Poczułam ostrzegawcze pikanie przypałometru, gdy moja matka przyszła do mnie z prośbą. To był dzień jak co dzień – zbierałam jabłka, gmerałam w trawie, czasem ganiałam świnie, jak weszły w szkodę zanadto, albo kota, jak czaił się na kurę. Słońce świeciło, drzewa szumiały, nasz mały domek kąpał się w świetle słońca… nic, jak tylko czysta baśń.
Ale ktoś tu właśnie postanowił zostać czarnym charakterem.
Nie byłam księżniczką, nie żyłam w pałacu, moja matka nie była moją macochą – ale gdy usłyszałam, czego chce ode mnie, pomyślałam, że ja nie będę tak głupia jak Śnieżka i nie popełnię błędu Jasia i Małgosi.
Moja matka przyszła do mnie w krzaki, wrzuciła mi dwa jabłka do koszyczka i zapytała:
– Zaniesiesz koszyczek z jedzeniem do babci, na drugą stronę lasu?
A potem dodała słodko:
– Zacerowałam Twój płaszcz i czerwony kapturek, możesz go założyć, żeby Ci było ciepło.
Pomyślałam, że ją przetestuję.
– Ale mamo, zaraz robi się ciemno – zapiszczałam najbardziej słodkim, debilnym głosem, a kobieta, którą nazywałam matką, uśmiechnęła się fałszywie, łapiąc za grzbiet kota.
– Zdążysz przed zachodem słońca.
Już wiedziałam, z kim mam do czynienia.
Kat, zdrajca i morderca zamieszkał w moim własnym domu.
***
Na szczęście, na głupią nie trafiło.
Trafiło na mnie.
A na mnie tylko największe ciule we wsi mówiły Czerwony Kapturek, nasze słoneczko, przemiła dziewuszka. Prawdziwi gracze wiedzieli, że Czerwony Kapturek to nie od głupiej szmaty na głowie.
Czerwony Kapturek to od krwi.
Od krwi moich wrogów, którą lałam jak lemoniadę do szklanki, tworząc ALKOMAT – Awangardowe Leśne Komando Owładnięte Mordowaniem Amoralnych Typów.
Dziwnym trafem moja matka nie pamiętała ni chwili z mojego porodu, a akuszerka dzień później uciekła z naszej wsi. I tylko ja jedna wiedziałam, że to nie ucieczka – funkcjonariusz wykonał zadanie, to i się wycofał, nie było w tym nic dziwnego.
Dziwne było co najwyżej to, co zdarzyło mi się teraz.
Po siedmiu latach moi wrogowie musieli mnie dopaść i zaczarować moją matkę, by rozprawiła się ze mną w ich imieniu. Siedem lat zajęło moim wrogom rozgryzienie mnie i wytropienie, na siedem lat wystarczyła debilna czapeczka Czerwonego Kapturka i wieczny oklap na moich kręconych włosach.
No ale trudno, poszłam do tego lasu.
Gdy weszłam między starą świerczynę, żaden ptak do mnie nie podleciał, a żaden jeleń nie podszedł. Szanowali mnie w tym lesie wszyscy, każdemu już chyba ratowałam dupę z jakiegoś zakusu. Gdy zboczyłam na ciemną polanę, niedźwiedź ukłonił się na mój widok, a ryś wyszczerzył zęby rad i zapytał o pogodę. Zignorowałam go, ja jestem specjalistką, a nie paniusią od small-talków. Potem przeskoczyłam nad strumieniem, tam okonie próbowały zbić ze mną piąteczkę, ale powiedziałam im, żeby spływały.
No, a potem stanęłam pod domem babci.
Czyżby ona też była w spisku, pomyślałam zaniepokojona. Przecież gdyby tylko matka i moi wrogowie maczali w tym palce, to już teraz powinnam być po walce.
No, ale trudno, zapukałam do domu.
Otworzył mi jakiś debil. To znaczy, formalnie był to wilk, widziałam tę kudłatą mordę i zębate pyszczydło, te za-duże-zęby, i za-duże-uszy, i te oczy, którymi by wszystko zobaczył, łącznie z moimi trzewiami.
Ale po jaką cholerę wilk założył ciuszki mojej babci? Co się wydarzyło, że wilczy ogon wystawał spod różowej koronki?
Weszłam.
Byłam pewna, że teraz już ktoś się na mnie rzuci, choć nadal dziwił mnie ten mariaż wilczego ogona i babcinej koronki.
– Kapturek, ty tutaj? – zapytała babcia, a jej głos był jeszcze bardziej fałszywy, niż szczebiot mojej matki.
– No ja – mruknęłam trzeźwo – Jestem twoją wnuczką, wnuczki tak robią, że przyłażą do babci, wpieprzają im serniki i zabierają banknoty jak zbóje, choć wszyscy mówią na to kieszonkowe.
Mówią mi, że jestem aspołeczna, ale nie wiem zupełnie, o co im chodzi.
– A ten pajac to co tu robi? – zapytałam, wskazując na wilka, a babcia pokraśniała bardziej niż mój kapturek.
Wtedy dopiero zobaczyłam przykryty półmisek na stole.
HAAAA, pomyślałam mściwie, jak na szefową Komanda przystało, mam Was, złoczyńcy, mam Was, mordercy! W środku pewnie kryje się pułapka, albo upieczone dziecko, albo pułapka i upieczone dziecko, a ja za chwilę to wszystko obnażę!
Wyskoczyłam do góry, wywinęłam trzy salta, zrzuciłam durny płaszcz z kretyńskim kapturem i wyrwałam zza pasa maczetę. Wylądowałam na stole, kopniakiem zwaliłam pokrywkę półmiska i już miałam wymierzać sprawiedliwość, gdy zobaczyłam, co na nim właściwie leży.
To było zielone.
To nie wyglądało jak pułapka, ani jak upieczone dziecko.
To była sałata, garść pieczonej cukinii i dwie garści bobu.
Spory liść z tego półmiska wilk sprzątnął mi sprzed nosa i wpakował sobie do mordy, jakby nie umiał się powstrzymać.
– Pan wilk je u mnie wegetariańskie obiadki – wyjaśniła zawstydzona babcia – Przebiera się za moją koleżankę, żeby nikt tego nie widział. Upadłby od tego totalnie jego autorytet.
Autorytet wilczyska właśnie próbował upchać cały zielony liść do kudłatej mordy.
– Tylko błagam cię – wyrzęził nieudolnie, plując sałatą – nie mów o tym nikomu.
Tekst stworzony podczas pisania na żywo u Aleks Makulskiej.

Haha, świetne!
Uśmiałam się, dzięki Ci za ten tekst <3
cieszę się bardzo, dziękuję 😀 <3
Kocham ten tekst, czytałabym wszystkie napisane/przepisane przez Ciebie bajki. 😁