Moje psie życie w 10 odcinkach z 1 wyjątkiem (pamięci moich zwierząt)

  1. Funio był pierwszym którego pamiętam z wczesnych lat dziecięcych. Rodzice dostali go od znajomych, którym oszczeniła się suczka. Był małym, rudo-beżowym psiakiem z zakręconym w spiralkę ogonkiem. Miał czarną mordkę i duże uszy jak u nietoperza. Wszyscy się nim zachwycali. I jako ozdoba był noszony w wiklinowym koszyczku, z którego wystawał mu tylko łepek. Pamiętam jak spacerowaliśmy z nim z moimi rodzicami na wakacjach po deptaku w Sopocie. Wówczas piesek w koszyku stanowił sensację i byliśmy z tego bardzo dumni. Funio był zadziorny. Jak go ktoś wkurzył (szczególnie inne psy i obcy ludzie) to szczekał z całych sił i słychać go było na całej ulicy. Dawał się przytulać i bawić jak z lalką. Ale gdy było coś nie po jego myśli, potrafił ugryźć. Miałam ślady na rękach po jego małych ząbkach. Moja babcia robiła mu na drutach sweterki, wówczas nie można było takich kupić w sklepach. Wyglądał przekomicznie. Jako prawdziwa gwiazda rodziny miał też sesję u fotografa, którą dzielnie zniósł. Mamy do tej pory jego czarno-białe zdjęcia w albumach z dawnych lat. Gdy miał ok 3 lat nagle zachorował. Weterynarz podejrzewał otrucie. Mieliśmy sąsiada , którego nie lubił , szczekał na niego z całych sił. To prawdopodobnie on był sprawcą. Po odejściu Funia  długo nie mogłam zrozumieć dlaczego tak się stało. Miałam kilka lat. Długo płakałam. Funio był moim przyjacielem dziecięcych lat i  nie mogłam pogodzić się ze stratą.
  2. Minęło kilka miesięcy. Nadeszła mroźna, śnieżna zima. Któregoś dnia moja babcia zauważyła, że niedaleko naszego domu błąka się po ulicy pies. Był jeszcze młody. Tak około 1-2 lat. Początkowo dokarmialiśmy go, ale ponieważ nie odchodził i nikt go nie zabrał zapadła decyzja. Zostaje z nami. Misiek, bo tak go nazwaliśmy był średniej wielkości psem. Miał puszyste białe futerko z beżowymi plamami , wielki, puchaty ogon i klapnięte uszy. Był niesłychanie łagodnym psem. Przyjazny dla ludzi, mało szczekał i lubił się bawić. Pamiętam, że co 2-3 miesiące następował rytuał kąpieli Miśka, w którym uczestniczyła cała rodzina. Uwielbiał otrząsać się z wody na nas, chyba sprawiało mu to niezłą frajdę, gdy słyszał nasze piski. Oczywiście jak każdy pies miał swoją miskę z wodą. Nie konsultując się z nikim, chcąc sprawić mu przyjemność dosypywałam mu do tej wody cukru albo dolewałam oranżady. Nie był zachwycony. A ja nie wiedziałam dlaczego. Misiek był z nami ponad 10 lat. Odszedł od nas spokojnie i po cichutku we śnie.
  3. Niedługo po odejściu Miśka wyjechałam z domu na studia do dużego miasta. Wciągnął mnie wir nauki i rozrywek studenckich. Poznałam chłopaka. Co pewien czas jeździłam do domu do rodziców i dziadków, którzy mieszkali razem. Jednak rodzinny dom bez psa wydawał mi się pusty. Pewnego roku wraz z moim chłopakiem wpadliśmy na pomysł. Był maj, zbliżały się imieniny mojej mamy. Pojechaliśmy do schroniska dla zwierząt i wypatrzyliśmy ślicznego psiaka. Był cały czarny, bardzo radosny. Miał obcięty ogonek. Bez wahania zdecydowaliśmy się go adoptować. Początkowo chcieliśmy mu dać na imię Pumeks ( żeby wołać „Pumeks! Do nogi!”) , ale w końcu wybraliśmy imię Timur. Mama gdy dostała go od nas nie wydawała się szczególnie zachwycona, ale przyjęła to dzielnie. Był dość spokojnych pieskiem, chociaż dużo szczekał, co czasami wkurzało mojego tatę. Timur przeżył z nami kilkanaście fajnych lat i odszedł ze starości.
  4. Po odejściu Timura moi rodzice nie zdecydowali się już na żadnego psa. Tata zaczął chorować i nie mieli już siły aby troszczyć się o jakiegoś zwierzaka. Ja w międzyczasie wyszłam za mąż i zamieszkałam w innym mieście. Mieszkaliśmy w blokach w niewielkim mieszkaniu wraz z małym dzieckiem, więc nie myśleliśmy o psie. Póżniej nastały problemy w związku, rozwód, drugie małżeństwo, drugie dziecko. Czas płynął. Mój drugi mąż był bardzo zwierzolubny, więc zaczęliśmy rozważać jakieś opcje zwierzęce. Początkowo padło na rybki, jako dość mało wymagające. Tak nam się wówczas wydawalo. Mieliśmy piękne akwarium słodkowodne ze ślicznymi, kolorowymi rybkami. Akwarium wymagało sporo pracy, aby było ładne, ale wysiłek się opłacał. Dzieci były zachwycone. Wszyscy zresztą lubiliśmy się w nie wpatrywać. Po pewnym czasie, kiedy dzieci już podrosły, poczuliśmy jeszcze większy niedosyt zwierzaków. Jako ,że obydwoje dużo pracowaliśmy i mieszkaliśmy w blokowisku-mrówkowcu, doszliśmy do wniosku, że najlepszym wyborem będzie zwierzątko, którego nie trzeba wyprowadzać. Stanęło na kocie. Pewnego jesiennego dnia po wyprawie do hodowli na Śląsku mąż z synem przywieżli przecudnej urody 5 tygodniową  rosyjską, niebieską kotkę. Była malutka i urocza. Pierwszą rzeczą którą zrobiła po wyjściu z transportera było wejście do kuwety i zrobienie siusiu. Telma (w rodowodzie Casablanca Waleczne Serce), bo tak ją nazwaliśmy była typową kocią indywidualnością. Chodziła własnymi ścieżkami i czasami łaskawie pozwalała się pogłaskać. Lubiła siadać na telewizorze i komputerze (wówczas nie były one jeszcze takie płaskie jak teraz) w bezruchu. Część odwiedzających nas znajomych brało ją za glinianą figurkę. Kiedy była małym kotem bardzo psociła. Przewracała choinki, zrywała firanki, ale znosiliśmy to z godnością. Pewnego razu wybraliśmy się z nią na spacer na smyczy do lasu. Oczywiście nam uciekła i zwiała na drzewo. Spędziliśmy 2 godziny czekając aż łaskawie zejdzie. Telma nie znosiła podróży. Miała chorobę lokomocyjną, co „urozmaicało” nam wyprawy na wakacje. Dwukrotnie miała śliczne małe kocięta, które rozdaliśmy znajomym. Rozchodziły się jak świeże bułeczki, ze względu na swoją urodę. Telma była pięknym kotem, raz brała nawet udział w kociej wystawie. Podczas gdy mieszkaliśmy jeszcze w bloku na 6 piętrze, pewnego razu po powrocie do domu nie znaleźliśmy jej. Zaniepokoiło nas otwarte okno i ślady pazurów na parapecie. Domyśliliśmy się, że prawdopodobnie podczas polowania na jakiegoś ptaka spadła z parapetu. Myśleliśmy, że już po niej. Zaczęliśmy szukać jej szczątków pod blokiem. Jakież było nasze zdziwienie, gdy podczas tych przeszukiwań wyszła nagle spokojnie z krzaków, które rosły pod blokiem. To chyba jedyny kot, który przeżył lot z 6 piętra. Była typem myśliwego. Wielokrotnie , już po przeprowadzce z bloku do domku z ogródkiem znikała na dłużej i przynosiła nam do domu różne trofea- myszy, ptaki, świerszcze, co wywoływało krzyki i przerażenie żeńskiej części rodziny. A ona była z siebie dumna.  Przeżyła z nami 17 lat i odeszła spokojnie na rękach swojego ukochanego pana.
  5. Po 15 latach mieszkania w blokowisku zdecydowaliśmy się na zakup domu na obrzeżach miasta. Wówczas dojrzeliśmy do decyzji o zakupie psa. Aby uniknąć zniszczeń w nowym domu postanowiliśmy kupić szczeniaka jeszcze mieszkając w blokach. Długo wybieraliśmy rasę.  Urzekł nas berneński pies pasterski. Kupiliśmy puchatą  trójkolorową kulkę. Nazwaliśmy go Fazi. Mieszkał z nami w blokach jakieś 3  miesiące. Ostatniego dnia przed wyprowadzką, kiedy mieszkanie było już wysprzątane do oddania następnemu właścicielowi, nażarł się stojących w korytarzu zielonych roślin doniczkowych. Oczywiście dostał biegunki i zapaprał nam wszystkie podłogi dopiero co wysprzątanego mieszkania. Nie muszę chyba mówić, jakie przekleństwa latały w powietrzu. No , ale koniec końców, udało nam się szczęśliwie wyprowadzić i zamieszkać w domu z ogródkiem.  Niestety , byliśmy niedoświadczonymi psiarzami i nie zdawaliśmy sobie sprawy z faktu, że psy berneńskie mogą mieć tendencje do bycia samcami alfa. I tak też się stało w tym przypadku. Fazi był wielkim, 60 kilogramowym psem. Nikt nam nie powiedział , że trzeba go szkolić aby nas nie zdominował. Ja zaczęłam się go bać , co doskonale wyczuwał. Zdarzyło mu się mnie niegroźnie ugryźć , na szczęście przez kurtkę. Na szczęście słuchał mojego męża.  Po około 1,5 roku Fazi zaczął chorować. Męczył się , dyszał. Okazało się , że jest chory na serce. Podejrzewamy, że był to wynik jakiegoś chodu wsobnego w hodowli i związanych z nim wad genetycznych. Po około 3 m-cach mimo leczenia odszedł od nas. Byliśmy zrozpaczeni. Cały czas jest w naszych sercach.
  6. Nie mogliśmy się pogodzić ze stratą  Faziego. Ale po około pół roku doszliśmy do wniosku, że brakuje nam czworonożnego towarzysza. Zapadła decyzja o wzięciu następnego psiaka. Tym razem wybraliśmy suczkę rasy hovawart.  Jeździliśmy na Mazury aby zapoznać się z jej rodziną i czekaliśmy na szczeniaka. Wybraliśmy przecudną dziewczynkę w kolorze biszkoptowym, która była chodzącą słodyczą. Ze względu na moje i mojej córki upodobania modowe dostała na imię Prada. Była przepięknym psem, który wygrywał wiele wystaw. Pięknej postawy, smukła, wyniosła. Była niesłychaną indywidualistką. Pomimo pracy z behawiorystką słuchanie poleceń było jej obce. Wielokrotnie uciekała nam na spacerach , nie chcąc wrócić. Pamiętam jakie obławy wraz z sąsiadami musieliśmy robić ,żeby ją złapać. Była trochę jak kot, mało wylewna, łaskawie dająca się czasami pogłaskać. Zupełnie nie jak pies. Kochała wodę. I wykorzystywała każdy akwen, radośnie skacząc do wody aby popływać. Bardzo kochaliśmy tę chimeryczną piękność. Cieszyliśmy się nią 2 lata. Zginęła tragicznie , wpadając pod samochód podczas naszych wakacji na Mazurach.  To była dla nas wielka trauma.
  7. Znów minęło kilka miesięcy. I znów odezwała się w nas tęsknota za czworonożnym przyjacielem. Ponieważ bardzo podobały nam się psy rasy hovawart, takie jak Prada, podjęliśmy decyzję o wzięciu psa z tej samej hodowli. Nie musieliśmy długo czekać gdyż akurat pojawił się na świecie nowy miot. Ponowna wyprawa na Mazury i znów wybór beżowej, słodkiej kuleczki. I wielka radość. Mała piękność dostała na imię Luna. Była prześliczna. Miała mięciutką, beżową sierść , uśmiechnięty pysk i wspaniały charakter. Była najłagodniejszym psem na świecie. Przyjazna, ufna i na 1000% psia. Cieszyła się na nasz widok, radośnie merdała ogonem, lizała po rękach. Luna była naszym psim szczęściem. Uwielbiała spacery, bieganie za patykami. Nigdy nikogo nie ugryzła, choć zdarzało się jej warczeć na obce psy. Lubiła jeździć samochodem,  zabieraliśmy ją ze sobą na wakacje na Mazury. W przeciwieństwie do Prady , Luna nie przepadała za wodą. Trzeba było bardzo ją namawiać i rzucać patyki, żeby weszła do wody.  Ale zwykle stała mocząc zaledwie łapy. Już myśleliśmy, że nie potrafi pływać. Pewnego razu , w czasie wakacji na Suwalszczyźnie wbiegła radośnie na pomost. I …. nie zauważyła, że się już skończył. Wpadła z impetem do wody. Jakież było jej przerażenie! Ale dzielnie dopłynęłą do brzegu. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że jednak pływać umie. Spędziliśmy z Luną kilka pięknych lat. Gdy miała 7 lat zauważyliśmy, że zaczęłą kuleć na tylną łapę. Początkowo myśleliśmy , że po prostu ją przeciążyła. Jednak kulenie nasilało się. Zaczęliśmy ją diagnozować. Przeszła wiele badań, pobyt w klinice we Wrocławiu. Niestety, nie znaleziono konkretnej przyczyny.  Mimo stosowanego leczenia i rehabilitacji niedowład łapy postępował, pojawiły się zaniki mięśni. Po kilku miesiącach zaczęliśmy używać wózeczka na tylne łapy, ale kiepsko sobie z nim radziła. Przez następny rok leżała w pampersie , wynosiliśmy ją jedynie by popatrzyła na świat. Odeszła po 1,5 roku od początku choroby na rękach mojego męża. Do końca spokojna i uśmiechnięta. Miała 9 lat.
  8. Podczas gdy Luna miała jakieś 2 lata, pewnego dnia wiosną gdy wychodziłam  z domu na podjeździe znalazłam szczeniaczka. Poprzedniego dnia mąż widział go na łące nieopodal naszego domu, ale myślał, że piesek ma właściciela i że się zabłąkał. Najwyraźniej przespał noc na łące, a rano dostał się na naszą posesję przez przerwę w szczeblach w ogrodzenia. Widząc drżące małe ciałko , natychmiast wzięłam go do domu i dałam mu coś do jedzenia. Rzucił się na miskę jakby nie jadł rok. Ponieważ myśleliśmy, że to czyjaś zguba, rozpytywaliśmy sąsiadów. Nikt jednak nie zgubił pieska. Nie myśleliśmy o tym żeby mieć drugiego psa, ale nasza decyzja nie mogła być inna. Nie mógł iść do schroniska. Było oczywiste , że zostanie z nami. Po wizycie u weterynarza okazało się , że to kilkumiesięczna suczka. Najprawdopodobniej ktoś ją wyrzucił na naszym osiedlu. Była zwykłym kundelkiem o szaro-brązowej „przypalanej” sierści. Ponieważ to ja ją znalazłam, otrzymałam przywilej nadania jej imienia. Wybrałam imię Helenka. Hela była średniej wielkości pieskiem o dużym temperamencie. Na początku Luna nastawiona była do niej niezbyt chętnie. Powarkiwała na nią. Ale z czasem się polubiły. Razem ganiały na spacerach i walczyły o zabawki. To były nasze najpiękniejsze lata. W domu były 2 psy i kot. Zgrana trójka. Telma wychowała sobie psy, dając im kilka razy pazurami pacnięcie w nos i odtąd nie wchodziły jej w drogę. Jeździliśmy z całą tą menażerią na wakacje. Po zapakowaniu całego zwierzęcego zestawu niewiele miejsca pozostawało na bagaż. Ale wspominamy to z sentymentem. Hela była nieufna w stosunku do nowych osób i zdarzało się jej znienacka kogoś chapnąć. Więc ludzie trochę się jej bali, a my musieliśmy często przepraszać i kajać się po tych jej wyczynach. Bardzo bała się burzy i strzałów. Dostawała wtedy histerii i chowała się w różnych dziwnych miejscach często dewastując meble. W dniu Sylwestra musiała dostawać leki uspokajające. Miała też zaprogramowany zegar w psiej głowie. Codziennie dokładnie o 21.30 ( była to pora jej wieczornego spaceru) siadała przed mężem patrząc mu w oczy i machając ogonem. Do czasu , aż razem wyszli na przechadzkę. Spędziły razem z Luną jakieś 7 lat. Kiedy Helenka miała 8 lat któregoś zimowego popołudnia zaczęła się dziwnie zachowywać. Była osowiała, nie chciała jeść. Nagle zasłabła i przewróciła  się. Natychmiast pojechałam z nią do weterynarza. Diagnoza – wstrząs z powodu olbrzymiego guza śledziony, który naciekł naczynie krwionośne i spowodował krwotok wewnętrzny. Trafiła bezpośrednio na stół operacyjny. Odeszła w trakcie operacji. Moja ukochana Helenka. Zostaliśmy tylko z Luną.
  9. Po upływie pewnego czasu zaczęliśmy ponownie myśleć o drugim psie. Wiedzieliśmy , że musi to być kundelek, któremu damy nowe , dobre życie, tak jak Helence. Zaczęliśmy poszukiwania w internecie. Po kilku tygodniach mąż wypatrzył zdjęcie zadziornej małej suczki, która z umaszczenia podobna była do Helenki. Przebywała w domu tymczasowym. Rozpoczęliśmy procedurę adopcyjną, przechodząc przez setki pytań, ankiet  i wizytę wolontariusza w naszym domu. Udało się ! Pojechaliśmy po nią aż pod Warszawę. Była 6 miesięcznych szczeniakiem , podobnym troszkę do huskiego. Po przyjeździe do domu Luna bardzo na nią warczała. Baliśmy się czy ją zaakceptuje. Ale jakoś się dotarły. Po długich dywagacjach wybraliśmy jej imię. Krysia. Jest bardzo żywiołowym psem. Lubi szczekać. No i ma cechę niespotykaną. Lubi mówić. Przekomarza się z nami wydając dźwięki , które przypominają rozmowę. Jest z nami już prawie 4 lata. Wraz z Luną i Krysią  3 lata temu przenieśliśmy się do domu na wsi z wielkim ogrodem. Luna odeszła 2 lata temu. Na włościach została Krysia. Jest naszym psim szczęściem. Uwielbia biegać po polach i gonić sarny. Ma w sąsiednim domu kumpla, małego kundelka  Kajtka, z którym lubi się bawić. Nie odstępuje nas na krok.  Tam gdzie my, tam ona. Nawet gdy któreś z nas jest w toalecie , ona leży pod drzwiami. Preferuje mojego męża, jako , że głównie on daje jej jeść. Uwielbia smakołyki i jest śpiochem. Boi się strzałów i burzy tak jak kiedyś Helenka. Mamy z Krysią swój poranny rytuał. Kiedy jem śniadanie , zawsze dziele się z nią kęsami kanapki. Krysia delikatnie chwyta je ząbkami i zajada ze smakiem. Uwielbiam te momenty.
  10. Jest jeszcze jeden psiak. Znalazł go 9 lat temu, zimą na spacerze niedaleko domu mój mąż. W starej szopie zobaczył trzęsącego się pieska. Zaczął go dokarmiać. Gdy zobaczyła go moja córka, która już wtedy nie mieszkała z nami, szybko wraz ze swoim mężem podjęła decyzję o przygarnięciu tej znajdki. Była to wówczas kilkumiesięczna suczka o biało-czarnej sierści i wielkich stojących jak u nietoperza uszach. Szyszka, bo tak ma na imię, jest w rodzinie już 9 lat. Nie znosi rowerzystów i małych dzieci, więc trzeba na nią bardzo uważać na spacerach, bo zdarzały się jej incydenty ataku na niczego nie spodziewających się ludzi. Jej kontakty z Krysią są poprawne, choć nie wylewne. Często walczą o zabawki, którymi Krysia jak jest sama w ogóle się nie bawi.

I tak właśnie wygląda moje psio-kocie życie. Zwierzęta zawsze były, są i będą częścią mnie. Moją radością i szczęściem. Te które teraz mi towarzyszą  i te które odeszły, ale pozostaną w moim sercu na zawsze.

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *