Cytryny

Odkąd Julia pamięta, matka była zawsze zmęczona.

Po pracy, przed pracą, w weekend, w święta. Przy oglądaniu telewizji i przy zmywaniu naczyń. Czuła narastającą złość patrząc na jej wiecznie skrzywioną minę.

Julia poprosiła ją o cytryny tydzień wcześniej. Na zajęciach mieli malować martwą naturę. Dramatycznie ułożone ciężkie materiały jako tło, strategicznie rozmieszczone owoce. Światło i cień, gładkie powierzchnie szklanych naczyń i chropowate struktury owoców. W zeszłym tygodniu mieli wykład na ten temat.

Nie szło jej ostatnio na rysunku. Całe dzieciństwo spędziła przekonana o tym, że ma talent. Wygrywała konkursy plastyczne. Od wszystkich słyszała jak bardzo jest utalentowana, była chwalona za to jak bawi się kolorem. Ale przede wszystkim: malowanie sprawiało jej radość.

Teraz męczyła się szkicując perspektywy, mierząc proporcje. Nie umiała zauważyć, gdzie pada światło i przewidzieć jaki kształt będzie miał cień. Jej prace nie wyróżniały się niczym na tle prac innych dzieci, z którymi chodziła na zajęcia. Co więcej, miała wrażenie, że na ich tle wypada najgorzej. Ten jej rysunkowy talent, nad którym rozpływało się dotąd jej otoczenie, nie istniał. 

Szanse, że za rok dostanie się do liceum plastycznego, malały z każdym dniem. Powoli przestawało też jej na tym zależeć. Bo czy chciałaby przez kolejne lata, dzień w dzień, mierzyć się z uczuciem porażki, nieustanną krytyką i przeświadczeniem, że jest najgorsza? Najtrudniejsze było jednak to, że Julia nie widziała dla siebie alternatywy. Kim była bez swojego malowania?

Matki jak zwykle to nie obchodziło. Wróciła z pracy obładowana siatami. Z ciężkim westchnieniem postawiła je na podłodze w korytarzu i zawołała Julię żeby jej pomogła. Oczywiście w żadnej z reklamówek nie było cytryn.

– Zapomniałaś – powiedziała przez zaciśnięte zęby Julia. Zamiast, jak zwykle w takiej sytuacji, zrobić awanturę, wyszła z kuchni. Po cichu. Nawet nie trzasnęła drzwiami od swojego pokoju. 

***

Kiedyś Julia zwierzała się jej ze wszystkiego. Jeśli miała problem, przychodziła z tym zawsze najpierw do niej. Czasami czekała do wieczora aż będzie leżała w łóżku. Wślizgiwała się pod kołdrę, wtulała w Magdę. Ona odkładała wtedy trzymaną w ręku książkę i słuchała. O przyjaciółkach, które obraziły się i przestały odzywać nie wiadomo dlaczego, albo o nauczycielce, która niesprawiedliwie obniżyła ocenę.

Magda nie umiała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz Julia do niej przyszła się zwierzać. Coś było nie tak. Była w ostatnim czasie przygaszona, nie spotykała się już z koleżankami po szkole. Całe dnie spędzała sama, zamknięta w pokoju. Z jej szafy z zniknęły wszystkie różowe tshirty i brokatowe opaski. Chodziła teraz ubrana tylko na czarno. Na wszelkie próby nawiązania kontaktu, odpowiadała Magdzie jednosylabowymi brnięciami. Magda bardzo się o nią martwiła. Tyle się przecież teraz mówi o depresji wśród młodzieży.

„Cytryny? Jakie cytryny? O co mogło jej chodzić” zastanawiała się Magda i czuła jak zbliża się kolejna migrena. Sięgnęła do torebki po tabletkę. Ostatnia. Kiedyś bóle głowy trafiały się raz na kilka tygodni, teraz nie było tygodnia bez migreny.

Przy wypisywaniu ostatniej recepty na leki, lekarz wręczył jej również skierowanie na badania. Objawy były podobno niepokojące. Magda nie widziała nic niepokojącego w tym jak jej ciało reaguje na stres. 

W zeszłym miesiącu zepsuł się jej samochód. Naprawa pochłonęła jej wszystkie oszczędności. W tym miesiącu czekał ją kolejny duży wydatek, aparat ortodontyczny dla Juli. Tu na szczęście udało się rozłożyć wszystko na raty. Angielski, rysunek to wszystko też kosztowało, ale dla Magdy nie miało to znaczenia. Julia przecież tak lubiła rysować. Do tego matka była po operacji. Magda codziennie jeździła na drugi koniec miasta żeby jej pomóc. Dokładała się jej do leków, bo emerytury po ojcu, nie starczało na wszystko. Magda brała wszystkie nadgodziny, ale i tak ledwo starczało do pierwszego.

Była zmęczona, bardzo zmęczona. 

Podejrzewała, że ma depresję. Tyle się teraz o tym mówi. Nie za bardzo wiedziała co mogłaby z tym zrobić. W przypływie odwagi, albo desperacji, zarejestrowała się do psychiatry. Termin wizyty był za pół roku.

Julia, biedna Julia. O co jej chodziło z tymi cytrynami?

Dodaj komentarz