Miał być ślub…

„I chuj Ci w dupę, pojebie” – krzyknęła Katarzyna. Odwróciła się zamaszyście. Turkusowym trenem, sukni z epoki zamiotła płatki białych róż, rozsypane chwilę wcześniej przez dziewczynkę w różowej, tiulowej sukience. Cały kościół zamarł. Pan młody, goście, ksiądz (którego Katarzyna i tak nienawidziła, od pierwszej nauki przedmałżeńskiej). Płomienie świec, migoczące dotychczas wesoło, zamarły. Święci z witraży odwrócili wzrok, Matka Boska trzymająca dzieciątko z oburzeniem zatkała uszy Jezuskowi. Ten, z kolei dorosły, wiszący na krzyżu uśmiechnął się pod nosem. W końcu coś się działo a nie tylko Alleluja, Alleluja czy Pater Noster Sroster. Katarzyna tymczasem czerwona z wściekłości maszerowała główną nawą. Szarpnęła ciężkimi, dębowymi drzwiami, wpuszczając świeże powietrze do pachnącego stęchlizną kościoła. Z uczuciem ulgi i przeczuciem, że postępuje właściwie ruszyła przed siebie. Dała się pochłonąć miastu, leżącemu u stóp katedralnego wzgórza. Wijąca się w dole rzeka obiecywała wiele niedoszłej pannie młodej.

Kościół powoli się wyludniał. Ksiądz odłożył do hebanowej skrzynki stułę, która jednak nie połączyła aż śmierć nas nie rozdzieli. Goście lamentując wniebogłosy rozjechali się do domów. Na nic garnitury, wymyślne fryzury, akrylowe paznokcie. Wesela nie będzie. Poszli won, wypierdalać.

W świątyni zaległa cisza. Matka Boska oderwała dłonie od uszu dzieciątka i westchnęła: ” Kto to widział tak się zachowywać. Ta pannica to nieodpowiedzialna dziewucha” – syknęła – „Jak mnie wydawali za Józka…” – zaczęła. ” Oj mamo, daj spokój” – żachnął się Jezus z krzyża – „Przynajmniej coś się działo a nie tylko lamenty albo wycie organów. Nawet od korony cierniowej tak mnie głowa nie boli, jak od skrzeków organisty.” „Już, już spokojnie” – odezwał się święty Sebastian wyciągając strzałę z boku. Zawsze przyjmował mentorki ton, próbując załagodzić konflikt. „Dokładnie” – z kąta odezwała się święta Dorota – „Nie oceniaj istot ludzkich, wiesz, że są niedoskonali. Zresztą, jak sobie przypomnę Ciębie” – Dorota pogrążyła się we wspomnieniach. „Już dobrze, dobrze” – odezwała się Matka Boska – „Po co drążyć, i to przy dziecku” – wskazała na dzieciątko.

„Ej, zjadłbym coś” – zakrzyknął Jan Chrzciciel z kąta. Wszystkie twarze: kamienne, drewniane, szklane odwróciły się w jego stronę. „Dokładnie, dobrze gada, polać mu wina mszalnego.” – rozległy się głosy z różnych stron. „Mamy coś?” – podpytywał Jan z nadzieją. „Upiekłem serniczka!” – z cokołu oznajmił święty Andrzej. Cała budowla po chwili spuchła od braw.

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *