Podróż

Żaden pies nie żyje wiecznie- mówiłaś- mieszając zupę, do której kulki ziela angielskiego zostały starannie wybrane podłóg wielkości. Trzymałaś je cierpliwie, aż poddane twardej selekcji apelu na placu wyciągniętej dłoni, wybrane zostaną starczymi palcami do wrzątku.

Tęsknię za nią- mówiłaś- doglądając matki. Krążyła po pokoju niczym ćma wabiona dopalającym się wewnętrznym płomieniem. Obijała się o meble w jakimś dawno zapomnianym tańcu powinności. Schwytana w kokon firan, szamotała się przez chwilę szukając wyjścia na balkon, aby rozwiesić na linkach podomkę, której z siebie nie zdjęła.

Przywieź mi ją- mówiłaś- zbierając gromy  gniewu o dwie warstwy skarpet do futrzanych butów w środku upalnego lata. Odwieszając po raz któryś wełniany szal, rwany z wieszaka desperacją przekonania, że jest środek zimy.

Chcę ją mieć przy sobie- mówiłaś- unieruchamiając palcem wskazującym kartkę papieru leżącą na stole, na której drżąca ręka zapisywała z mozołem nierozpoznawalne wersy niedokończonych sprawunków sprzed lat.

Poradzę sobie- mówiłaś- dzieląc czas pomiędzy puste czajniki pozostawione na gazie do wyschnięcia, a spacerniaki balkonów, łopoczące żaglem nocnej koszuli wzniesionej na maszcie balustrady czwartego piętra.

Moja sunia- mówiłaś- kołysząc w dłoniach rozanielony psi łeb, składając długie  pocałunki na kudłatym czole, z którego uleciały wszystkie smutki. Zbierałaś wilgotne stemple nosa za cały rok nieobecności i tęsknot. Za godziny przeleżane na parapecie i mokry ślad odbity na szybie kuchennego okna, odprowadzający twoją drobną postać w dole na przystanek autobusowy. Za wieczory drżących wyczekiwań ze wzrokiem spuszczonym z pięter w serpentynę ulicy, gdzie zza zakrętu słychać było ciche posapywanie siedemnastki. Wracałaś codziennie, a potem trochę rzadziej. Za noce przeleżane pod drzwiami z ciężką głową złożoną na wycieraczce. Za wszystkie smutki obcych kroków na klatce schodowej i tęsknoty nie tych, co trzeba pieszczot od niechcenia. Za krótkie weekendy błogostanòw, kiedy wpadałaś do domu w pośpiechu i dwa dni były psią wiecznością, a rozstanie psim- na zawsze.

Teraz będziemy już razem- mówiłaś…
Nie dotrzymałaś słowa. Wyszłaś nad ranem nie wiedząc, że to ostatni raz. Zostały po Tobie w półmroku mieszkania milczące pokoje, puste szafy i pies w oknie, malujący nosem rozkład jazdy autobusów na kuchennej szybie.

8 Comments

  1. Marta

    Nie wiem co powiedzieć, nie wiem co napisać. Poruszyłas mnie tym tekstem i strasznie chce mi się płakać. Jak często nie wiemy że czyjaś obecność w życiu nie jest na zawsze. Że widzimy ukochana osobę ostatni raz, co byśmy jej powiedzieli? Zostają nam tylko wspomnienia…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *