Łowczyni Półstworzonych Istnień

Szłam przez rewiry zaklętego lasu, trzymając w dłoni łuk i strzałę. Wiedziałam, że ona gdzieś tutaj musi być – ona, mgielniczka, ona, utkana z jasnych kłębów, ona bezcielesna tak bardzo, że moje strzały trzech szamanów okadzało swoim śpiewem, by mogły spełnić swoją rolę. Las ciągnął mnie jak zawsze – pachniał mchem, krwią i śmiercią. Gałęzie drzew zwijały się jak dzikie węże, a niebo – to widoczne nad ramionami lasu, to upstrzone dalekimi gwiazdami, syciło się właśnie wszystkimi kolorami zachodu.

Nigdy do tej pory nie polowałam na mgielniczkę. Byłam Łowczynią Półstworzonych Istnień, ścigałam to wszystko, co uciekało magom z laboratoriów, co wymykało się szamanom z chat i znikało szalonym uczonym z podziemi bibliotek. Ale mgielniczki były inne. Mgielniczki same przychodziły do tych, których sobie wybrały, zachwycały ich i czarowały swoją mocą tak, że siła tego człowieka gasła.

Wynajął mnie pewien młody mag z małej wsi, do której przyjechałam przypadkiem. Spotkałam go na wiejskim targu, był wysoki, rudowłosy i patrzył na świat lekko zatęsknionym wzrokiem. Od razu rozpoznał, kim jestem. Powiedział, że zaginęła mu mgielniczka. Poprosił o pomoc mnie, łowczynię, a ja zrobiłam to, co zwykle robiłam w takich razach.

Strasznie się na niego zdarłam za jego głupotę.

Mgielniczki były złe. Nie wolno było im ufać. Przychodziły i odchodziły, wodziły na manowce, krążyły po horyzontach i widnokręgach jak dzikie wagabundy, rwąc ludzkie uczucia i siły na strzępy.

A potem jak zawsze zaśpiewałam swoją cenę – ćwierć sumy za usługę, reszta za kretyńskie pomysły.

Dlatego szłam teraz lasem i próbowałam ją znaleźć. Była blisko, wiedziałam o tym. Moje ślady przecinały je ślady, czułam to. Nie widziałam jej, ale oddech czegoś obcego wisiał w powietrzu, niemal obecny we mnie, jak bicie mojego serca.

Odważnie przeszłam przez dębowy krąg. Tam jej nie było. Drogą przez mech zeszłam w stronę paproci. Tam tylko pustka i ptasie śpiewy tańczyły ze sobą. Odważniej weszłam w brzozowy zagajnik, zanurzyłam się tam, gdzie rośliny i krzewy bujały swobodnie, jakby pieściła je ręka samej natury.

I wtedy instynkt ściął moje ciało.

Zatrzymałam się jak kamień.

Mgielniczka tam była. Wysoka kobieta o ciemnych włosach siedziała nad rzeką. Patrzyła w jasny strumień, a ja czułam, że jego szemranie zgasi echo moich morderczych kroków. Była piękna, nie powiem, ale jej postać miała w sobie tę szarość, tę dziwną lekkość, która każdemu wprawnemu oku zdradzała jej właściwość.

Ta kobieta umie tańczyć z wiatrem. Ta kobieta na skrzydła wiatru zemknie za horyzont. Cały świat jest jej domem, bo mgielniczki nie znają żadnych granic – tych materialnych, tych w sercu czy w czyjejkolwiek głowie.

I dlatego są właśnie takie groźne.

Nałożyłam strzałę na cięciwę. Przymierzyłam się do strzału, a moje mięśnie ułożyły się tak, jak podyktowała mi głowa. Ja byłam łowczynią, ja polowałam, ja budziłam krew i przywoływałam śmierć, by tańczyła tak, jak jej zagram.

Puściłam strzałę. Jej grot przeszył zieleń, przeszył powietrze, a potem krzyk wzbił się w powietrze – krzyk rozdzieranego mięśnia, ciała i gardła, krzyk rozpadu i bólu, krzyk zaskoczenia, który rozcina gardło. Strzelił mnie, przejął mnie i zadźwięczał w moich uszach tak bardzo, że na moment przestałam oddychać.

A potem powietrze wdarło się w moje piersi i krzyk rozległ się jeszcze bardziej, krwawiej, głębiej – krzyk bólu i przerażającego wszystkiego zmysły odkrycia.

Krzyk nie wydobywał się z gardła mgielniczki.

To nie krzyczała ona.

To krzyczałam ja.

***

– Znowu to zrobiłaś? – słyszę nad sobą głos tak ciepły jak puchowa kołdra zimą – Znowu śniłaś o tym, że jesteś łowczynią?

Otwieram oczy. Nade mną stoi rudowłosy mężczyzna i patrzy na mnie zatęsknionym wzrokiem. We wnętrzu izby palą się świece, stare księgi tulą się do półmroku, a czarny kot śpi zwinięty w kłębek na jednej ze stert.

– Ja… tu… przecież – łapię powietrze jak ryba, wyrzucona na brzeg rzeki.

Nie jestem w lesie.

Jestem w łóżku.

Nie mam łuku.

Szarość znaczy dziwnym odcieniem moją skórę.

– Krzyczałaś przez sen – mówi mężczyzna, a jego imię wraca do mojej pamięci razem ze wspomnieniem wszystkich chwil miłości – Znów krzyczałaś o tym, że musisz zabijać mgielniczki. Że są niepokorne i złe.

Patrzy na mnie, a w jego oczach widzę te wszystkie uczucia, których do tej pory nie widziałam na całym świecie. W żadnym miejscu, za żadnym horyzontem, po żadnej stronie widnokręgu.

– Pamiętaj, że moja moc nie zgasła przy tobie – mówi mi mężczyzna ciepło i ujmuje moją drugą rękę – Moja moc się dopełniła od wszystkich twoich cudów.

Wstaję z łóżka tknięta nagłym impulsem. On wstaje ze mną, przez chwilę mierzymy się wzrokiem.

Mag i mgielniczka. Mgielniczka i mag.

– A jeśli polecimy? Jeśli zrobię to, co powinnam i porwę ciebie za horyzont?

– Porywaj – uśmiecha się jak marzyciel – Po to właśnie jesteś.

Cichszym głosem dodaje słowa, które mówi dla samego siebie.

– I po to ja jestem u twojego boku.

***

Mówili pewnie potem we wsi o młodym magu, który zgubił rozum przy mgielniczce. Śpiewali pewnie pieśni o tym, jak razem odlecieli za horyzont, a gdy dzieci szły spać, to pieśni o tym, jak mgielniczka rozsadziła jego serce. Ale to nie była prawda.

Ja mu nic nie zrobiłam.

Ja zabrałam go do światów, które od zawsze ukochał, nigdy ich nie widząc. I reszta naszych dni minęła w nienazwanych miejscach, wśród nieopisanych stworzeń, naznaczona wymykającym się czasom i rozsądkom uczuciem.

Żadne z nas nie żałowało.

On mnie kochał tak, jak na ziemi, a jego czułe oko pieściło wszystkie cudowności.

A ja – wśród swoich widnokręgów i horyzontów – przestałam wreszcie polować na siebie w swoich własnych snach.

Autor: Sylwia Dec

Księżniczka z kosmicznej galaktyki, konstruktorka magicznego miasta, nostalgiczna dusza. Piszę, opowiadam, maluję. https://www.instagram.com/autorka_sylwia_dec/ http://sylwiadec.pl/

Dodaj komentarz