Znikające miejsca

    Są takie miejsca, magiczne miejsca z mojego dzieciństwa, które już nie istnieją. To znaczy same w sobie miejsca istnieją, tylko są teraz zupełnie, zupełnie czym innym. Zatraciły swoją magię i stały się czymś zupełnie zwyczajnym.

    Pamiętam, kiedy miałam może z 10 lat miałam swoją bazę. Wchodziłam na łąkę, szłam za wielki kamień, za którym stały drzewa tworząc naturalne schronienie. To było moje schronienie, mój świat. Nawet nie pokazywałam go nikomu, a może raz czy dwa zabrałam tam przyjaciela? Już nawet nie pamiętam. Lubiłam przynosić tam swoje rzeczy, robić piknik i siedzieć w ukryciu razem z moją jamniczką. A teraz? Teraz stoją tam jakieś domki jednorodzinne. Całkiem nawet ładne. Ale zupełnie nie zaczarowane.

    Innym razem siedziałam sobie na drzewie czytając Anię z Zielonego Wzgórza, czując się jak główna bohaterka siedząca na wiśni. Wiatr rozwiewał moje włosy, a ja sobie wyobrażałam, że jestem kimś innym. I znowu ciach! Postawili tam domy. Jeden nawet bardzo ładny. Może zaczerpnął nieco magii z mojego drzewa? Bo drzewo na pewno jeszcze tam stoi, ale już za płotem. Może za to inna dziewczynka lub chłopiec się na nie wspina i wciela się w swojego ulubionego bohatera?

    Było też miejsce, taka jakby dolinka niedaleko mojej szkoły, na której graliśmy w palanta. Tak, palanta. To taka gra podobna do bejsbola. Znasz? To właśnie tam ustawialiśmy się z kijem, druga osoba rzucała piłkę i bach! Piłka szybowała wysoko w niebo, rzucałam kij i pędem biegłam jak najdalej. Jak tylko było ciepło, to właśnie w ten sposób spędzaliśmy nasze lekcje wuefu. A wiecie co tam jest teraz? Biegnie tam czteropasmowa droga. Szary asfalt z namalowanymi białymi pasami, po którym mkną nic nierozumiejące samochody.

      Ale najbardziej zapadła mi w pamięć, a raczej uwiła sobie gniazdko w moim sercu pewna chata. Chata, w której spędziłam niejedno lato. Tam jeździłam co roku z moją mamą i braćmi, a także jej koleżankami i ich dziećmi. Tatusiowie zostawali w domu, w pracy. Jechaliśmy obładowanym samochodem że zwierzętami, które akurat posiadaliśmy. Była wyprawa maluchem w pięć osób, do tego jamnik i kanarek w klatce. Zjeżdżaliśmy w prawo i za Drwęcą już ostatnia prosta zostawała by dostać się na miejsce. Skręcaliśmy z asfaltowej drogi między drzewa i tam na polanie kryła się nasza chata. Nie było jej widać z drogi. Całość ukrywała się na łące w lesie. Niby zaraz obok wiejskiej szosy, ale zaraz za domkiem rozciągał się ogromny ciemny las. Chata należała do muzeum etnograficznego, została przeniesiona i zrekonstruowana w tymże miejscu. Dlaczego akurat tam? Nie wiem. Drewniana chata z dziewiętnastego wieku. Bez bieżącej wody, bez łazienki.  Elektryczność była podłączona. Pachnącą drewnem i starością,  pachnącą wakacjami i wolnością. Stała samotnie pośrodku polany. Nieopodal szemrał strumyk. Strumyk w którym myliśmy naczynia i skąd czerpaliśmy wodę by umyć się w misce. Po wodę pitną trzeba było pójść do leśniczego na drugą stronę  drogi i nabrać ze studni. Raz nawet zdarzyło się, że pies leśniczego dziabnął mnie w brzuch, nic nie zrobił, tylko trochę mnie przestraszył. Nasz pies w odwecie podusił kury leśniczego. Myślę, że byliśmy kwita. 

W nocy, gdy chciało się siku, trzeba było wziąć latarkę i znaleźć w lesie wychodek. Stary drewniany wychodek z wyciętym serduszkiem na drzwiach. Stał niby niedaleko chaty, a jednak ukryty za drzewami. Jak ktoś nie wiedział gdzie stoi, to tak łatwo by go nie znalazł. A chciałabym zauważyć, że w nocy na wsi nie było widać zupełnie nic. W mieście nigdy nie zapada taka ciemność, jak na wsi pośrodku lasu. W chacie z zamkniętymi okiennicami też nie było nic widać, choć oko wykol. Albo pamiętasz gdzie co stoi, albo nabijesz sobie guza lub siniaka.

Niedaleko było jezioro. Niedaleko to pojęcie względne,  bo spacer przez las trwał z dziećmi około godziny. Ale nie pamiętam żeby ktokolwiek kiedykolwiek marudził na trasę. Po drodze można było znaleźć maliny, jeżyny lub poziomki. To oczywiście jeszcze wydłużało czas spaceru. A jezioro nie miało piaskowej plaży. Rosła tam trawa, trzciny i drzewa. Było przyjemnie,  bo łatwo można było znaleźć cień. Niestety komarów też się tam bardzo podobało. Woda cudnie chłodziła,  ale trzeba było uważać,  bo szybko robiło się głęboko,  a dookoła rosło mnóstwo nenufarów, które lubiły się swoimi długimi łodygami oplatać dookoła nóg.  Nie lubiłam do nich podpływać. 

Po powrocie do chaty, mamy przygotowywały obiad na butli gazowej. Siadaliśmy wspólnie drewnianym stole stojącym na podwórku pod oknami. Gorzej jak padało, bo w środku nie było za wiele miejsca do wspólnego biesiadowania. Jednak nie pamiętam żeby zbyt często zdarzało się byśmy musieli kryć się w środku. 

Na polanie graliśmy w badmintona, goniliśmy się i bawiliśmy w chowanego. Albo po prostu rozmawialiśmy i odpoczywaliśmy. Chodziliśmy też do lasu bawić się w podchody. 

Chciałam podzielić się tym miejscem z moim mężem. Pokazać mu gdzie spędzałam najpiękniejsze dni mojego dzieciństwa. Wiedziałam, że nie można już tam mieszkać. Niestety chata została zaniedbana i groziła zawaleniem. Ale jakież było moje rozczarowanie, kiedy wjechaliśmy na moją ukochaną polanę,  a tam po chacie ani śladu. Karol nawet nie chciał żebym wyjeżdżała na łąkę, bojąc się, że zgubię zawieszenie. Jednak ja doskonale pamiętałam dokąd mogę dojechać bez obawy. Oczywiście,  trawa i chwasty porosły tak dobrze mi znany teren. Polana zarosła, ale zatrzymała się w czasie. Tylko chata zniknęła. Brakowało głównego elementu. Czuć było jeszcze magię tego miejsca. Kryła się w drzewach i trawie. Śpiewie ptaków i cykaniu świerszczy.  Słychać było smutną nutę w tych trelach. Brakowało tam czegoś. Zapragnęłam żeby pewnego dnia kupić to miejsce i postawić tam chatę na nowo. 

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *