Dystans społeczny i bazarki

Poranek w kawiarni. Ale jaki dystans społeczny! Babsko stoi obok i włazi na nas zaglądając co jest ciekawego za ladą.

Potem przy kawie koleżanka chwali się, że już 7 km na rowerze zrobiła, jest 8:30 i my dopiero rozkręcamy się pierwszym łykiem kawy. A ona już przed pracą była tu i tam i z psem i pod Halą Mirowską. Ja to nie znoszę bazarków. Ludzie pełzną z wózkami, siatami, wciąż na ciebie włażą, przebierają tą zieleninę jakby to co najmniej rzadkie antyki były, fuj, wolę zakupy on line. A koleżanka, fanka bud z warzywami mówi, że też ja ludzie wkurzają, ale najwyraźniej nie aż tak jak mnie. Łażą te baby z wózkami, włażą na mnie, albo rozjeżdżają mi paluszki, idą samym środkiem alejek. I jeszcze się czepiają co mi z tu z tym rowerem, a co mi tu z tym wózkiem! Facet się pcha w kolejce i ma pretensję, że mu widok zasłaniam.

Ja tam lubiłam dystans społeczny zanim stało się to modne.

A w ogóle po co oni wypełzają z domu jak człowiek idzie do pracy, nie mogą 20 minut poczekać – wtrąca się do naszej zażartej dyskusji koleżanka, która akurat przechodzi obok. Teraz to już wszystkie cztery gnieździmy się w małym pokoiku udając dystans, dla niepoznaki mamy maseczki. Najgorsi to są ci co stoją za tobą i się co i rusz przysuwają o kilka cm. I nie wiem czy oni rozdają darmowe przytulasy czy chcą złapać kowidka. Ty się przesuwasz o pół kroku a oni za tobą, ty się cofasz ostentacyjnie przewracając oczami a oni za tobą. Jakby kasjerka obsłużyła ich wcześniej, zawsze wtedy staram się pakować zakupy jak najdłużej się da. W ogóle wynalezienie kas samoobsługowych to najlepszy wynalazek od czasów koła. Niestety na bazarkach to już zapłata kartą jest szczytem technologii, a kasy to są albo ich nie ma.

A najgorzej jest w soboty, wtedy to nawet tacy fani bazarów jak ja wypełzają kupić pomidory od chłopa i truskawki. Do tego faceci co ich żony po chleb wysłały, madki z bachorami, baby co na obiad niedzielny nie mają co zrobić, tradycyjnie osiedlowe starocie, którzy jak raz na dzień nie wyjdą to im zardzewieją stawy. A najgorzej to jest w sobotę przez wszystkimi świętymi (tak to to święto co robi konkurencję Halloween), wtedy to w ogóle Armagedon z apokalipsą zombie. Do tych całych fanów zieleniny dochodzą wtedy cmentarnice, które przemykają się przez alejki czyhając na tanie znicze, albo ładne chryzantemy. Najlepiej hurtem, bo jeszcze się ciotce Mańce przydadzą i może w tym roku wreszcie pojedzie się do Łodzi na grób wujka stryjecznego szwagra cioci Basi, który co prawda już  lat nie żyje ale może w tym roku.

A potem na koniec dnia dystans srystans, bo pakuję się do zapchanego po kokardki na rzęsach metra i covid nam nie straszny! Ale na wszelki wypadek się niczego nie trzymam, bo na poręczach może jednak grasują jakieś zarazy kto ich tam wie.

5 Comments

  1. Anna Zet

    Jak zwykle Twòj tekst jest prześwietnym przykładem na to, że dobry wkurw nie może być zły, a dobrze opisany staje się ciałem 😄 Cmentarnic i bazarowych siatkowiczòw pomykających z porami na niedzielny rosòł 😂 rzecz jasna ♡

  2. monika nadmorska

    Jak dobrze, że dotarłaś tu ze swoją Warszawą! Te typy ludzkie, ten Twój krzywy obiektyw, ironiczne spostrzeżenia, obśmiewanie wszystkich i wszystkiego, z dystansem (społecznym) także do siebie samej, z zoomem na szczegóły otoczenia, no lubię i już!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *