W klimacie dziewięćdziesiątych lat

Żelazko Dezamet sunęło to w prawo, to w lewo prostując wszelkie zagniecenia, które jeszcze przed chwilą widniały na tkaninie.  Sumiennie w prawo i w lewo. Czynność powtórzona tysiąckrotnie. Pracę zawsze zaczynałam od swoich wielobarwnych koszul, potem na warsztat szły spódnice, na koniec chustki. Kabel
w biało-czarne prążki wił się skocznie przy każdym moim ruchu. Podczas prasowania mimowolnie zerknęłam w lustro znajdujące się w przedpokoju, który był wyłożony jasną boazerią. Mimo mojego starszego wieku, wzrok dalej miałam sokoli, co napawało mnie dumą. Poprawiłam niesfornego pukla moich już siwych włosów i prasowałam dalej. Cały proces pochłania bardzo dużo czasu, ale nigdy nie pozwoliłabym sobie na wyjście w niewyprasowanym ubraniu. No bo co ludzie powiedzą?! Przecież to jest bardzo istotne – myślałam. Opinia ludzi jest zdradziecka, zawsze trzeba być poukładanym, żeby tylko cię nie obgadali. Tylko czekają, aż człowiekowi się noga powinie, plotkarze jedni! Ja wiem, ja trzymam nos
w swoich sprawach. Nie to co ta Jadźka spod piątki, ona wściubia nos wszędzie, wszystko musi wiedzieć.
A jak ostatnio ją córka odwiedziła, ta z nowym żołnierzykiem przyjechała. Narzeczony ponoć! Ta to się umie ustawić. Znowu się będzie przechwalać na osiedlu. Ciekawe, co na to ta spod trójki, coś ostatnio nawet nosa nie wyściubia z mieszkania. Choć Kryśka mi mówiła ostatnio, że ją z brzuchem widziała. Ciekawe! Pewnie jej wstyd, bo chłopa nie ma. Dziecko zrobił i uciekł. Te chłopy takie są, nieroby same albo darmozjady! Ja byłam mądrzejsza, rozwiodłam się, klasę zachowałam. Teraz dbam sama o siebie, tego by mi jeszcze brakowało, żeby na stare lata kalesony prasować. O co to, to nie!

Gdy wszystko było już gotowe, wyprasowane ubrania poskładałam dokładnie i schowałam do dużej drewnianej szafy. Potem skierowałam swoje kroki do kuchni. Miałam w planach napić się kawy. Otworzyłam szafkę nad zlewem i już miałam sięgać po żółte pudełko z rysunkiem Turka na opakowaniu, gdy mój wzrok przykuło coś niepokojącego. I ten irytujący dźwięk. Kap, kap, kap.
– No nie! – krzyknęłam. Gwałtownie otworzyłam szafkę pod zlewem i moim oczom ukazała się już spora kałuża.
– Świetnie! Tego mi jeszcze brakowało. I tyle z mojego popołudniowego relaksu.

Zadzwoniłam do spółdzielni i po godzinie w progu zjawił się młodzieniec, który obiecał, że z pewnością naprawi moją usterkę. Spokojniejsza, zagotowałam mleko na kawę w jednym garnku, a do drugiego wsypałam parę łyżeczek kawy zbożowej. Po kilku minutach wyłączyłam garnek z kawą i odstawiłam do przestudzenia, aby następnie przelać przecedzony napar do filiżanek, do których następnie dolałam ciepłe mleko. Za pomoc chciałam się odwdzięczyć i z tego powodu nie podałam kawy w szklankach
z koszyczkiem. Miałam w kredensie kawałek bloku czekoladowego i ukroiłam nam po kawałku. Przygotowałam wszystko w moim małym, przytulnym saloniku. Zastawa spoczywała na małym stole udekorowanym białą haftowaną serwetą. Podczas gdy ja przygotowywałam coś do jedzenia, młody chłopak zabrał się za swoją pracę.

Włączyłam moje radio Diora, aby móc rozkoszować się pięknym popołudniem. Z głośnika zaczął dobiegać głos tak charakterystyczny „w moim śnie, cudownym śnie tylko kocham, kocham, kocham, bawię się, laj laj laj laj”. Ooo, Kora nagrała nowy utwór. Podoba mi się, podkręciłam gałkę radia, aby wsłuchać się w piosenkę. Piękne nuty przerwały uderzenia klucza o rurę. Wstałam zrezygnowana. Wypuściłam powietrze i w progu kuchni omal nie dostałam zawału.

Weszłam do kuchni i momentalnie złapałam się za serce. Chłopak w tym czasie zdążył zdjąć swoją flanelową koszulę i miał na sobie jedynie bezrękawnik.
– Skandal! Co to ma być!? – wykrzyknęłam. Moim oczom ukazała się naga kobieta, jej krągłości poruszały się rytmicznie w trakcie pracy mięśni chłopaka. Kora postanowiła w tym czasie dać upust namiętności „słońce mruży twoje oczy, gdy całujesz, pieścisz mnie”.
– Nagimi piersiami nie będzie mi pan tu wymachiwać! Pan jest kryminalistą! Wynocha stąd, ale już! – cała się zbulwersowałam i zawstydziłam. Co za gówniarz! Jak tak można sobie pozwalać, w biały dzień!
– O co pani chodzi? – spytał chłopak.
– Wynocha i żebym cię tu więcej nie widziała.
Chłopak zebrał narzędzia z podłogi, otrzepał swoje jeansowe spodnie i wyszedł bez słowa.

A ja zrobiłam temu gówniarzowi kawę. W filiżance! – wykrzyknęłam!
Ze zdenerwowania sięgnęłam po Caro, dawno nie paliłam, ale papierosy zawsze miałam w pogotowiu. Zaciągnęłam się parę razy i to zdecydowanie mnie uspokoiło.

– To nie może być takie trudne – pomyślałam, bez problemu sobie z tym poradzę sama. – zakasałam rękawy i z lekką rezerwą spojrzałam na ten bałagan jaki emanował w mojej kuchni.

Poszłam do okolicznego sklepu z narzędziami, w którym urzędował starszy wąsaty sprzedawca, miał na sobie flanelową koszulę. Mężczyzna nieco się zdziwił, gdy zobaczył mnie w progu. No tak, takie osoby jak ja, za często nie zaglądają w takie miejsca. – pomyślałam.
– Co potrzeba? – zagadnął od progu.
– Wszystkiego do naprawy zlewu.
– A co konkretnie się zepsuło? Niedrożność? Jaki zator może? Kran cieknie?
– Kapie mi z rury pod zlewem. – westchnęłam.
– Czyli żaba – mruknął pod nosem sprzedawca.
– Słucham? Obraża mnie pan? Nie życzę sobie tego! – warknęłam.
– Droga pani, żaba to rodzaj klucza hydraulicznego. Z całym szacunkiem, ale chce pani sama się za to zabrać? Bo jak na mój gust lepiej będzie jak pani wynajmie sobie hydraulika, spółdzielnia powinna pani zapewnić.
– Dziękuję, młodzi są teraz tacy nieokrzesani. Poradzę sobie sama. – odparłam pewna siebie.

Wąsaty sprzedawca dał mi pakuły, smar towot i oczywiście żabę. Co za durne nazwy, litości! – przewróciłam oczami na samą myśl. Będąc ponownie w swojej kuchni zabrałam się do pracy. Naszykowałam sobie wiaderko na bezlitośnie kapiącą wodę. Zaczęłam dłubać przy nieszczęsnym zlewie. Za bardzo nie wiedziałam od czego zacząć. Najprościej będzie po prostu to przykręcić – pomyślałam. Na klęczkach z głową pod zlewem mocowałam się z tą głupią rurą. Oczywiście woda, nie wiadomo skąd, opryskała całą moją twarz!
– Nie wytrzymam! – krzyknęłam!
Zrezygnowana z poczuciem bezlitosnej porażki skierowałam się ponownie do sklepu z narzędziami. Właściciel uśmiechnął się od progu.
– I jak zlew?
– Ja właśnie w tej sprawie. Zaczerwieniłam się od razu, było mi wstyd, że muszę tu być. Ja z moim poglądem wyższości kobiet nad mężczyznami, muszę stać tu i cedzić te słowa:
– Mógłby pan polecić kogoś, kto mógłby naprawić mój zlew?
– Oczywiście, droga pani. Zawołam syna, ma dryg do takich rzeczy. Raz dwa i będzie naprawione. – odparł sprzedawca – Karoool, Karoool pozwól tutaj – zaczął nawoływać.
Z zaplecza wyłonił się młody człowiek z tatuażem nagiej kobiety na przedramieniu.
– Świetnie – syknęłam z zaciśniętymi zębami.

Autor: Agnieszka Płuciennik

Od dziecka pochłaniam książki i prowadzę dziennik, w którym przechowuję swoje wspomnienia. Uwielbiam otaczać się drobnymi drobiazgami, które tworzą historię. Lubię podróże, z których kolekcjonuję pocztówki. Jestem miłośniczką górskich wędrówek. Można mnie odnaleźć na górskich szlakach, tam gdzie rozbrzmiewa Queen i gdzie można posmakować dobrej kawy.

Dodaj komentarz