Pogoń

Wołam.
Przybiega zziajany, rozgrzany polami.
Przeczesany krzewami podleśnych tarnin.
Wytarzany w drżących cieniach brzóz.
Sierścią zebrał rzepy z najeżonych traw.
Zamiótł ogonem opadłe igliwia drzew.
Obszczekał mrowisko. Nieostrożnie.  Wzburzone mrowie dezaprobaty. Mrówczy orszak przedziera gąszczem karku i pnie się z mozołem po włochatej grani ucha. Odpada nagle, strząśnięty w przepaść.
Przekopał sypkie podłoże sosen.
Wydrapał chłodną jamę i poległ pośród duszności suchych, strzelistych pni.
Wpycha nos w piaszczystą rozkopaną ziemię, wdycha korzenną wilgoć i pył obeschłych mórz. Pachnie wydmami, które przenosi wiatr.
Schylam się po rozwartą bezwstydnie szyszkę.
Wołam.
Siada przede mną dyszący i patrzy. 
Chwyta wzrokiem stężałym moje spojrzenia, uwiesza uporczywie moich źrenic. Kotwiczy w moim oku. Czeka. Na zerknięcie, na drgnięcie, na ruch. Podrywa zad. Stygnie. Zastyga w półprzysiadzie i półprzymknięciu pyska. Spomiędzy niezazębionych kłów wylewa różowy miąższ języka. On też uwiądł. Zawisł opiaszczony w pół drogi na powrót do paszczy. Nieruchomieje jak reszta. Spięte ciało pochłania oczekiwanie na ruch. Całe jest czekaniem. Napięciem. Zmową milczenia przed wybuchem.
Powolnym  stygnięciem. Napiętą struną przed preludium pogoni.
Czeka.
Patrzy gdzieś poprzez brąz tęczówek
w przyszłe sekundy wypuszczone w szaleńczy bieg. Nie drgnie przed czasem. Nie zerwie pajęczyny zmysłu. Oplata siecią moją twarz. Nie otrząśnie mięśni. Kumuluje impulsy. Gromadzi kontekst. Czeka wyrzutu bodźca jak otwarcia sideł. Zwalniam zapadkę odruchu, pociągam za spust instynktu, wyzwalam pogoń. Napina się przede mną prężna struna ciała
z opuszczonym łbem. Odcina słuch, śledzi ruch. Góra, dół, bok, wstrzymany oddech i rzut.
Wystrzelił ciało za wyrzutem dłoni. Wybił sypką ściółkę pazurami zadnich łap. Poderwana w powietrze upadła na powrót, bezszelestnie, wolno.

2 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *