Podglądanie wnętrza Ziemi

Prolog

Jesteśmy w zupełnie innym świecie. Jechaliśmy przez płaską, pustą zieleń, potem pola lawowych kamieni, a teraz nocujemy w miasteczku, które przycupnęło na surowym wybrzeżu i trwa tak sobie na wietrze. 

Wieczorny spacer przez pustkę: puste ulice, pusty port. Cisza. Nie słychać nawet morskich ptaków. Może nie zwróciłam na nie uwagi, pochłonięta zapachem oceanu? Idziemy, rozmawiając o mijanych domach i planach na jutro, gdy raptem ponad dachami widzę ognie Mordoru. A tak naprawdę to łunę nad trwającą od kwietnia erupcją Fagradalsfjall. Fantastyczny widok, wydaje mi się nierealny – stoję z głupawym uśmiechem przyklejonym do twarzy i nie wierzę, że naprawdę tu jestem.

Niebo jest zachmurzone, poświata odbija się od chmur. Wygląda jak olbrzymi, na przemian rozbłyskujący i gasnący płomień. Różowo-czerwony oddech smoka. 

Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę erupcję z bliska. Nigdy jeszcze nie widziałam niczego, co mogłoby być z nią porównywalne. Jestem bardzo ciekawa, co poczuję, widząc na własne oczy, z tak bliska, procesy, które kształtowały Ziemię.

Pierwsze wrażenie

Siedzimy z widokiem na krajobraz, który istnieje tylko przez chwilę. Przed nami rozpościera się pole lawy, w większości zastygłej, ale wciąż buzującej pod powierzchnią, wciąż wrzącej, wciąż szukającej ujścia. Magma wylewa się szczelinami, rozpycha zastygłe masy, ulewa się z trzaskiem i rozświetla czarne pole czerwienią, pomarańczem i złotem. W oddali płomienie buchają ku niebu, powietrze drga, zasnute dymem. Magma sunie leniwie przed siebie, wybucha, z trzaskiem łamiąc zastygłe warstwy. Wygląda jak mulista rzeka, rozlewająca się na brzegu rozżarzoną falą. Albo nawet bardziej jak budyń, wylewający się z salaterki. Wdycham zapach siarki, czując się tak, jakby troll potarł gigantyczną zapałką o gigantyczną draskę. Tak mogłyby wyglądać wypalone równiny wokół Oka Saurona. Czuję się jak w smoczym leżu. Siedzę na kamieniu, patrzę przed siebie jak zahipnotyzowana i myślę: a więc tak powstawał świat.

Drugie oblicze

Zupełnie nie dziwię się, że ludzie stworzyli legendy i baśnie o smokach. 

Siedzę pod nocnym niebem i widzę rzekę magmy, rozlewającą się w ciemności po dolinie; sunie w szalonym tempie, którego zupełnie się nie spodziewałam, przecina pole lawy i zwalnia niczym roztopione złoto. A im dalej od krateru, tym wolniej płynie, by pod koniec przypominać misterne wyroby złotnicze. 

Widzę górę, która bucha pomarańczowym dymem i wystrzeliwuje magmowe fajerwerki. Czerwień, rozświetlającą czarne niebo – wygląda jak łuna nad miastem. Z krateru buchają kłęby dymu, chemicznych wyziewów, czasem widać fontanny magmy, jak spadające gwiazdy opadają na zbocza. Nad rozdartym stożkiem dym jest ognistopomarańczowy, lecz gdy wzlatuje nad rzekę magmy, żar podświetla go na czerwono i różowo. Zupełnie jakby smok się budził, a jego oddech unosił się ponad ziemię.

Huk towarzyszy wyrzutom dymu, syczy rozpryskująca iskrami magma. Słyszę, jak wybucha i grzmi, i burzy się u stóp krateru. Idziemy wzdłuż pola zastygłej lawy, śledząc złoto-czerwoną rzekę, i towarzyszy nam dźwięk zastygłej lawy rozpychanej przez strumień magmy.  Kruszy się, okruchy jak węgielki z ogniska odpadają z wierzchniej warstwy – uderzają tak krystalicznie, jakby ktoś zanurzył dłoń – albo smoczą łapę – w stosie kryształów lub innych klejnotów i nią powoli zamieszał. 

To wszystko jest jednocześnie piękne, a trochę straszne, pierwotne i niepojęte. Na pewno – całkowicie hipnotyzujące. Czuję się, jakbym podglądała wnętrze Ziemi. Nie chcę stamtąd w ogóle odchodzić. W twarz bucha żar, gdy wiatr zawieje w moją stronę, wdycham wulkaniczne wyziewy, a dookoła mnie ludzie śmieją się, rozmawiają, robią zdjęcia lub po prostu siedzą w milczeniu, podziwiając spektakl natury. Czuję się jak na festynie, na koncercie, w powietrzu czuć euforię, radość, zachwyt – są czyste i silne, bo takie emocje wywołuje w człowieku przyroda.

Zaczęliśmy pobyt na Islandii od wulkanu i postanowiliśmy na nim wyprawę zakończyć. Nie spodziewałam się jednak, że pożegnanie z wyspą będzie tak spektakularne. 

Co prawda, widziałam siwo-czerwonawy dym, unoszący się nad Reykjanes, ale sądziłam, że to kwestia lepszej niż 2,5 tygodnia temu widoczności. Ale kiedy minęliśmy Grindavik i zobaczyliśmy sznur samochodów w obie strony, popatrzyliśmy na siebie z zaskoczeniem – poprzednim razem nie było aż tak tłoczno. A potem, za którymś zakrętem, zobaczyłam, że lawa wylała już prawie pod parking, na którym poprzednio się zatrzymaliśmy, i że żarzy się i sunie żwawo. Rzeka magmy zmieniła bieg, zalała jeden ze szlaków i płynie dalej, a wulkan Fagradalsfjall rozbudził się na nowo. Wspięliśmy się wyznaczoną drogą w tłumie ludzi, czując powszechne podniecenie i oczekiwanie. A na górze, jeszcze nim doszliśmy do samej lawy, powitała nas góra przybrana pióropuszem dymu. Im bardziej się do niej zbliżaliśmy, tym mocniej widok zapierał mi dech. 

Cieszę się, że mogłam to zobaczyć i poczuć te wszystkie emocje.

4 Comments

  1. Dorota Urbanek

    Pani Paulino, A więc udało się Wam dotrzeć na Islandię! Gratuluję! Rozumiem zachwyt piekielnym, pierwotnym żywiołem. A czy nie towarzyszył też Pani niepokój, że oto Ziemia się budzi (bo przecież wybuchają wulkany uśpione nawet wiele setek lat) i że nas ostrzega? Tremendum et fascinosum – w obliczu zagłady?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *