Kadry tamtego lata

– Kochanie, zrobiliśmy to! – chwyta mnie za dłoń i mocno ją ściska. Na zmęczonej twarzy pojawia się uśmiech. Mi niewiele potrzeba do płaczu, więc też się uśmiecham i szybko odwracam twarz w drugą stronę. Jedziemy krętymi drogami nad samym wybrzeżem. Spokojne, lazurowe morze wita się z masywnymi, kamienistymi górami. Patrzę przez szybę naszego starego golfa i nie mogę pojąć tego piękna. Nadziwić się, że rzeczywiście to zrobiliśmy. Przymykam oczy, żeby zapisać ten obraz w pamięci na zawsze.

***

Siedzę na dużym kamieniu i patrzę na morze. W oddali widać zarys pobliskiej wyspy. Psy poukładały się każdy w innym miejscu i suszą futra po morskich kąpielach. Przechylam głowę i chłonę widok błękitnego nieba łączącego się z taflą wody. Włosy mam spięte w niedbały kok na karku. Będę musiała je rozpuścić, żeby wyschły. Myśli przychodzą i odchodzą, przesuwają się jak obłoki na niebie, których dzisiaj akurat nie ma. Nagle kuca za mną i przyciska policzek do mojego policzka. Wyciąga przed nas rękę z telefonem. Pstryk. Uśmiecham się. Okulary przeciwsłoneczne zasłaniają zaskoczenie malujące się w moich oczach. Kilka chwil wcześniej mówiłam, że nie mamy wspólnych zdjęć z wakacji.

***

Schodzimy ze stromej góry. Pod sandałami czuję przesuwające się kamienie. Ostrożnie stawiam kolejne kroki, żeby nie skręcić kostki. Czuję, że moja twarz jest czerwona, żarzy się jak dobrze rozhajcowany piec. Po plecach płyną mi strużki potu. Wszystko przez ciężki plecak, w którym niosę kilka litrów wody. Z otwartej przestrzeni wchodzimy na trawiasty i zakrzaczony teren. Igły i gałęzie kłują po nogach, przekleństwa cisną się na usta, ale zaciskam je i w milczeniu idę dalej. Tylko psy biegają z roześmianymi pyskami. Wreszcie udało nam się przedostać na jakąś ścieżkę i idzie się trochę łatwiej. W pewnym momencie kończy się roślinność, przed nami tylko gołe skały i… morze. Zatrzymujemy się i chwytamy za ręce. Łapiemy oddech i patrzymy na zatoczki wokół nas. Na małe plaże, na skały łączące się z morzem. Na piękno natury, które jest tylko dla nas. Szukamy najłatwiejszego zejścia do wody. Decydujemy się na jeden z fragmentów wybrzeża. Powoli schodzimy. Psy są przed nami. Kogo wchodzi na jedną ze skałek i z pluskiem wskakuje do wody. Reszta, trochę ostrożniej, bada teren i łapka za łapką wchodzi do morza. Po chwili wszyscy jesteśmy w Adriatyku i chłodzimy się po wyczerpującej trasie. Odwracam się i patrzę na ogromną górę, z której zeszliśmy. Nie chcę myśleć o tym, jak wrócimy. Nie teraz. Cudów nie odkrywa się w końcu tak łatwo. Kogo ochlapuje mnie wodą, po kolejnym skoku. Zanurzam głowę pod wodą i chłodzę myśli. Wychodzę na brzeg, siadam na gorących skałach i patrzę na moją rodzinę. Zupełnym przypadkiem odkryliśmy nasze niezwykłe miejsce.

***

Pierwszy raz musiałam ubrać jeansy, pełne buty i bluzkę z długim rękawem. Pojechaliśmy na dłuższy spacer z psami. Chmury zbierają się nad nami, więc zawróciliśmy wcześniej niż planowaliśmy. Do samochodu nie jest daleko. Pierwsze krople spadają nam na głowy. Przyspieszamy. Ulewa przybiera na sile w kilka sekund. Biegniemy i uciekamy przed kroplami deszczu. Po kilku metrach zatrzymujemy się, bo to nie ma sensu. Patrzymy na siebie i zaczynamy się śmiać. Cali przemoknięci stoimy na środku ścieżki i powtarzamy, że powinniśmy iść. Kolejne wybuchy śmiechu nie ułatwiają nam stawiania kroków. Psy patrzą na nas zdziwione. Kolejny atak śmiechu. Bluzka i spodnie lepią się do ciała. Z długich, rozpuszczonych włosów zostały tylko mokre strąki, z których cieknie woda.

– Chyba nie wejdziesz taka mokra do auta? – pyta poważnie, chociaż w oczach widzę radosne chochliki

– Rozumiem, że razem wracamy pieszo? – uśmiecham się głupio i siadam na miejscu pasażera.

Nie da się uciekać między kroplami deszczu. Próbowaliśmy.

***

Siedzimy w nadmorskiej restauracji. Zachodzące słońce odbija się w kieliszkach z lemoniadą. Po kolacji schodzimy po trzech stopniach i wychodzimy na ulicę. Powoli stawiamy kolejne kroki.

– Nasz ostatni wieczór tutaj – mówi ze smutkiem w głosie.

Nie spieszy nam się do auta. Trzymając się za ręce, idziemy na krótki spacer.

***

Szkoda, że to był rzeczywiście nasz ostatni wieczór tam.

Że to było nasze ostatnie wspólne lato.

Bo całkiem dobrze umieliśmy we wspólne lata.

5 Comments

  1. Monika Nadmorska

    Agato, jak ja od początków w Klubie lubię tę subtelność Twoich tekstów. Ostatnie zdanie mnie rozwaliło zupełnie. Życzę Ci jeszcze wielu pięknych, innych, ale nie mniej wartych opisania lat i miejsc.

    • Agata

      Monika, bardzo dziękuję <3 Na szczęście zauważam też te nowe miejsca i zachowuję wspomnienia, które się tam tworzą. Lista ciągle się wydłuża. Mogę przeplatać je z tym, co było 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *