Sonia, czyli historia tymczasowej przyjaźni

Wyskakujesz z auta. Jesteś zdezorientowana, wszystko cię rozprasza. Nie wiesz, w którą stronę się obrócić, od czego zacząć poznawanie świata. Jesteś dzieckiem, które pierwsze miesiące swojego życia spędziło w zamknięciu. Teraz dostałaś szansę, z którą nie wiesz, co zrobić. Wszystko jest dla ciebie nowe. Patrzę na ciebie i myślę sobie: Ja pierdolę, jak ja ogarnę taki wulkan energii?.

Parę dni później patrzę w twoje oczy, jasne i wyraźne. Oczy, które potrafią jednocześnie ciskać piorunami i topić serca. To rzadki moment, kiedy udaje mi się skupić na sobie twoją uwagę. Czasem jesteś łagodna jak promienie jesiennego słońca. Czasem jesteś huraganem.

Jest pewnie coś koło trzynastej, nasza pora spacerowa. Nie odważyłabym się paradować z tobą po pobliskim skwerze w godzinach szczytu, kiedy zapsienie sięga zenitu. Wciąż znamy się krótko i jeszcze nie wiem, że dane nam będzie spędzić razem siedem miesięcy, w przeciągu których przeżyję i nauczę się więcej, niż prawdopodobnie przez wszystkie lata dotychczasowego życia. Jeszcze nie wiem, że tak trudno będzie znaleźć dla ciebie dom. Na razie nadal wszyscy myślimy, że będziesz szybką adopcją.

Staram się cieszyć ładną jak na tę porę roku pogodą i spacerem, ale to nie takie łatwe, kiedy wzrokiem wciąż skanuję otoczenie w poszukiwaniu potencjalnych wyzwalaczy. Zaciskam dłoń na smyczy. Po pierwszym tygodniu z tobą bolą mnie już nadgarstki, ale wiem, że za nic w świecie nie wolno mi cię wypuścić.

Kątem oka dostrzegam jakiegoś psa wyłaniającego się na horyzoncie. Wiem, że zaraz go poczujesz, obrócisz się i zacznie się rodeo. Cała Warszawa dowie się, że jesteś na skwerze i zobaczyłaś psa. Co z tego, że był daleko — lepiej nastraszyć go na zapas, w razie gdyby to on miał zamiar nastraszyć ciebie.

Zaraz zjawi się ktoś inny z psem bez smyczy i zignoruje moje prośby o niepodchodzenie.

— Łojezusmaria, a co ona taka agresywna?

Ktoś inny będzie próbował udzielać mi złotych rad co do tego, jak z tobą postępować.

— Bo pani ją tak trzyma, to dlatego. Puściłaby ją pani na łączkę, żeby się wybiegała z psami, to by jej przeszło.

Tymczasem ja wiem, jak dużo kosztuje cię każde spotkanie z przypadkowym psem. Przytrzymując cię za szelki, czuję jak łomocze ci serce. Widzę, jak momentalnie na twojej sierści pojawia się łupież. Wiem, jak długo zajmie ci dojście do siebie po takiej akcji.

Wracając ze spaceru, natykamy się przy windzie na naszą ulubioną sąsiadkę z jej suczką. Je też straszysz na zapas. Oburzona, tak nas podsumowuje (sąsiadka, nie suczka):

— Z takim czymś nie można mieszkać w bloku!

Już nigdy nie odpowie na moje „dzień dobry”.


Pierwsze zapoznanie. Dziewczyna jest tobą oczarowana, ale ostatecznie stwierdza, że nie jest na ciebie gotowa. Przestraszyła się tego, że każdy spacer z tobą to praca.

Niedługo po niej są następni: dziewczyna i chłopak. Oni deklarują, że cię biorą. Po kilku dniach zaczynają mieć wątpliwości. Ostatecznie się wycofują.

Tymczasem kończy ci się cieczka. Wpuszczam cię na kanapę, do łóżka i do swojego serca.


Czasem rzeczywiście nie wiem, jak cię ogarnąć. Czasem chcę się poddać. Wracam ze spaceru, zalewając się łzami. Płaczę ze złości i z bezsilności. Błagam wszechświat o to, żeby już się zjawił ktoś, kto cię ode mnie zabierze i zdejmie ze mnie tę odpowiedzialność. To za trudne, powtarzam, po raz kolejny piorąc koc z twoich wymiocin. To za trudne, gdy zaczynasz zjadać psie kupy i wszystko inne, co znajdziesz na ziemi. To za trudne, gdy po okresie okołosylwestrowym kolejny raz odmawiasz wyjścia na dwór, kładziesz się w windzie i za nic nie pozwalasz się z niej wytargać. To za trudne, gdy kolejny raz rzucasz się na kogoś z łapami na klatce schodowej. To za trudne, gdy na spacerze co chwila zza rogu wyskakuje dziecko na hulajnodze, rowerzysta, podbiegają do ciebie psy puszczone luzem i wpadasz w histerię. To za trudne, gdy wracam od weterynarza z rozdartą kurtką, gubiąc po drodze puch, który wiruje w powietrzu jak płatki śniegu. To za trudne, gdy zaczynasz niszczyć rzeczy w domu.

— Jak długo zamierzasz się jeszcze tak męczyć? — Pyta mnie kiedyś tata po tym, jak opowiadam mu przez telefon o życiu z tobą. Uważa, że doszłam do ściany. Czasem się z nim zgadzam. Ale wiem też, że to niczego nie zmienia. Wiem, że cię nie zostawię. Wiem, że będziemy razem burzyć kolejne ściany tak długo, jak to będzie potrzebne.

Gdybyś była moim pierwszym psem, pewnie szybko bym się wycofała z tymczasowania. Ale niedawno zaczęłam wierzyć w to, że życie daje nam dokładnie to, na co jesteśmy gotowi, choć sami być może w danej chwili tak tego nie postrzegamy.

Myślę, że byłyśmy na siebie gotowe. Myślę, że tak właśnie miało być. Myślę, że musiałyśmy stanąć na swojej drodze.


Pewnego dnia wracam z fundacyjnego spotkania, na które pojechałam głównie po to, żeby później nie żałować, że tego nie zrobiłam. Było na nim dużo obcych osób. Jestem przekonana, że wszyscy mnie ocenili i na pewno wyszłam na idiotkę. Od progu zaczynam płakać.

W tym momencie dziękuję ci za to, że jesteś. Że czekasz na mnie z rozmerdanym ogonem. Że mogę się wtulić w twoje futro. Ocieram łzy i idziemy na wieczorny spacer. Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak wiele dzieje się przez ciebie i dzięki tobie. Jak wiele się zmienia. Jak ja się zmieniam. Pewnie ja sama jeszcze nie zdaję sobie z tego sprawy.

To dzięki tobie wciąż wchodzę w nowe dla siebie sytuacje. To dzięki tobie narażam się na nowe doświadczenia. To dzięki tobie zaczynam wychodzić ze skorupy.


Wybucha pandemia. Cały świat zwalnia. Na ulicach jest mniej ludzi. Mniej bodźców. Nasze spacery stają się przyjemniejsze. Po lekach i upierdliwych zastrzykach z B12, w końcu zaczynasz czuć się lepiej i przybierasz na wadze.

W izolacji jeszcze bardziej doceniam twoją obecność. I już nie pamiętam, jak to było żyć w tych czterech ścianach bez drugiej żywej istoty u boku.


Mam dużo czasu żeby przygotować się na pożegnanie. Ale co to za różnica: mogłabym mieć całe życie, a i tak by bolało.

Zapoznania mamy jeszcze trzy.

Młode małżeństwo. Przekonani, że chcą właśnie ciebie. Przyjeżdżają cię poznać. Dwie rozmowy wideo później zapada decyzja: pojedziesz do nich. Nie wiem, co czuć. Coś mi nie gra. Czy to na pewno dom dla ciebie? Najwidoczniej im też ostatecznie nie zagrało: po przejrzeniu materiałów merytorycznych od fundacji, rezygnują. Jednak nie pasujesz do ich obrazka. Jesteś za trudna.

Kolejni: rodzina z dziećmi i kotem. Od początku jestem nastawiona sceptycznie. To nie na twoje nerwy. Na zapoznaniu dzieciak zaczyna z jakiegoś powodu rzucać kamieniem. Wpadasz w szał. Dzień później wiadomość: Sonia jest bardzo fajnym psem, ale synek się wystraszył.

Po każdym takim finale czuję dwie skrajne emocje: smutek, że znów się nie udało i wdzięczność, że wygrałam więcej czasu z tobą.


Gdy spotykasz swoją nową opiekunkę, jesteś już innym psem. Zbudowałyśmy relację opartą na zrozumieniu i zaufaniu. Nie musisz już wybuchać, kiedy tylko dostrzeżesz obcego psa. Wiesz, że możesz zdać się na mnie. Wiesz, że zabiorę cię z tej sytuacji.

Urzekasz swoją inteligencją. Bystrością. Chęcią do pracy z człowiekiem.

I po siedmiu miesiącach znajduje się osoba, która chce z tobą pracować. Która nie boi się twojego temperamentu. Która jest absolutnie pewna, że jesteście sobie przeznaczone.

Nie wiem, co zrobić z tą informacją. To spadło na mnie tak nagle. Do ostatniej chwili oszukuję się, że to się nie stanie, że ona wciąż może się wycofać, tak jak ci wszyscy przed nią. To śmieszne, bo przecież od początku wiedziałam, na co się piszę. Jak mówi sama nazwa, dom tymczasowy jest… tymczasowy. Nasza wspólna droga miała termin ważności, który właśnie dobiega końca.

W świetle rozstania wszystko to, co miałam za uciążliwe, staje się nieistotne.

Czemu musisz być taka trudna?, pytałam tak wiele razy. Teraz myślę, że byłaś dokładnie taka, jaka miałaś być. To nie przypadek, że życie nas ze sobą poznało. Tak dużo sobie dałyśmy. Twoje emocje — wszystkie widoczne jak na dłoni — trochę się uspokoiły, moje zaś — wiecznie zduszone w środku — zaczęły wychodzić na wierzch. Ty nauczyłaś się bardziej kontrolować, a ja dałam sobie przyzwolenie, by czasem pokrzyczeć. Nauczyłaś mnie wyrażania złości, asertywności i stawiania granic — wobec ludzi, którzy nasyłają na nas swoje psy, które „chcą się tylko pobawić”, wobec wszechwiedzącej sąsiadki, wobec przechodniów, którzy bez pytania pchają do ciebie łapy. Nauczyłaś mnie nie przejmować się tym, co ktoś o mnie pomyśli, gdy odstawiam cyrk na spacerze, żeby zwrócić twoją uwagę.

Czasem myślę, że nauczyłaś mnie żyć.

Przez siedem wspólnie spędzonych miesięcy, obie przeszłyśmy metamorfozę. W przeszłym życiu, byłaś psem trzymanym w komórce. Nikt nie pokazał ci świata. Nikt nie powiedział ci, że nie musisz się go bać.

Być może odnalazłam w tobie cząstki siebie.

Być może ja też przez te siedem miesięcy wychodziłam ze swojej własnej komórki, oswajałam lęki i uczyłam się świata razem z tobą.


Ostatnia rzecz, jakiej mnie nauczyłaś, to godzenie się ze stratą.

Ostatni dzień z tobą jest być może najtrudniejszym dniem w moim życiu. Mam spuchnięte oczy. Nie jestem w stanie zrobić nic, poza siedzeniem z tobą na łóżku i odliczaniem godzin, a później minut, jakie nam zostały. Próbuję cię zapamiętać z całych sił. Twoją miękką sierść pod moimi palcami. Twoje ciepło w zimowy poranek. Mądrość w twoich oczach.

Wydaje mi się, że bez ciebie już nigdy nie wezmę pełnego oddechu. Nie wiem, jak wykonywać bez ciebie najprostsze codzienne czynności. Jesteś wszędzie. W każdym kącie mojego mieszkania. Wciąż znajduję twoją sierść na podłodze. Na płytce w kuchni jest odbita twoja łapka. Zachowałam twoje ubranko po sterylizacji i teraz wtulałam w nie zapłakaną twarz. Jestem przekonana, że ten ból nigdy nie minie.


I może nie minął. Ale po czasie zbladł. Stał się czymś, z czym mogę funkcjonować.

Prawdą jest, że nie straciłam cię tak całkiem. Od czasu do czasu dostaję wiadomości od twojej nowej opiekunki, która chwali się, co u ciebie słychać. Wiem, że część mnie została w tobie — w postaci wszystkiego, czego cię nauczyłam. Część ciebie została też we mnie. Odkryłaś przede mną moje nowe oblicze. Dzięki tobie zobaczyłam, jaka jestem silna, odpowiedzialna, zdeterminowana. Dałaś mi fundament, na którym buduję kolejne doświadczenia.

Dałyśmy sobie to, czego obie potrzebowałyśmy.

Nikt nam tego nie zabierze.

Nikt nie wtrąci nas z powrotem do komórki.

3 Comments

  1. Ewa

    Niesamowita, wzruszająca historia. Płakałam czytając. Tak dobrze opisałaś co czuje osoba opiekująca się psiakiem, którego się uczy. Targające człowiekiem emocje i wielką miłość ❤️

  2. O nie, popłakałam się! Liczyłam na nieoczekiwany wspólny happy end. Tekst jest tak piękny i wzruszający, że brak słów. Bardzo podoba mi się forma, że piszesz do Niej. I to, jak przedstawiłaś waszą relację, coś niesamowitego. Zaawsze będziecie sobie bliskie <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *