Przetwórnia

Telefon zadzwonił, gdy gotowałem w kuchni makaron.

– Hallo? – po drugiej stronie słuchawki ktoś szybko oddychał. 

– Hallo. Słucham – odpowiadam grzebiąc widelcem w mętnej wodzie. Widelec ześlizgiwał się z podejrzanie żółtych świderków.

Pewnie znowu pomyliłem opakowania i kupiłem jakieś bezglutenowe ekościerwo. Makaron z cieciorki, albo marchewki.

-No słucham. – powtarzam zirytowany i na głos ze słuchawki i na makaron. Następnym razem muszę wziąć na zakupy okulary. 

-Hallo, gdzie się dodzwoniłam? – ten głos należał do kobiety. Mówi cicho, za cicho. A ja mam niedosłuch. 
-Co? Proszę powtórzyć, mówi pani za cicho.

To przez pracę. Dwadzieścia lat mechanik na statkach. W ciągłym hałasie. Syn namawiał mnie na aparat słuchowy. Tłumaczę mu, że mi to nie przeszkadza. Radio i telewizor mogę sobie zawsze podkręcić. Syn mówi, że krzyczę. Ja mu tłumaczę, że na to aparat nie pomoże, szkoda kasy.

– Proszę pana, proszę mi pomóc – głos kobiety zaczyna drżeć.

– Co to za wygłupy. Proszę się rozłączyć.

W sumie mogłem sam odłożyć tę słuchawkę, ale tak rzadko ktoś do mnie dzwonił. Syn raz w tygodniu – żeby sprawdzić czy żyję. Ten starszy, oczywiście. Młodszy, nie dzwoni wcale. Podobno ma żonę i dwójkę dzieci. Ten starszy czasem mi o nim opowiada.

Niewdzięczny. Człowiek całe życie zapierdziela, żyły sobie wypruwa, żeby na koniec usłyszeć wyzwiska.

– Proszę pana ja… ja… – głos kobiety słabnie.

– Ja nie mam żadnych pieniędzy – mówię stanowczo. Może to ci oszuści co to wydzwaniają po ludziach i podają się za wnuczków. Mówili o tym w telewizji.

Pochylam się nad garnkiem. Makaron faktycznie był jakiś fikuśny. Chwila nieuwagi i rozgotował się i prawie całkowicie rozpuścił.

Nie do uratowania. Skręcam gaz pod garnuszkiem. Pierścień niebieskich płomieni znika z cichym pyknięciem.

– Proszę pana .. – głos w słuchawce zaczyna ponowie i urywa – ty jest ciemno ja… ja…nie powinnam tu być.

Przerywam przeglądanie szafek w kuchni w poszukiwaniu czegoś co dałoby się zamienić w obiad.   Jedną ręką przytrzymuję słuchawkę przy uchu. W drugiej trzymam woreczek ryżu Uncle Ben’s. Pewnie kupiła go jeszcze matka kiedy jeszcze żyła. Bo to były jej szafki, jej kuchnia i jej mieszkanie.

Moje mieszkanie, w które ładowałem wszystkie zarobione dolary, należy teraz do mojej żony. Nigdy miedzy nami nie było różowo, ale nie spodziewałam się, że jak już skończę pływać, weźmie ze mną rozwód.

Kobietom nie wolno ufać.

– Pani naćpana jest czy co?

Młodzież teraz nie pije, tylko bierze narkotyki. Ja swoich synów trzymałem krótko. Teraz to wszystko bezstresowe wychowanie i mamy efekty.

Ja nie mówię, że kiedyś to wszystko było cacy. Wiem jak było. Matka pracowała w przetwórni owoców „Las”. W samym centrum Wejherowa obok Sanktuarium i szkoły Zmartwychwstanek. Ładnie się nazywało – przetwórnia, ale oprócz truskawek, które przerabiane były na drzemy, reszta owoców szła na wino.

O Jezu, ile tego było. Matka pracowała w kadrach. Część pensji pracownicy dostawali „w naturze” i rzadko kto ze zmiany wychodził trzeźwy. Sam widziałem, latem matka załatwiała mi robotę przy czyszczeniu truskawek.

– Proszę pana – kobieta mówi teraz trochę głośniej – ja tu przyszłam strop się zawalił.  Moja noga… Jestem pod jakimś biurkiem. Tu jest telefon, taki stary i pana numer był tu na karteczce przyklejony do aparatu. Proszę błagam niech pan zadzwoni na pogotowie. Ja już próbowałam, ale nie łączy mnie ze 112 na tym aparacie. Jestem tu Wejherowo, ulica Klasztorna 11. 

W tym momencie połączenie się przerywa, a mnie oblewa zimny pot.

– Hallo? Co pani powiedziała?! Gdzie pani jest??

Klasztorna 11. Adres przetwórni. Od upadku firmy „Las” nic tam się nie dzieje. Właściciel zniknął i się nie interesuje. Budynki niszczeją i raz na jakiś czas pojawia się informacja o pożarze. To co zostało, od ulicy osłania wysoki mur.

To nie możliwe, żeby tam działał jeszcze jakiś telefon. I do tego telefon w pokoju jego matki. Numer do domu matka zapisała na kartce w kratce wyrwanej z jego zeszytu i przykleiła przezroczystą taśmą do czarnego ebonitu. Pamiętał dobrze, odwiedzał ją często w biurze.

Matka często dzwoniła do domu. Sprawdzić czy wrócił ze szkoły i przekazać instrukcje co ma sobie odgrzać na obiad.

A może mu się wszystko wydaje? Stary jest, krew w mózgu wolniej krąży. Matka na starość też gadała różne głupoty. 

Przecież jak teraz zadzwoni na pogotowie, nikt mu nie uwierzy. Może wymyśleć jakieś kłamstwo i zadzwonić na policję? Że coś słyszał, żeby wysłali patrol, tak dla świętego spokoju. Bo może faktycznie ktoś tam potrzebuje pomocy?

Co robić? Co robić? Zapominam o rozgotowanym makaronie. Idę do telewizyjnego pokoju. Odkręcam drzwiczki do barku w samym środku meblościanki.

Wódki nie lubię. Trzymam ją tylko dla gości. Sam wolę nalewki. Bimber załatwia mi kolega z wojska, owoce są z naszej działki. Sięgam po „Malinę 2015” to jeszcze sprzed rozwodu. Nalewam do kryształowego kieliszka i wychylam od razu. Po drugim, siadam w fotelu.

Głos tej kobiety siedzi w mojej głowie i nie daje mi spokoju. Muszę coś z tym zrobić.

I wtedy do mnie dociera. Wyjście jest jedno. Młodszy syn jest przecież policjantem. Pracuje tu w Wejherowie, jest to fakt, o którym lubię zapominać. Wolę udawać, że wyprowadził się gdzieś daleko, niż przyjąć do wiadomości, że jest tuż obok i nie chce mnie znać. 

No, ale jeśli się pojawię na posterunku w służbowej sprawie, to będzie musiał mnie przyjąć i ze mną porozmawiać, prawda? Tak, właśnie tak zrobię. 

Odstawiam kieliszek na ławę i lecę sprawdzić na rozpisce w kuchni, o której odjeżdża najbliższy autobus na Dworcową.

****

Kilka dni później słyszę jak sąsiadki pokozakują sobie nawzajem artykuł w gazecie.

– Zobacz, co tu piszą, znaleźli zwłoki jakieś młodej kobiety, tam gdzie kiedyś była przetwórnia. Rodzina szukała jej od kilku lat.

– No co pani powie – kiwa druga z niedowierzaniem.

Chowam swoją gazetę do kieszeni i wracam do siebie. Tym razem zabrałem ze sobą okulary. W siatce na zakupy mam zapas makaronu.

Dodaj komentarz