Luzuj frędzle

Mam kalendarz, w którym zapisuję sobie rozmaite, ważne lub mniej ważne spotkania. Ale tego nie zapisałabym, nawet gdybym o nim wiedziała – bo cóż może wyniknąć ze spotkania z parą psów i przydrożnym ślimakiem?

Otóż, więcej niżbym mogła się spodziewać po niektórych ludziach.

***

Gdy wychodzę na spacer, droga otwiera się po obu moich stronach. Jedną rękę wyciągam – mam wąski sznurek zestarzałego asfaltu, który wsuwa się leniwie w zieloną głąb między łąkami i niknie zupełnie na horyzoncie. Drugą rękę wyciągam – mam tę samą strużkę, która jakoś tak głupio zbiega się z huczącą w oddali szosą. Świat jest już esencją października. Ja jestem esencją mieszczucha z włóczykijskim zacięciem i gdyby w tle tej sceny leciała muzyka, z pewnością słyszałabym teraz „country roads, take me home”, śpiewane falsetem na wdechu przez Johna Denvera.

Oczywiście, że wybieram drogę na horyzont.

Wchodzę na szary asfalt i gapię się na drzewa. To już ten moment roku, kiedy one tracą swoją zieleń, a ja tracę zapał do wędrówek, bo jednak zimno już szczypie w paluszki i jeszcze tydzień albo dwa, jak zacznie szczypać w policzki. Ale idę. Z dzikim wiatrem chcę przecież puścić wszystkie moje myśli, by wróciły do mnie lżejsze i ukołysane przez naturę.

Ale każda moja myśl zawraca bojaźliwie, gdy tam, gdzie droga wtapia się w horyzont, dostrzegam czarny kształt.

Prawda, którą musicie o mnie wiedzieć teraz, jest taka, że całkiem sporo mam odwagi. Nie boję się cellulitu i siwiejących włosów, nie boję się ciemności i niemodnych ciuchów. Ale jak każda zmora znajduje swojego amatora, tak i moja odwaga znajduje swojego granicę.

Teraz ta granica przebiega tam, gdzie przez asfalt przebiega niski, zwierzęcy kształt.

W pierwszej chwili myślę: lis! To lis, ucieka przede mną, sprawa jest załatwiona. Ale zaraz przejeżdża auto i widzę już wyraźnie, że lis albo jest fanem dobrej bryki, albo przybrał się w zdecydowanie nieswoje piórka. Szybka konsultacja z życiowym doświadczeniem, szybka obserwacja i mój umysł ma już stanowczą diagnozę.

To nic innego jak bezpański pies.

A ja niczego tak na świecie nie boję się tak, jak wiejskich, bezpańskich psów.

Robię odwrót szybko i bez pardonu. Zbieg mojej drogi z szosą nagle wydaje mi się całkiem ciekawym kierunkiem i ruszam w jego stronę z taką swadą, jakby za mną nie kręciły się dwa psy w rowie, tylko płonął cały dobytek mojego największego wroga, podpalony moją ręką i żądzą ślepej zemsty. Falset Johna Denvera zamienia w tryumfalny rytm „Rydwanów ognia”, a ja w duchu gratuluję sobie dobrze podjętej decyzji.

Nie wiem wtedy jeszcze, że za chwilę go spotkam.

Anioł Uderzającego Odkrycia, którego mam spotkać tego dnia, nie ma potężnych skrzydeł, ani złotych włosów. Nie ma torsu wyrzeźbionego jak spod ręki Michała Anioła, mało tego, nawet nie ma ludzkiej postaci. W zasadzie nie ma nawet rąk i nóg, a już zupełnie, na pewno i bez wątpliwości, nie zaskoczy mnie anielskim orędziem.

Nie będzie orędowane, bo jest on zwykłym ślimakiem.

Spotykam jego razem z kumplem, jak przesuwają się powoli po asfalcie, już całkiem nieopodal tego miejsca, gdzie słodka polna dróżka zbiega się z ordynarną szosą. Obaj mają śliskie cielska ze skórnym kołpakiem zamiast skorupy, pomarszczoną skórę rudej barwy i klasycznie ślimacze. Przyglądam im się chwilę i widzę, że jeden koleżka ma tyły, że wolno pełza nawet jak na swój gatunek. A ponieważ ja sama uniknęłam przecież przed chwilą niebezpieczeństwa, myślę sobie ochoczo: pomogę!

Łapię delikatnie koleżkę za kołpakiem, a wtedy w leniwe cielsko wstępuje demon samoobrony. Rudawy glut zmienia się w zwartką kuleczkę. Rozlany grzbiet spina się jak kostny grzebień triceratopsa, a spod samego siebie koleżka wysuwa jakieś ostro zwarte frędzle, którymi z pasją wczepia się w szarobury asfalt. Gdyby mógł gryźć – zeżarłby, gdyby mógł zabić – mordowałby, ale na nieszczęście jest bestią zamkniętą w ciele ślimaka i jedyne, co może zrobić to wpijać te frędzle w asfalt jak wariat.

I wpija.

A mi olśnienie wpija się w łepetynę.

Czy ja czasami nie byłam takim ślimakiem, który wpija frędzle i trzyma się kurczowo tego, co zna, zamiast pozwolić sobie pomóc?

Po olśnieniu przychodzi do mnie i skrucha. Może chciałam za szybko? Może byłam za bardzo gwałtowna? Może moja pomoc była rybą, a nie wędką, i on zwyczajnie nie dorósł do tego, by asertywnie wpuścić pomoc do swojego ślimaczego świata?

Rezultaty tej szybkiej psychoanalizy, mówią mi jasno, że mam go tu zostawić, więc kłaniam się nisko i ruszam w swoją drogę. Ale wyrzuty sumienia zaraz kąsają na nowo w serduszko. Co, jeśli on tam zostanie? Co, jeśli nie wyjdzie przez długie godziny? Co, jeśli ktoś go jednak przejedzie, bo będzie tam sterczał jak mazepisko?

Wyrzut sumienia dźwięcznie rechocze – no tak, to będzie twoja wina, on przecież już by rządził w przydrożnej trawie, gdyby ciebie nie wzięło na pomaganie.

Biorę więc pełną odpowiedzialność za losy koleżki ślimaka i łapię się za piwo, którego nawarzyłam. A dokładniej, łapię za ogromny liść, owijam nim koleżkę jak chusteczką i delikatnie, acz stanowczo, zabieram go z ulicy.

Kładę go wraz z liściem wśród okazałych traw i znikam. Dług wyrównany. Audiencja zakończona. Czas rozejść się w pokoju.

***

Nie wiem, co koleżka zrobił potem. Może obudził się wśród traw i stwierdził, że jednak zapił na ślimaczej imprezie tak bardzo, że nic z niej nie pamięta. Może spotkał inne ślimaki i z dumą neofity opowiedział o tym, jak wyszedł ze ślimaczej strefy komfortu i znalazł swoje zen, które pozwala mu żyć we własnym, ślimaczym tempie. Może jest teraz nieznośnym ewangelistą przemiany i wszystkim nawija o toksyczności asfaltowego świata, roztaczając wizję boskiej ręki, dzięki której każdy ślimak wyjdzie ze swojej skorupy.

A ja? Cóż, ja z tego naszego spotkania wzięłam do serca jedną, prostą prawdę.

Luzuj czasami frędzle.

Bez sensu trzymać się burego asfaltu, gdy ktoś Cię przenosi na trawę.

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *