Gdy gąsienica osiągnie odpowiedni rozmiar i masę, przyczepia się do gałęzi lub innego bezpiecznego miejsca i przekształca w poczwarkę. W tej nieaktywnej formie, która z zewnątrz wygląda jak nieożywiony obiekt, zachodzą niesamowite zmiany: gąsienica przeistacza się w dorosłego motyla. Ten proces może trwać od kilku tygodni do miesięcy, w zależności od gatunku.
Zazdrościłam każdemu, kto rozsiadał się w fotelu. Ja, odkąd pamiętam, rozsiadałam się tylko w sobie. Nigdy nie byłam tam, gdzie inni. W zasadzie nigdy z siebie nie wychodziłam. Skrzypiałam i ściskałam się w fotelu mojego życia – fotelu z najeżonym kolcami, wyściełanym lękiem i podszytym bólem. Mój fotel był w żałobie i ja też w niej byłam – w wiecznej żałobie po wizjach świata, wizjach przyjaźni i wizjach siebie, które nigdy się nie spełniły.
Nie wiedziałam, co znaczy cieszyć się miejscem czy szukać okazji do kontaktów. Że może poznam kogoś fajnego? Że wydarzy się coś ciekawego? Abstrakcja spoza mojej orbity. Jedynym celem każdej aktywności, która wychodziła poza zakres bezpiecznej nibylandii, było przeżyć i jak najszybciej do niej wrócić.
Byłam jak Piotruś Pan, uwięziony w swoim ograniczonym, ale wygodnym świecie dawnych lat. To nie tak, że nie dorosłam. Dorosłam za szybko i miałam dość. Nie chciałam dłużej mierzyć się z tym, co znaczyło dla mnie być dorosłą. Przerażało mnie to.
Cokolwiek, co mnie zaskakiwało – nawet pozytywnie, jeśli dziś patrzę obiektywnie – stanowiło ogromne wyzwanie. Blokowało mnie. Zamrażało. Nie wiedziałam, jak się zachować. Nie wiedziałam, jak powinnam zareagować.
I tak wyglądały moje spotkania z rzeczywistością: zastyganie, obserwacja, co mogę, co wypada, a na koniec reakcja, której później zawsze żałowałam. Mieliłam to w kółko. Nie mogłam zasnąć. Czy dobrze odpowiedziałam? A może kogoś uraziłam? A może ktoś przestanie mnie lubić? A może wszyscy? Czy już zawsze będę sama? Z takimi odzywkami – na pewno… A może lepiej następnym razem się nie odzywać?
Z gadatliwej Justyny stałam się milczącą wersją siebie, która w strachu przed odrzuceniem nienawidzi siebie jeszcze bardziej. I jeszcze bardziej boi się świata, którego nie może przewidzieć. A zwłaszcza siebie.
Mój świat był czarno-biały: albo ktoś był wspaniały, albo nie traciłam czasu. Jeśli ktoś mnie zranił raz albo zrobił coś, z czym się nie zgadzałam, nie mogłam już dłużej z nim rozmawiać. Moja twarz też mi nie pomagała w relacjach. Nie zliczę, ile razy tłumaczyłam się z tego, że wcale nie byłam zła. Podobno wyglądałam na złą. Co czułam? Nie wiem. Możliwe, że akurat walczyłam z własnymi demonami i atakowałam się od środka. To bardzo prawdopodobne.
Na twarzy malowały mi się głosy, wspomnienia i plany, których nie mogłam wyciszyć. Wyobraź sobie, że włączasz pralkę, zmywarkę, słuchasz muzyki, piszesz wiadomość, pracujesz, malujesz się, robisz sobie psychoanalizę szukając alternatyw swoich beznadziejnych zachowań z przeszłości i planujesz każdą kolejną sekundę dnia – próbując nie umrzeć i jeszcze coś z siebie wycisnąć. Jakąś krztynę kreatywności czy cierpliwości. I to w jednej sekundzie. A może nawet więcej. Zawsze. I teraz pomyśl, że to wszystko właśnie dzieje się w mojej głowie.
Mój mózg się nie resetuje. Nie zna ciszy na zawołanie. Ciągle gdzieś biegnie, potyka się, wpędza mnie w kłopoty i nabija siniaki na ciele. Po prostu nie umiem odpoczywać. A jeśli dochodzę do granicy wytrzymałości, to – jak w komputerze – system robi twardy reset i wyłącza wszystkie funkcje w milisekundzie. Omdlenie wazowagalne. Czasami zdążę zareagować i rzucam się na podłogę, żeby nie upaść jak kłoda. Innym razem budzę się, gdy jest za późno. W kałuży krwi i moczu, ze złamanym nosem. Natura jest mądra. Robi wszystko, abym dalej mogła żyć.
Śmierć to największy z moim lęków. Zresztą boję się o wszystko.
O to, czy dobrze umyłam zęby i czy będą terminy na higienizację w listopadzie o 16:30. Czy w tym miesiącu przyjdzie owulacja. Czy zmieszczę się do samolotu. Czy mam wystarczająco soli. Czy nie powinnam odstawić kawy, skoro mnie rozregulowuje. Czy nie czytam za dużo książek. A może za mało. Czy mój mąż mnie nie zostawi. Czy ja go nie zostawię – tak jak wielu poprzednich mężczyzn?
Czy, gdy znowu zrobi się za trudno i poczuję ten ścisk w ciele, napięcie, które nie ustaje mimo wszystko – czy nie spakuję toreb i nie ucieknę do innego domu, miasta, kraju?
Kiedyś miałam wrażenie, że ucieczka zmywa ze mnie wszystkie przewiny i bóle. Daje mi nowy, świeży początek. Kupuje czysty notes, zakłada nowy planer. Że, jak za dotknięciem magicznej różdżki, znów mam prawo snuć wizję: przebranżowię się, znajdę nowe ścieżki do biegania i będę żyła sama i szczęśliwa – ze swoimi dziwactwami i rytuałami, których nikt nie będzie musiał rozumieć, a ja nie będę musiała niczego tłumaczyć. Ucieczka dawała mi to prawo do zmian – prawo, którego nic innego nie mogło mi dać.
Ucieczka była zresztą jedyną opcją, dzięki której jeszcze nie oszalałam i mogłam znowu uwierzyć w siebie – zdjąć starą, zniszczoną wersję mnie i pokryć się nową, pachnącą, obiecującą. Jak wąż zrzuca skórę. A może bardziej wyobrażałam sobie siebie jako motyla, który tym razem – ze stadium niedołężnej i szkaradnej poczwarki – zamieni się w coś przepięknego, mieniącego się najintensywniejszymi kolorami.
Tyle że rzeczywistość zawsze zatrzymywała mnie tuż przed motylem. I nigdy nie rozumiałam dlaczego. Przecież zrobiłam wszystko. Zrozumiałam swoje błędy. Teraz już będę siebie kochać. Nie będę się bała o wszystko. Teraz będzie dobrze. Ja już będę dobra. Już będę grzeczna. Tak jak wtedy, kiedy byłam małą dziewczyną, słuchałam dorosłych i miałam świadectwo z paskiem. Nie jak wtedy, kiedy miałam milion zainteresowań i żadne nie trwało dłużej niż kilka tygodni.
Najgorszym pytaniem zawsze dla mnie było: jakie masz hobby? Odpowiedź mnie przerastała – mogłam powiedzieć wszystko albo nic. Prawda była bliżej „nic”.
Po latach walki ze sobą i diagnozie mogę śmiało stwierdzić, że moim prawdziwym hobby było – i może już zawsze będzie – zaczynanie i porzucanie.
Ucieczka.
Ona daje mi siły i wolę walki.
Ona pędzi, razi piorunem, pobudza.
Ona też przeżuwa mnie.
Trawi.
Wypluwa.
Dalej się boję. Dalej nie śpię.
I teraz już wiem, że to nie minie.
Może już zawsze zostanę w stadium poczwarki, tuż przed motylem.
I może ten motyl nigdy nie był dla mnie.
