Było lichem głodnym światła.
Przypominało mi olbrzymią ćmę, z parą brunatnych skrzydeł wyrastających z kościstych pleców. W miejscu, w którym ja miałam słuszną parę sarnich rogów, to licho miało czułki – puszyste i nastroszone jak kępy pampasowej trawy. Zamiast ust miało długą rurkę, skręconą na końcu jak ślimacza muszla. Las, który zwykle wypluwał ze swoich trzewi groteskowe zlepki, tym razem utkał mały cud. I tak jak mnie stworzył z księżycowego światła i zgrai leśnych stworzeń (miałam w końcu ogon dzika, koźle nogi i wilcze serce), tak to licho było pięknym i kompletnym nocnym motylem, którego las zamknął w ciele z mgły.
Las nocą spowijały nieprzeniknione ciemności, a światło zazwyczaj nie zwiastowało niczego dobrego. Wszystko, co odbiegało od mrocznej i zimnej twarzy lasu było tajemnicą, a więc potencjalnie też niebezpieczeństwem. Błyszczącym okiem groźnego stwora. Latarnią w dłoni myśliwego. Albo iskierką, która w każdej chwili może przemienić się w ogień, który strawi mój kawałek lasu. Na szczęście od pamiętnego incydentu z Harpim Księciem, las nie doświadczył już żadnego pożaru.
Ukojenie, jakie znajdowałam w mroku sprawiało, że licho-ćma było dla mnie bardzo trudne do wytropienia. Nie wiem zresztą, czy ono w ogóle istniało w ciemnościach. Nigdy nie widziałam go w lesie osnutym warstwą mroku. Zupełnie jakby bez światła niknęło, osuwało się w niebyt, albo usypiało głęboko w mruczących warstwach leśnych podziemi, gdzie żadne oko nie mogło go dostrzec. W przeciwieństwie do większości leśnych duchów, licho-ćma nigdy nie snuło się bez celu. Zawsze podążało w kierunku nakreślonym przez łunę, błędne ognie albo błyszczące strzępki magii zaplątane gdzieś między gałęziami.
Mogłam czekać na światło. Wypatrywać chmar świetlików albo tajemniczych łun. Nigdy jednak nie byłam cierpliwa, a poskramianie ciekawości przychodziło mi z trudnem nawet wtedy, kiedy nie byłam jeszcze lichem. Gdyby zresztą nie ciekawość, nigdy lichem bym się nie stała. Ale to dłuższa historia. Z pewnością nie na teraz.
Rozważałam nawet scenariusz, w którym sięgam po płonący kamień z harpiej korony, który spoczywał na dnie szafy w moim drzewie. Mogłabym zostawić go na ściółce, ułożyć dookoła krąg z kamieni i ukryć się w jeżynowych krzewach, których kolce by wbijały się boleśnie w moją księżycową skórę. Obserwować licho głodne światła i robić notatki. Dowiedzieć się, czemu ciągnie je do czegoś tak niebezpiecznego jak żar. Oraz, czy w niej również stale toczy się walka pomiędzy strachem a ciekawością.
Na całe szczęście dla lasu, kamień został na swoim miejscu. Wszystko za sprawą księżycowej pełni, która zalała wszystkie piętra puszczy bladym światłem.
Kiedy w końcu dojrzałam swoje licho, nie leciało ono w stronę księżyca. Furkot wielkich skrzydeł nie odbijał się od koron drzew. Licho spadało w dół, a jego ciemne ciało odcinało się na tle srebrnej łuny.
Zrozumiałam wtedy, że licho głodne światła zszyte jest z niebem, i nie szuka przygody.
To licho pragnie tylko wrócić do domu.

Magia! Aga, jak Ty umiesz w magię i zaczarować mnie umiesz. I „ciało z mgły” – aaaaaaaaaa naj! i Powrót do domu. Tak dla mnie zrozumiały.
Pewnie się powtarzam, ale ten tekst to jest piękna, filigranowa i misterna, wzruszająca magia.