Jesteśmy wolne

Anna klęczy na kolanach w salonie Kruczkowskich. Pokój jest mniejszy niż przypuszczała, jednak wystrój jest dość glamour, jak to się teraz mówi. Telewizor znacznych rozmiarów wisi na ścianie, turkusowa sofa stoi na środku pomieszczenia tworząc z małym białym stolikiem zestaw wypoczynkowy jak z broszurki sklepowej. Tuż za nim znajduje się stół jadalny z sześcioma krzesłami, choć po zużyciu welurowego, beżowego materiału widać, że używane są głównie tylko dwa.
Ich dom z zewnątrz wydawał się być taki ogromny. Dom bogaczy, z trzema autami na szerokim podjeździe.

Anna patrzy na swoje szczupłe dłonie. Są całe we krwi. Czerwień w różnych odcieniach mieni się w świetle słońca wpadającego przez okno. Już nie odróżnia, które plamy są czyje. Jedne są już zaschnięte, to te ciemniejsze, brunatne. Inne, te szkarłatne, są jeszcze dosyć lepkie, a te karmazynowe są wciąż całkiem mokre. Nie sądziła, że zabójstwo nożem przyniesie tyle brudu, ale widocznie tak miało być. Na tym w końcu polega oczyszczenie. Musimy wyczołgać się najpierw z błota, by następnie odkazić w krystalicznej czystości wody.

– To już ostatni dom – myśli Anna.
U Kruczkowskich wcale nie było tak ciężko, jak jej się zdawało, że będzie. Myślała, że najpierw nie będą chcieli nawet wpuścić jej do domu, przecież ledwo się znali. Oni – lekarze, zdecydowanie więc o klasę wyżej niż ona – drobna przedsiębiorczyni sprzedająca kwiaty w swojej maleńkiej kwiaciarni przy ulicy Starej, jednej z pięciu ulic w tym miejscu na mapie. Grażyna Kruczkowska otwierając drzwi powitała jednak Annę z serdecznym uśmiechem. Może to przez te urocze dołeczki w policzkach Anny, przez które jej wygląd, mimo trzydziestu sześciu lat, wciąż był dziewczęcy i niewinny. Uśmiech gospodyni nieco zelżał w momencie gdy Anna, zamiast zostać na wycieraczce przed drzwiami grzecznie tłumacząc powód swojej wizyty, weszła do ich domu pewnym krokiem.

Bogdan Kruczkowski siedział już na kanapie w salonie. Miała więc ich dwójkę na wyciągnięcie ręki.
– Nie spodziewaliśmy się dzisiaj żadnej wizyty – powiedziała niepewnie pani Kruczkowska, starając się ukryć zażenowanie rozciągniętymi dresami męża.
– Z mężem porozmawiam później, teraz chodzi mi o panią – łagodnie uśmiechnęła się gościnia.

Pani Grażyna wydawała się być dość zaskoczona, gdy nóż Anny wbił się w jej brzuch. Jej oczy rozszerzyły się, usta jakby chciały krzyknąć, lecz nie zdążyły. Anna z trudem ustała na nogach, jednak zachowała równowagę odpychając się od ciężaru opadającego ciała kobiety. Jej bezwładna dusza niemalże bezgłośnie spoczęła na podłodze.
Pan Bogdan natomiast nadal siedział z pilotem w ręku. Wydawał się być niewzruszony. Patrzył w stronę żony, jakby nie rozumiejąc, co się stało. Może na jego zdolność rekacji wpłynęło te kilka butelek po piwie stojących na stoliku kawowym tuż przed nim. Może to również te piwa wpłynęły na jego zdolność ucieczki, bądź jakiejkolwiek samoobrony.
Pan Bogdan nie zdążył nawet wstać. Anna podeszła do kanapy spokojnym krokiem i poderżnęła mu gardło od tyłu.
Następnie musiała osunąć się na kolana i wziąć kilka głębokich oddechów.

– To już. Już po wszystkim. – szepcze do siebie Anna.
Czuje ulgę, że już skończyła i w końcu może zająć się swoimi spawami. Ma ich wszystkich z głowy. Teraz wstaje i wychodzi z domu Kruczkowskich tak spokojnie, jak wychodzi się z popołudniowej kawy u znajomych. Wchodzi na szosę i idzie powolnym krokiem w stronę swojego domu na drugim końcu wsi. Spokojnym wzrokiem omiata domy, w których przed chwilą również gościła. Wiedziała, że w niedzielne popołudnie każda rodzina będzie w domu odpoczywała po mszy i obiedzie, znała przecież ich zwyczaje. Wszyscy byli tacy nudni i przewidywalni.
Byli.
– Ciekawe, kto z nich powie nam teraz, że powinnyśmy się leczyć. No, kto. Pozbawiłyśmy ich głosu raz na zawsze. Głupcy. Nie widzieli, że to oni potrzebowali pomocy? Te wszystkie kłamstwa, te wszystkie krzywdzące plotki… Traktowali to jak coś normalnego. A gdy zaczęłyśmy się im sprzeciwiać i mówić głośno o przemocy, uznali nas za wariatki. Ciebie! I Mnie!
Idioci.
Nie wiedzieli, że z nami się nie zadziera. Myśleli, że jesteś taka słodka i bezbronna. A teraz, nie ma już ich. Nie ma już całej tej wioski. Teraz, Aniu, spakujemy się i pojedziemy na długie, długie wakacje.
Jesteśmy wolne. – myśli Anna i kontynuuje spacer w blasku wiosennego słońca, pośród dźwięku brzęczących owadów.

2 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *