po sam czubek głowy. I spadasz coraz niżej i niżej, i nawet jak w końcu dotrzesz do dna, to wiesz już, że nie ma dla ciebie ratunku, bo nie da się wspiąć na powierzchnię po tonach papieru, tak samo jak nie da się wydostać ze studni wypełnionej cukrem.

Ale kto tak naprawdę wie, co znajduje się na dnie morza?

Podobno kiedyś w morzu była woda, ale nikt z obecnie żyjących już tego nie pamięta. Krążą opowieści o bezkresnych połaciach błękitu ciągnących się aż pod samo niebo na horyzoncie. Błękit zanurzony w błękicie. Brzmi to tak samo niewiarygodnie jak opowieści o zwierzętach żyjących w morskich głębinach, które oddychają wodą, lub jak historie o całych masach ludzi odwiedzających nadmorskie tereny każdego lata. Dzisiaj nad morze nikt nie przyjeżdża, bo nie ma po co. Nikt, z wyjątkiem Papierników, czyli takich ludzi jak ja.

Nie wiadomo, dlaczego woda z morza zniknęła. Kiedy byłam mała Dziadek opowiadał mi historie o Mitycznej Meduzie – takim przezroczystym wodnym stworzeniu o parzącym dotyku – która wypiła całą wodę wraz ze wszystkimi żyjącymi w niej istotami, a przez to zrobiła się tak wielka, że pękła jak zbyt mocno nadmuchany balon, spuszczając na Ziemię Wielki Deszcz. Cóż za paradoks – woda z morza zniknęła na zawsze w dniu Wielkiego Deszczu.

Ktoś kiedyś wpadł na pomysł, żeby w wyżłobionych w skale i piasku wyschniętych rowach i nieckach składować papier – i nie chodzi tu o wszystko, co papierowe, tylko konkretnie o kartki papieru – puste lub zapisane, pomięte, przedarte lub całkiem nowe sztuki prosto z papierni. To właśnie Papiernicy zajmują się teraz dostarczaniem osieroconych kartek do ich drugiego domu w papierowym morzu, a morze powiększa się z roku na rok, i jeszcze trochę, a dotknie białych chmur na horyzoncie. Biel zanurzona w bieli.

Z zamyślenia budzi mnie warkot silnika. Kierowca pewnie chce się już zwijać z roboty, żeby zdążyć do domu na kolację przed zachodem słońca.

Odpycham się od przyczepy samochodu i wytaszczam z niej wielki wór. Przerzucam go sobie przez ramię i schodzę na plażę. Słyszę szelest papieru przy uchu. Piasek usuwa mi się spod stóp i do głowy wraca myśl o zapadaniu się w morzu. Drżę z zimna.

Na brzegu otwieram wór i wysypuję jego zawartość do reszty śmieci.

-To nie są śmieci – karcę się półgłosem.

Choć wielu tak uważa – ot, stare szpargały, niepotrzebne kartki, zapisane czy nie, nikt ich już nie potrzebuje, bo walają się tylko po kątach i zajmują miejsce innym, cenniejszym rzeczom. Ale Dziadek mawiał, że te wszystkie kartki mają dusze, każda swoją własną, jedyną i niepowtarzalną, i choć nigdy nie rozumiałam, co miał na myśli, chcąc nie chcąc mu wierzyłam. Dziadek miał dar przekonywania, którego wielkość równała się z darem do snucia opowieści.

Zaciągam się zapachem stygnącego piasku i atramentu. Wiatr szeleści w morzu i nagle pojedyncza kartka wyrywa się z toni, frunąc na brzeg. Łapię ją w powietrzu.

115 g masła, 100 g drobnego cukru do wypieków, 200 g mąki pszennej, 100 g malin… – czytam, a kiedy przełykam ślinę czuję smak palonego cukru na podniebieniu. Kolejny dreszcz przebiega mi po kręgosłupie. Zaintrygowana sięgam po inną kartkę.

Morze Północne przebije sobie być może nowy tor i fale będą uderzały w lądy, których mieszkańcy nigdy nie widzieli morza; być może…1 – w uszach mi szumi, ale zdaję sobie sprawę, że to nie papier, tylko coś innego.

Wyławiam kolejną kartkę.

Spotkanie o 19:00. Nie zapomnieć! – czyjaś nadzieja pęcznieje mi w sercu.

I kolejną.

Kierowca pewnie strasznie się niecierpliwi albo już odjechał i będę musiała iść parę kilometrów, żeby złapać autobus do domu.

I kolejną.

Aż na którejś z kolei kartce rozpoznaję pismo Dziadka:

Dzisiaj zauważyłem, że moja wnuczka ma piegi po matce. Żałuję, że nigdy jej nie poznała.

Moje ciało wypełniają tęsknota i ciepło jednocześnie. Mam wrażenie, że Dziadek stoi tuż obok. Bezwiednie wyciągam rękę, żeby go dotknąć, ale napotykam pustkę.

Rozglądam się. Nadal stoję sama na plaży, lekki wiatr muska miękkie krawędzie kartek, a słońce chowa się w morskich głębinach.

W ułamku sekundy podejmuję decyzję. Ściskając w dłoni kartkę z krótkim teksem Dziadka, wchodzę do morza z papieru. Idę coraz głębiej i głębiej, aż w końcu tracę grunt pod nogami, a kartki zamykają mnie w swoich objęciach. Panuje tu półmrok, ze wszystkich stron otaczają mnie szepty, słyszę tysiące cichutkich głosów. Skrawki rozmów, strzępki myśli, kawałki zwyczajnych słów i odbicia wspomnień. Dziadek miał rację mówiąc, że wszystkie porzucone kartki mają duszę. A teraz ja mam wieczność, żeby poznać te historie.

Uśmiecham się do siebie.

Kto wie, może tu, w głębinach morza z papieru, usłyszę nawet twoją porzuconą opowieść?


1Cytat z książki Pierwsza podróż Hansa Christiana Andersena

Autor: Maja

Kocham góry, morze, zieloną herbatę i pieśni dominikańskie. Pisząc, staram się wydobyć baśń z rzeczywistości i poezję z prozy. 🧚🏽‍♀️🖋️

Dodaj komentarz