Piątek 13-go

Kiedyś piątki trzynastego wywoływały nieprzyjemny dreszcz, przebiegający wzdłuż kręgosłupa, ale on nauczył mnie, że nie ma się czego bać. Urodził się w jeden z takich piątków i wierzył, że dla niego są szczęśliwe, a ja uwierzyłam w ślad za nim. Do dziś, gdy nadchodzi piątek trzynastego, znajomi, nawet ci, którzy absolutnie nie wierzą w przesądy, odczuwają lekki stresik, a ja uśmiecham się radośnie od rana, bo wiem że to będzie bardzo dobry dzień.

W tamten piątek trzynastego też tak było. Pamiętam, że przyszłam wcześnie do pracy. W staroświeckim notesie przy recepcji, poświadczyłam odbiór klucza do gabinetu i zawiesiłam się przy wpisywaniu daty.
– Dziś trzynasty. Piątek! – podpowiedziała koleżanka, a ja uśmiechnęłam się do własnych myśli. Muszę do niego zadzwonić. Ostatni raz rozmawialiśmy niecały miesiąc temu, w moje urodziny zadzwonił z życzeniami. Pięknymi i takimi specjalnie dla mnie. Porozmawialiśmy chwilę. Opowiedziałam mu o T. , O tym, że kilkanaście tygodni temu zaczęłyśmy się spotykać, że zamieszkałyśmy razem, że jestem obrzydliwie szczęśliwa. Cieszył się razem ze mną. Muszę do niego zadzwonić. W tym tygodniu albo w przyszłym. Za miesiąc jego urodziny – okrągłe, pięćdziesiąte. Ten wiek tak zupełnie do niego nie pasował. Poznaliśmy się, gdy miał trzydzieści dziewięć lat. Pamiętam, bo tyle powtórzeń ćwiczeń ciągle mi zadawał. Kołyska, scyzoryki, piesek, wymachy nogami do ramion.

– Trzynaście razy? – pytałam.
– Nie, sto dwa.
– To może chociaż trzydzieści dziewięć?
– Nie, sto dwa!
– To zagrajmy w marynarza! – i graliśmy. Nigdy nie kazał mi robić ćwiczeń dwadzieścia czy trzydzieści razy tylko te swoje trzynaście albo trzydzieści dziewięć. A każda dziwna liczba miała swoje uzasadnienie. Trzynaście, bo to jego szczęśliwy numer; trzydzieści trzy, bo to wiek chrystusowy, trzydzieści dziewięć, bo tyle ma lat; siedemdziesiąt siedem, bo to dwie siekierki; sto dwa, bo taki numer miał czołg z czterech pancernych i psa.

Muszę do niego zadzwonić. Może jak zadzwonię w jego urodziny to pogadamy trochę dłużej? Zakończyłam rehabilitację kilka lat temu i tak mało mamy teraz okazji do spotkań. Wtedy żadnej decyzji nie podejmowałam przed rozmową z nim. On wszystko wiedział, we wszystkim doradzał. Umiał radzić. Czekałam na jego opinię jak na idealne rozwiązanie każdego problemu. On znał tylko idealne rozwiązania. Zawsze wiedział co powiedzieć. Nie od razu doceniałam jego rozwiązania i podpowiedzi, ale one zawsze koniec końców okazywały się przydatne, a on nigdy nie mówił a nie mówiłem.

Zapomniałam do niego zadzwonić w tamten piątek. Przyszedł kolejny tydzień – jest poniedziałek, może wtorek. Jestem w pracy. Dzwoni mój telefon, na wyświetlaczu „tata”. Odbieram.
– Dzwoniła żona pana Tomka. Pan Tomek nie żyje. Miał zawał.
Miał cholerny zawał, na środku ulicy, w piątek, 13 grudnia 2013 roku. Gdyby rok miał więcej niż dwanaście miesięcy to jestem pewna, że to by się stało w trzynastym miesiącu. Nigdy nie zapomnę słów mojego taty, wypowiedzianych w pierwsze Święta po jego śmierci.

– Pan Tomek zawsze mówił, że wszystko jest po coś. Nie wiem po co to się stało. Ale może Pana Boga bardzo bolał kręgosłup – powiedział i twarz mu zadrżała, a on rozpłakał się całym sobą.

Wieczorem w dniu pogrzebu odebrałam telefon od jego żony.
– Nie chciałabym stracić z tobą kontaktu. Tomek miał dla ciebie specjalne miejsce w sercu. – gardło mi się zacisnęło.

Gdy miałam siedemnaście czy osiemnaście lat to po rehabilitacji wychodziliśmy razem na balkon zapalić w domu moich rodziców, a on stał „na wylocie”, obserwując czy nie wyjrzą zza rogu i mnie nie przyłapią. Kiedy umarł, długo nie mogłam rozstać się z tym naszym wspólnym paleniem. Przy jego grobie odpalałam dwa papierosy i zaciągałam się to jednym, to drugim, wmawiając sobie, że to prawie jakbyśmy stali obok siebie i znów wspólnie palili.

Nigdy nie powiedziałam mu że nie był moim rehabilitantem.
Był Przyjacielem.

Photo by Anne Nygård on Unsplash

3 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *