„Puść to jeszcze raz Hans, to takie ładne…”

Igła gramofonu spadła gwałtownie na szelakową płytę. Jakub zaciągnął się głęboko i przytrzymał dym w płucach. Wypuszczał go powoli, patrząc jak sinoniebieskie smugi penetrują każdy kawałek pokoju. „Gdybym miał milion w majątku swym…” – zanucił razem z głosem dobiegającym z tuby. Uśmiechnął się gorzko na te słowa. „Milion” – pomyślał – „Jakbym miał milion to…” – i tutaj zawiodła go wyobraźnia. Nie miał nigdy w swoim życiu nawet tysiąca, a co dopiero mówić o milionie. Zdusił papierosa w popielniczce. Wzrok przeniósł na spracowane dłonie. Myślał, ile jeszcze będzie się szarpał, pracując na budowach, nosząc cegły, mieszając zaprawę. Znosił pogardliwe komentarze polskiego majstra. „Idzie, idzie wesz po Żydzie.” – skandował ten szmuk, kiedy widział Jakuba. Na samo wspomnienie gęby majstra, poznaczonej bliznami po ospie, Jakub zacisnął pięści a żuchwa zaczęła mu chodzić z lewa na prawo. Tymczasem gramofon dalej wychrypiał: „Gdybym miał złoto jak fort je ma, to bym do sklepu dumnie wkroczył. I chętnie dałbym miliony dwa, gdybym mógł kupić Twoje oczy.” Jakub westchnął z irytacją. Ta piosenka go denerwowała, nie podobała mu się. Uważał ją za ckliwą i przesadzoną. Jednak nie był w stanie wyrzucić jej z pamięci. I wiedział przez kogo ten banalny tekst odcisnął mu się w głowie niczym pieczęć. To wszystko przez nią, przez Chawę. Śpiewała tę piosenkę, co najmniej raz w tygodniu, w tej spelunie na Łazarzu a Jakub co najmniej raz w tygodniu musiał ją zobaczyć i usłyszeć. Kiedy pierwszy raz usłyszał jej lekko zachrypnięty głos, czas stanął w miejscu. Nie liczyło się nic. Ani ciężka praca, ani wytykający go palcami współpracownicy, ani ten kurdupel z wąsikiem zza zachodniej granicy, wykrzykujący frazesy o powiększaniu przestrzeni życiowej. Liczyła się tylko ona. Jakub wyciągnął ostatniego papierosa z paczki, zapalił  i spojrzał na zegar. Jeszcze dwie godziny i będzie mógł zająć swoje stałe miejsce przy obdrapanym barze. Lakierowane krzesło będzie twarde i niewygodne, jak zawsze, ale Jakub przestał już na to zwracać uwagę. Napije się wódki, może obije komuś mordę. Podrapał się po przedramieniu. Czuł nieprzyjemne mrowienie, tuż poniżej łokcia. Podciągnął rękaw koszuli i spojrzał na swój pierwszy w życiu tatuaż. Ponownie rozgorzał w nim gniew. „Żeby tak spaprać robotę” – mruknął – „Tak to jest, jak powierzy się odpowiedzialne zadanie gojowi.”. Zamiast hebrajskiej litery „tet” Jakub miał na przedramieniu coś, co wyglądało jak widelec. Miał być ważny, w życiu Jakuba, symbol a wyszło zupełnie bez sensu. Przyglądał się jakiś czas malunkowi. Odłożył papierosa do popielniczki. Wyjął z szafy butelkę z wódką, pociągnął solidny łyk. Jeszcze raz zaciągnął się papierosem, aż końcówka rozżarzyła się do czerwoności. Założył ponownie igłę gramofonu na płytę. „Gdybym miał milion w majątku swym…” – zanucił i przytknął końcówkę papierosa do nieudanego tatuażu.

Autor: alosza

Introwertyczka, która czasami lubi ludzi. Kocham las i wodę o każdej porze roku. Latem: leniwe jeziorne kąpiele i wieczory przy ognisku, jesienią: zbieranie kasztanów i spacery po kobiercach z liści, zimą: wyprawy w pełnym słońcu po skrzypiącym śniegu a wiosną: zapach mokrej ziemi.

Dodaj komentarz